Polityka zagraniczna Donalda Trumpa grzęźnie w chaosie. Dlatego warto się przyjrzeć jej architektowi Johnowi Boltonowi, doradcy prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego.
Reklama
GazetaPrawna.pl
Chciał bombardowaniem wymusić zjednoczenie Korei, wzywał do obalenia rządu ajatollahów w Iranie, namawiał Brytyjczyków do brexitu. John Bolton nie bez powodów bywa nazywany amerykańskim nacjonalistą. Nawet konserwatyści mawiają, że „jest kilkadziesiąt mil dalej na prawo” od nich. Wyborcze zwycięstwo Donalda Trumpa uznał za szansę powrotu na polityczny szczyt. Dopiął swego. W kwietniu zastąpił gen. H.R. McMastera na stanowisku doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, zwanego oficjalnie szefem BBN.

Od Reagana do Fox News

Bolton w listopadzie skończy 70 lat. Jego pokolenie walczyło w Wietnamie, on na wojnę nie trafił. Skończyło się na 18-tygodniowym szkoleniu w Gwardii Narodowej stanu Maryland. W 1974 r. skończył z wyróżnieniem prawo na uniwersytecie Yale. Na roku był z obecnym sędzią Sądu Najwyższego Clarence’em Thomasem, z którym w dużym stopniu łączą go poglądy polityczne. Po studiach przez sześć lat pracował w waszyngtońskich kancelariach adwokackich. Kiedy Ronald Reagan został w 1981 r. prezydentem, Bolton rozpoczął swoją wieloletnią pracę dla rządu. Najpierw w ministerstwie sprawiedliwości, gdzie starał się m.in. o zablokowanie wypłaty odszkodowań Amerykanom japońskiego pochodzenia za internowanie w czasie II wojny światowej. George W. Bush w 2001 r. powierzył mu stanowisko wiceministra w Departamencie Stanu.
W kwietniu 2005 r. prezydent chciał mianować Boltona na ambasadora przy ONZ, co w amerykańskim systemie jest stanowiskiem rządowym. Senat, w którym większość mieli republikanie, zablokował jego kandydaturę po tym, jak pracownicy ministerstwa zeznali, że Bolton jest mobberem. Co więcej, 60 emerytowanych dyplomatów napisało list do prezydenta, w którym odradzali mu to kadrowe posunięcie. Bush jednak dopiął swego i w sierpniu, wykorzystując to, że Senat jest na wakacjach, wysłał Boltona do Narodów Zjednoczonych.
Wykorzystał swoją prerogatywę w ramach tzw. recess appointment, czyli powołania szefa placówki podczas przerwy między sesjami Kongresu. Po raz pierwszy w historii szefem placówki przy ONZ był polityk, który jawnie, wręcz ostentacyjnie, krytykował sens istnienia tej organizacji. Dlatego po powrocie z urlopów ustawodawcy jeszcze kilkanaście miesięcy spierali się o niego, aż sam ustąpił w grudniu 2006 r. W czasie rządów Clintona i Obamy wracał do prywatnego sektora, m.in. do kancelarii prawniczych. W 2012 r. planował start w wyborach prezydenckich, ale jego kampania nie wyszła poza Twittera. Był także ekspertem republikańskiego think tanku American Enterprise Institute oraz płatnym komentatorem stacji Fox News. W samym tylko 2016 r. zarobił w niej ponad pół miliona dolarów.
Po wyborach w 2016 r. spotkał się kilka razy z prezydentem elektem w sprawie posady szefa dyplomacji, ale Trump – za radą poprzednich republikańskich ministrów Condoleezzy Rice i Jamesa Bakera – wybrał prezesa koncernu ExxonMobil Rexa Tillersona. Do mediów przeciekła plotka, że nie spodobały się mu wąsy Boltona. Ale prawda jest taka, że kiedy pojawiły się spekulacje na temat jego ewentualnego uczestnictwa w rządzie, nastawieni bardziej koncyliacyjnie republikanie z Senatu odradzali nowemu gospodarzowi Białego Domu zatrudnienie Boltona.

