W przyszłym tygodniu odbędzie się dwudniowy szczyt państw paktu północnoatlantyckiego, w którym weźmie udział Donald Trump. Wiele wskazuje, że znów nie będzie szczędził europejskim sojusznikom cierpkich słów
Reklama



Zapowiedzią tego, co mogą usłyszeć sojusznicy z tej strony Atlantyku od amerykańskiego prezydenta, są listy, które przed spotkaniem Biały Dom wysłał do szefów rządów państw Sojuszu. Niektórzy – nie wiadomo, ilu, ale wiadomo, że nie wszyscy – znaleźli w korespondencji krytykę w sprawie poziomu wydatków na obronę w rządzonych przez siebie krajach.
„Coraz trudniej jest wytłumaczyć amerykańskim obywatelom, dlaczego niektóre państwa nie biorą na siebie części odpowiedzialności za wspólne bezpieczeństwo […] oczekuję w związku z tym jeszcze większego zaangażowania w realizację celów, na jakie wszyscy się zgodziliśmy” – napisał Trump. O liście poinformowały niezależnie od siebie „The New York Times” oraz „Foreign Policy”; agencji Associated Press udało się nawet opublikować pełną wersję korespondencji do norweskiej premier Erny Solberg.
Jak podał „NYT”, najcięższy w wymowie był jednak list wysłany do Angeli Merkel. „Niemieckie nakłady na obronę, zbyt małe w stosunku do możliwości, osłabiają bezpieczeństwo Sojuszu, a dodatkowo stanowią wymówkę dla pozostałych członków, którzy nie planują podnoszenia swoich nakładów, a którzy biorą z was przykład”.
Amerykanie od dawna krytykowali Europejczyków za poziom wydatków na obronę, żaden prezydent nie robił tego jednak w tak bezpardonowy i publiczny sposób jak Trump. Temat zdominował już ubiegłoroczny szczyt, co w połączeniu z pominięciem przez prezydenta USA w przemówieniu artykułu piątego – mówiącego o konieczności wzajemnej obrony w ramach NATO – zostawiło po spotkaniu fatalne wrażenie. Obawy są takie, że w tym roku będzie podobnie, jeśli nie gorzej. Parę dni po szczycie w Brukseli Trump uda się do Helsinek na spotkanie z Władimirem Putinem. Jeśli wizerunkowo wypadnie ono słabo, rosyjska dyplomacja na pewno zechce to wykorzystać na swoją korzyść.
Bez tematu pieniędzy raczej jednak się nie obędzie, bo już nie tylko Trump porusza tę kwestię publicznie.
– Prezydent wielokrotnie powtarzał, że świat traktuje Amerykę jak świnkę skarbonkę. I to się musi skończyć – mówił we wtorek zastępca rzecznika prasowego Białego Domu Hogan Gidley. W niedzielę w słowach nie przebierał również John Bolton, nowy doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego. „Jeśli uważacie, że zagrożeniem jest Rosja, proszę zadać sobie takie pytanie: dlaczego Niemcy wydają mniej niż 1,2 proc. swojego PKB? Kiedy mówi się o osłabianiu Sojuszu, powinno się wskazywać na tych, którzy sprawiają, że NATO jest mniej efektywne militarnie” – grzmiał na antenie telewizji CBS.
Co więcej, pod koniec czerwca pojawiły się doniesienia, jakoby Amerykanie rozważali wycofanie znacznej części swoich sił – ok. 35 tys. żołnierzy w służbie czynnej, większość stacjonująca w Niemczech – ze Starego Kontynentu. I chociaż ze strony przedstawicieli administracji od razu pojawiły się zapewnienia, że Departament Obrony po prostu rutynowo dokonuje oceny potrzeb wojskowych w różnych częściach świata, to doniesienia pozostawiły pewne obawy, wpisujące się zresztą w publiczne deklaracje Trumpa o tym, że chce sprowadzić żołnierzy do domu.
Gorzkich słów doczekali się jednak nie tylko liderzy krajów takich jak Niemcy czy Belgia. W ubiegłym miesiącu sekretarz obrony James Mattis wyraził zaniepokojenie w rozmowie ze swoim brytyjskim kolegą Gavinem Williamsonem. Według dziennika „The Sun” były generał dał do zrozumienia swojemu brytyjskiemu odpowiednikowi, że jeśli siła wojskowa Wielkiej Brytanii będzie wciąż spadać (Londyn od dawna przycina wydatki na obronę), to głównym partnerem militarnym dla USA na Starym Kontynencie staną się Francuzi.
Oprócz wrażenia, że Sojusz jest podzielony, politycy w Europie obawiają się jeszcze jednego – że nawet jeśli sam szczyt przebiegnie spokojnie, to tuż po nim Trump wywinie coś niespodziewanego. Tak jak było na niedawnym szczycie siedmiu najbardziej rozwiniętych gospodarek, na konkluzje którego lokator Białego Domu najpierw się zgodził, a potem kazał ich nie podpisywać. Dlatego jeden z dyplomatów nie przebierał w słowach w rozmowie z dziennikarzem „Foreign Policy”: – Jesteśmy dosłownie obsrani (sic!) ze strachu. Sukcesem będzie szczyt, na którym nic się nie wydarzy – wzdychał.