Łysych przybywa, ludzie ich teoretycznie akceptują, ale ukradkiem przypatrują się zaszokowani. Łysina jest albo rodzajem manifestu, albo oznaką choroby. „Nagość” głowy zasłania często chustka, czapka lub peruka
Reklama
Magazyn DGP / Dziennik Gazeta Prawna
Teresa Markiewska z zawodu jest fizjoterapeutką. Część swojej pracy wykonuje na basenie. Pewnego dnia prowadziła zajęcia z 5-latkiem, który domagał się, aby pokazała mu, jak się nurkuje. Obiecała, że zrobi to następnym razem, gdy „zmyje sobie brwi”. „Minę, jaką zobaczyłam w odpowiedzi, można opisać w słowach: szok i niedowierzanie. I zaczęło się: dlaczego pani sobie narysowała brwi? Co pani ma pod tymi brwiami? Czy pani nie ma włosów na głowie? Naprawdę, naprawdę pod tym czepkiem pani jest łysa? Jak pani może nie mieć włosów, przecież kobieta musi mieć włosy! Mogę zobaczyć? Mogę? Mogę?!” – opisuje sytuację na blogu zatytułowanym ZawszeUczesana.pl.
Udało jej się przekonać chłopca, że pokaże mu swoją głowę, gdy pójdą do szatni. „W szatni chłopiec pobiegł do mamy: mamo, mamo, a pani Teresa w ogóle nie ma włosów! Mama w popłochu: no co ty mówisz, ma czepek. Mały: nie mamo, nie ma, ona jest całkiem łysa i zaraz mi pokaże!” – opisuje dalej zaistniałą sytuację.
Włosy straciła dziesięć miesięcy po urodzeniu pierwszego dziecka. – Wcześniej w ogóle nie wiedziałam, że istnieje taka choroba jak łysienie plackowate – mówi. Skąd taka nazwa bloga? – Jest lekko przewrotna, ale prawdziwa, bo przecież zawsze jestem uczesana – śmieje się.
Wścibski czynnik ludzki
Alopecia areata, bo tak fachowo nazywa się ta choroba, jest przypadłością o podłożu autoimmunologicznym. Oznacza to, że błędnie funkcjonujący układ odpornościowy atakuje własne komórki (w tym przypadku są to mieszki włosowe) i zakłóca proces powstawania włosa. Bardzo często zdarza się, że opustoszałe miejsca same zarastają włosami, ale bywa też tak, że łysienie przybiera formę agresywną i chory traci nie tylko włosy na głowie, lecz także na całym ciele, w tym brwi i rzęsy.
Właśnie tak było w przypadku Teresy. Kiedy zaszła w drugą ciążę, włosy na chwilę wróciły, ale po porodzie znowu została „łysą”. – Najwyraźniej błogosławiony stan był zapalnikiem powrotu choroby – wyjaśnia. Choć na początku próbowała ratować się leczeniem farmakologicznym, szybko z niego zrezygnowała. Podobnie jak większość całkiem łysych kobiet. – Z racji mojego zawodu obracam się w kręgach medycznych i wiem, że sterydy czy leki immunosupresyjne niewiele potrafią zdziałać, za to niekorzystnie działają na inne organy i funkcje organizmu. Nie oznacza to, że chcę kogoś odciągnąć od takiego leczenia, ale każdy wybiera swoją drogę. Ja postawiłam na odpowiednią dietę i pracę – nazwijmy ją terapeutyczno-duchową. Wróciłam też do tańca, który bardzo mi pomaga w tym moim życiu bez włosów – tłumaczy Teresa.
Kobieta – a bardzo często także mężczyzna – bez włosów w wielkim mieście nie ma łatwo. Zwłaszcza gdy wszędzie widzi reklamy rewelacyjnych szamponów na porost włosów, działających cuda suplementów diety i specyfików, które sprawią, że bujna fryzura zachwyci każdego i będzie kluczem do sukcesów zawodowych i prywatnych. Do tego dochodzi „wścibski czynnik ludzki”.
Teresa przypomina sobie wiele takich sytuacji. – Chustka albo turban na głowie kobiety kojarzą się zazwyczaj jednoznacznie. Jest chora, na pewno ma raka. Na początku wychwytywałam wszystkie spojrzenia, zarówno te bardzo ciekawskie, jak i te pełne litości. Co odważniejsi obserwatorzy potrafili podejść i udzielać, bardzo przydatnych ich zdaniem, rad – wspomina.