Ameryka jest najdoskonalsza

Ambasador trochę odczekał i zeszłej jesieni przeprowadził ofensywę w mediach, by przypomnieć o sobie prezydentowi. I wystąpił z pomysłem, by zjednoczyć obydwa państwa koreańskie pod patronatem Chin, zaczynając od bombardowania infrastruktury militarnej Kima. W komentarzu opublikowanym w piśmie „The Hill” pisał, że może być to proces „niebezpieczny i chaotyczny”, ale że z pewnością to ryzyko opłaca się bardziej niż nuklearna agresja Kima. I znowu ten skupiony na hegemonicznej roli Ameryki w świecie polityk nie wziął w ogóle pod uwagę stanowiska chińskiego. Pekin chce zachowania status quo na Półwyspie Koreańskim, bo obawia się o masową imigrację z jego północnej części, co może skutkować kryzysem podobnym do tego, w którym pogrążony jest basen Morza Śródziemnego. Ale Trumpowi się to spodobało i cztery miesiące temu mianował Boltona doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego.
– Problem polega na tym, że w związku z jego karierą w trzech poprzednich republikańskich rządach, licząc od Reagana, ludzie, czy to na lewicy, czy na prawicy, myślą, że Bolton jest neokonserwatystą. Nic bardziej błędnego. On nie ma nic wspólnego z etosową doktryną w sprawach międzynarodowych Partii Republikańskiej. A jego powtarzana do znudzenia historia prewencyjnego bombardowania jest nudna jak opera mydlana – mówi Jerrod Laber z Institute for Humane Studies na Uniwersytecie George,a Masona i publicysta kilku konserwatywnych czasopism.
Od czasu wojny w Wietnamie amerykańska prawica w kwestii polityki zagranicznej podzielona jest na trzy rywalizujące frakcje. Pierwszą są realiści spod znaku Henry’ego Kissingera, którzy dominowali też w rządzie Busha seniora. Dowodził nimi wówczas Brent Scowcroft, który, tak jak dziś Bolton, był szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Ich polityka sprowadza się do misternej dyplomacji i wykorzystywania systemu naczyń połączonych różnych organizacji międzynarodowych oraz „przyjacielskiej perswazji” do utrzymywania przewagi USA w stosunkach międzynarodowych, ale za każdym razem dostosowując się do sytuacji. Przykładem na takie działanie były słynne telefony prezydenta Busha do Wałęsy i Jaruzelskiego latem 1989 r., delikatnie sugerujące, że na razie lepiej będzie, jeżeli to ten drugi zostanie głową odradzającego się państwa. Drugą frakcją są neokonserwatyści, którzy tak naprawdę wyszli z lewicy i do republikanów przyłączyli się dopiero w epoce Reagana. Jeden z patronów tej doktryny John Podhoretz tłumaczył w wywiadzie dla DGP, że przedrostek „neo” wynika z tego, że grupa ta była po prostu nowa w konserwatywnym obozie. Im chodzi przede wszystkim o promocję demokracji, czasem za wszelką cenę, tzn. z użyciem siły i pominięciem opinii całego demokratycznego Zachodu, jeżeli sytuacja tego wymaga. To oni byli architektami operacji obalenia Saddama.
Bolton należy zaś do radykalnych nacjonalistów, najstarszej spośród frakcji, ale przez lata tłumionej po porażce w wyborach prezydenckich 1964 r. jej ojca chrzestnego Barry’ego Goldwatera. Oni mają sobie instytucje międzynarodowe za nic, uważają, że Ameryka jest doskonalszym społeczeństwem niż jakiekolwiek inne i mają prawo reagować bez oglądania się na kogokolwiek. Kompromitacja wojny w Iraku spowodowała, że w publicystyce i masowej wyobraźni zlali się oni w jedno z neokonserwatystami. Ale firmowana przez Boltona polityka „grubej pałki” wyraźnie oddziela obie grupy. O tym, że dyplomacja i współpraca w ramach instytucji międzynarodowych nie ma sensu, doradca prezydenta mówił ostatnio przy okazji wycofania się przed miesiącem USA z UNHRC, ONZ-owskiej agencji opiekującej się prawami człowieka. W udzielonym konserwatywnemu komentatorowi Markowi Levinowi wywiadzie mówił, że multilateralizm jest „teologią” amerykańskiej lewicy, wedle której Partia Demokratyczna łudzi się, że wszystkie narody są równe. Jego zdaniem ciągnie to Amerykę w dół i zestawia z partnerami niegodnymi amerykańskich wartości. A podporządkowanie się establishmentowi Narodów Zjednoczonych zagraża suwerenności USA.

Jestem tylko doradcą

A jakie dokładnie ma prezydencki doradca poglądy na sprawy międzynarodowe? Chciał bombardować Koreę, ale nie tylko. Takie same plany ma wobec Iranu i jego infrastruktury wojskowej. W styczniu w komentarzu opublikowanym przez „Wall Street Journal” pisał, że Stany Zjednoczone powinny unicestwić rząd ajatollahów przed 40. rocznicą jego powstania, która przypada w 2019 r. To on stoi za wycofaniem się USA z wielostronnego porozumienia nuklearnego z Iranem, czemu przeciwne były Unia Europejska i ONZ. Od początku optował za brexitem, licząc na osłabienie Brukseli. Agitował nawet za tym parokrotnie, odwiedzając Wyspy przed referendum w 2016 r. Ze wszystkich instytucji międzynarodowych względnie docenia Sojusz Północnoatlantycki, ale – jak grzmiał na szczycie NATO w zeszłym tygodniu prezydent USA – pod warunkiem równychwydatków na obronność. Uważa też, że Chiny regularnie ignorują i upokarzają Amerykę. I za złe miał Obamie, że ten był całkowicie oddany idei konsultowania się z różnymi organizacjami międzynarodowymi oraz opierania się na wyrokach trybunałów i treści traktatów. Jest też w ostrym konflikcie z szefem Pentagonu gen. Jamesem Mattisem. Ten przy okazji debaty o cięciach budżetowych w Departamencie Stanu błagał, by niczego nie ruszać. „Im mniejsza będzie siła naszej dyplomacji, tym więcej jako minister obrony będę mieć problemów na głowie” – mówił wówczas Mattis. Bolton jest zdania, że dyplomacja na tym etapie się wyczerpała i że trzeba się zbroić.
Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego był w czerwcu w Moskwie, żeby wespół z rosyjskimi partnerami przygotować miniony szczyt Trump – Putin w Helsinkach. – Jesteśmy bardzo wdzięczni za pana uprzejmość – powiedział wówczas w obecności kamer przy gospodarzu Kremla. Zależna od Putina agencja TASS podała potem, że rozmowy dotyczyły „strategicznej stabilizacji na świecie, kontroli nad bronią masowego rażenia oraz planów rozbrojenia”, a także konfliktów w Syrii, na Ukrainie oraz sytuacji w Korei Północnej i Iranie.
Tymczasem na kilkadziesiąt godzin przed spotkaniem obydwu przywódców w fińskiej stolicy specjalny prokurator ds. zbadania Russiagate Robert Mueller (powołany przez podlegającego bezpośrednio głowie państwa ministra sprawiedliwości) ogłosił, że postawi zarzuty 12 wysokim rangą byłym dyplomatom Kremla. Mówiąc krótko, chodzi o to, że z pomocą hakerów manipulowali oni przy zwycięskiej dla Trumpa kampanii prezydenckiej i niewykluczone, że ich działania przesądziły o wyniku wyborów w Pensylwanii, Wisconsin i Michigan, a tym samym o porażce Hillary Clinton. Dzień przed spotkaniem w Helsinkach Bolton wybrał się do stacji ABC, żeby w imieniu prezydenta skomentować ten temat. Stwierdził, że kiedy odwiedził Moskwę, Putin powiedział, że nic nie wie o cyberataku. Dodał, iż teraz sprawa wygląda inaczej, skoro są dowody na bezpośredni udział agentów GRU w operacji i wobec tego trudno jest wierzyć, że prezydent Rosji o tym nie wiedział. Przyciskany przez dziennikarza pytaniami o to, co wobec tego zrobi Trump w Helsinkach, Bolton odciął się, mówiąc: „Jednym z celów szczytu jest to, by nasz prezydent spotkał się w cztery oczy z Putinem i zadał mu to pytanie”. I za chwilę odciął się od odpowiedzialności za ewentualny skutek rozmowy: „Jestem tylko doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego. Mogę radzić, a nie podejmować decyzje w tej sprawie”. Jednak zanim został szefem BBN, a gdy już toczyło się śledztwo Muellera, pewny siebie Bolton mówił, że mieszanie się Rosjan w amerykańskie wybory było „aktem wypowiedzenia wojny”.