Przyznaje, że przez pierwsze pół roku nie akceptowała tego, co się stało. – Trudno mi było o tym mówić, wręcz unikałam tego tematu jak ognia. Nie chciałam ani porad, ani współczucia – mówi. Przełomowym momentem było wesele znajomych. – Moi przyjaciele, zamiast wokół pary młodej, zebrali się dookoła mnie i wręczyli mi kopertę z pieniędzmi na perukę. Nie byłam gotowa na to, aby nosić na głowie cudze włosy; poza tym w mojej pracy taki „gadżet” jest po prostu niepraktyczny. To był dla mnie niezwykle traumatyczny wieczór, bardzo mnie ta cała sytuacja zabolała. Zrozumiałam jednak, że jeśli sama nie będę głośno mówić o swojej przypadłości, takich nieporozumień wynikających z braku wiedzy może być całkiem sporo – wyjaśnia.
Polak w pierwszej dziesiątce
Z badań przeprowadzonych przez kanadyjskich antropologów fizycznych wynika, że Polacy zajmują ósme miejsce wśród najczęściej łysiejących narodów świata. Naukowcy postanowili zbadać częstotliwość wypadania włosów w całej populacji i na tej podstawie przygotowali coś w rodzaju mapy łysienia. Pierwsze miejsce należy w tym osobliwym rankingu do Czechów, potem są Hiszpanie, Niemcy, Francuzi, Brytyjczycy, Amerykanie, Włosi. Po ósmych w kolejności Polakach są Holendrzy, Rosjanie i Kanadyjczycy (39,04 proc.). Najmniejszy odsetek łysiejących jest z kolei w Chinach. Również takie państwa, jak Meksyk, Japonia, Hongkong, Malezja, Tajwan czy Korea Południowa (22,4 proc.), plasują się dość nisko w klasyfikacji światowego łysienia.
Ze statystyk wynika również, że u mężczyzn o białym kolorze skóry problem występuje częściej niż u mieszkańców Azji, Ameryki Południowej lub Afryki. Skala łysienia jest przy tym o wiele większa u Europejczyków niż u mieszkańców pozostałych kontynentów. Specjaliści przyznają, że utrata włosów jest coraz bardziej powszechna i dotyka wielu osób bez względu na płeć. Według badań również wygląd i struktura włosa wskazują na skłonność do łysienia. U mieszkańców Azji i Afryki pasma włosów są grubsze, natomiast Europejczycy, jeśli nie łysieją, mają włosów co prawda więcej, ale są one cieńsze. Paradoksalnie, mimo że chińscy mężczyźni łysieją zdecydowanie rzadziej niż Europejczycy, to równocześnie posiadają o wiele mniejszy zarost i dużo rzadsze owłosienie na ciele. Zaskakujące wnioski przyniosła analiza procesu łysienia u Japończyków. Pokazuje, jak duży wpływ na kondycję włosów ma dieta. Skala łysienia zwiększała się wraz ze wzrostem popularności fast foodów, tak masowo pochłanianych przecież na Zachodzie. Odsetek łysiejących mężczyzn w Kraju Kwitnącej Wiśni wzrósł w ciągu ok. 20 lat prawie dwukrotnie. W 1987 r. z problemem zmagało się tam niespełna 6,2 mln mężczyzn, w 2004 r. było ich już 11,4 mln.
Badacze z Instytutu Endokrynologii w Czechach zaobserwowali, że profil hormonalny przedwcześnie łysiejących mężczyzn jest bardzo zbliżony do profilu hormonalnego kobiet chorujących na zespół policystycznych jajników. Łysieją też ludzie z wysokim poziomem insuliny i cukru we krwi. – O chorobach włosów, w tym o łysieniu plackowatym, mówi się częściej, gdyż mamy lepsze techniki diagnostyczne i metody leczenia. Nowym aspektem jest to, że w większości przypadków nadmierne wypadanie włosów jest objawem choroby lub problemu ogólnoustrojowego – mówi prof. Lidia Rudnicka, kierownik Kliniki Dermatologii CSK MSWiA w Warszawie.
Zwraca uwagę, że dermatolodzy potrafią w większości przypadków ustalić przyczynę wypadania włosów i zastosować odpowiednie leczenie; onkologiczne, hematologiczne, gastrologiczne itd. – w zależności od powodu utraty włosów. – Jeśli przyczyna jest dermatologiczna, to prawie zawsze możemy zahamować postęp choroby. Bardzo ważne jest, by do lekarza zgłosić się bardzo wcześnie, gdy tylko zauważymy nadmierną utratę włosów – tłumaczy prof. Rudnicka.
USG włosów
Przybywa metod badania przyczyn łysienia i sposobów na to, jak sobie z nim radzić. Polacy mają w tym swój udział. Zespół pod kierownictwem prof. Lidii Rudnickiej opracował metodę zwaną trichoskopią, którą opisano w tłumaczonym na wiele języków podręczniku. Strukturę włosów i skórę głowy bada się za pomocą specjalnego urządzenia. – W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że robimy „USG włosów”. Trichoskopia w połączeniu z badaniami laboratoryjnymi i wywiadem lekarskim pozwala zidentyfikować znacznie więcej przyczyn wypadania włosów, niż było to dotychczas możliwe – wyjaśnia.