Rozmawiałem z Boltonem kilka dni po wyborach 2016 r., kiedy Ameryka i świat nie wyszły jeszcze z szoku po przegranej Hillary Clinton. I zapytałem oczywiście o Rosję, zwłaszcza że internet huczał od plotek na temat kremlowskich hakerów. I zabrał głos, jak przystało na najsurowszego z jastrzębi: „Pozycja Władimira Putina rośnie w Europie Wschodniej i na Bliskim Wschodzie w stopniu niespotykanym od końca zimnej wojny. Odkąd Ameryka za rządów Obamy przestała się interesować Rosją, przywódca na Kremlu wie, że jego samozaparcie pozwoli mu zrealizować każdy polityczny cel w polityce zagranicznej. Osłabienie wpływów Moskwy na Bliskim Wschodzie do poziomu sprzed prezydentury Obamy i wykorzystanie możliwości Rosji w walce z islamskim radykalizmem oraz w rywalizacji z Chinami to cele na pierwszy rzut oka sprzeczne – ale jednak możliwe do osiągnięcia, jeśli USA odbudują swą siłę oraz zasoby polityczne, ekonomiczne i militarne. (…) Państwa bałtyckie niemal panicznie boją się, że Putin sprowokuje jakieś incydenty podczas ostatnich dni urzędowania Obamy – wykorzystując jego słabość, jak też niepewność związaną z okresem przejściowym, która panowałaby niezależnie od tego, kto wygrałby w USA wybory. Moskwa zaczęła już masowe cyberataki przeciw Bałtom, a wymyślone przez nią zarzuty złego traktowania etnicznych Rosjan w tych krajach mogą dostarczyć Kremlowi pretekstu do interwencji zbrojnej. Putin energicznie wykorzystuje słabość i nieuwagę Obamy, a także przekonanie, iż to UE powinna być główną instytucją zapewniającą pokój na kontynencie. Taki mit – ignorujący lub pomniejszający kluczową rolę, jaką w powstrzymywaniu awanturnictwa i wojowniczych zapędów Moskwy odgrywa NATO – utrzymuje się szeroko wśród europejskich elit. Dla kontrastu, państwa wschodnio- i środkowoeuropejskie coraz bardziej zdają sobie sprawę, iż integracja gospodarcza, choć pożądana, sama z siebie nie gwarantuje wspólnej obrony. Zbyt wielu zachodnich Europejczyków wciąż nie jest w stanie pojąć tego prostego faktu. To słabość, którą dawno podchwycił dla własnych korzyści Putin. (…) To marsz naprzód Putina i wycofywanie się Ameryki powinny były być teraz głównymi tematami dyskusji. Politycy potrafią bez końca mówić o sprawach drugorzędnych – gdy tymczasem nie ma nic ważniejszego dla bezpieczeństwa USA. Niedocenienie tego przez kandydatów i strategów uruchamia mechanizm samospełniającego się proroctwa: porażka w przywództwie i informowaniu obywateli o sprawach światowych pozostawia ich z fałszywym przekonaniem, iż zagrożenia z zewnątrz nie są dość poważne, by się nimi martwić. Niestety, to naród amerykański kiedyś zapłaci cenę za tę krótkowzroczność”.
Tymczasem szczyt w Helsinkach nie miał nic z doktryny Boltona. – To, że Putin był lepiej przygotowany niż Trump, to oczywiście truizm. Ale prezydent Stanów Zjednoczonych nie starał się nawet nic powiedzieć o NATO, o europejskich sojusznikach. Oddał Rosjaninowi pole i stworzył mu możliwość zaprezentowania się jako równego gospodarzowi Białego Domu. Putinowi udało się pokazać, że co tam sojusze i traktaty, najlepsza jest polityka dwustronna, wręcz koncert dwóch wielkich mocarstw, jak za dawnych lat – komentuje w rozmowie z DGP Jerzy Maria Nowak, były ambasador polski przy Sojuszu Północnoatlantyckim. Ale nie da się wykluczyć, że w tym szaleństwie jest metoda. W wyobraźni Boltona dalej może kiełkować plan, że z Rosją tak właśnie trzeba było zagrać, bo przyda się ona do rozgromienia jeszcze większego wroga, czyli Chin. Na razie jednak i lewica, i pokaźna część prawicy w USA uważają zachowanie prezydenta podczas szczytu za zdradę i domagają się głów. W pierwszej kolejności Johna Boltona.
Po wyborach w 2016 r. Bolton spotkał się kilka razy z prezydentem elektem w sprawie posady szefa dyplomacji, ale Trump – za radą poprzednich republikańskich ministrów – wybrał Rexa Tillersona. Do mediów przeciekła plotka, że nie spodobały mu się wąsy Boltona