Z kolei dr Grzegorz Turowski jako jedyny Polak brał udział w pracach nad robotem do przeszczepiania włosów. Urządzenie to pod nadzorem lekarza przeczesuje milimetr po milimetrze, przegląda głowę pacjenta i pobiera ze skóry pojedyncze, wyselekcjonowane i najlepsze zespoły mieszkowe. Następnie maszyna wykonuje serię nakłuć na łysinie, przygotowując miejsca do przeszczepu. Dopiero wtedy technicy, którzy nadzorują pracę robota, wszczepiają włosy. Wszystko odbywa się z dużą precyzją i nieporównywalnie szybciej niż w powszechnych dziś metodach manualnych. Robot jest w stanie pobrać ponad tysiąc mieszków włosowych na godzinę i przygotować na głowie ponad 2 tys. miejsc do przeszczepu.
Co się dzieje, gdy w przypadku łysienia plackowatego nie da się wykonać przeszczepu, a inne metody leczenia zawodzą? Pozostaje kamuflaż, czyli chustka albo peruka. Maria, pracownica służby granicznej, zdecydowała się na perukę. Łysienie pojawiło się u niej, gdy miała 20 lat. – Przez dłuższy czas udało się z nim walczyć. Łyse placki zarastały i wtedy oddychałam z ulgą. Gdy miałam 35 lat, moje życie mocno się jednak posypało. Stres związany z chorobą mamy i nadmiar obowiązków w pracy sprawiły, że w ciągu trzech miesięcy straciłam wszystkie włosy – mówi.
Dodaje, że do pracy nie mogła chodzić w chustce. – Musiałam zainwestować w perukę. Te fundowane przez NFZ wyglądają jak snopek siana, a ja potrzebowałam ładnej, naturalnie wyglądającej peruki, która nie spadnie mi z głowy podczas wykonywania obowiązków służbowych – opowiada Maria. Ta, którą wybrała, jest zrobiona przez jednego z najlepszych stylistów fryzur ze słowiańskich włosów. Kosztowała 12 tys. zł. – Dużo, ale to inwestycja na kilka lat – tłumaczy Maria.
Przyznaje, że na początku nie mogła się do niej przyzwyczaić. Wydawało jej się, że wszyscy widzą, że nosi perukę. – Kiedy włosy zaczęły wypadać, wzięłam urlop zdrowotny. Bałam się, że za plecami będą o mnie plotkować i potraktują jak stwora z kosmosu, który zasługuje na litość – opowiada. Nadal nie lubi peruki, ale dzięki niej czuje się bezpiecznie i kobieco. – Ciężar łysienia noszę jednak w sobie cały czas. Czasem od bliskich słyszę, że są przecież inne, gorsze choroby, a to „tylko włosy”. Wtedy pytam, czy ktoś chciałby się ze mną zamienić. Chętnych nie widzę – stwierdza Maria.
Według dr Ewy Jarczewskiej-Gerc, psycholożki z Uniwersytetu SWPS, włosy to w naszej kulturze atrybut kobiecości. – Od wieków uważa się, że długie włosy podkreślają urodę kobiety, są oznaką witalności. Nie dziwi więc, że gdy wypadają, tak bardzo chcemy je zatrzymać. Łysienie odziera z poczucia kobiecości, obniża postrzeganie własnej atrakcyjności. Krótkie włosy kojarzyły się zawsze z buntem, wyzwoleniem. Gdy miałam 16 lat, na złość ojcu ścięłam włosy na krótko. Z kolei łysa głowa to w dużej mierze symbol choroby nowotworowej. Nie da się też uciec od skojarzenia z obozami koncentracyjnymi, gdzie wszystkim więźniom golono głowy – tłumaczy.
Zwraca uwagę, że choć wiele kobiet uważa, że łysi mężczyźni są atrakcyjni, tak jak np. serialowy detektyw Kojak, mężczyźni bardzo chcą mieć bujne czupryny. – Ładne włosy podnoszą poczucie własnej wartości, dlatego wielu panów decyduje się na zabiegi w klinikach estetycznych. Czytałam ostatnio historię tenisisty, który po przeszczepie włosów zaczął znowu odnosić sukcesy na korcie. Nowa fryzura dodała mu pewności siebie – wyjaśnia dr Jarczewska-Gerc.
Celebryta łagodzi obyczaje
O łysieniu mówi się i pisze częściej niż dwa albo trzy lata temu. – Nic tak nie podbija bębenka jak łysy celebryta, nawet jeśli zgolił głowę do roli albo aby wyrazić swoją artystyczną duszę – śmieje się Maria.
Na łyse modelki stawia również coraz więcej firm odzieżowych. Przykładem z rodzimego podwórka może być sesja zdjęciowa marki Reserved, w której udział wzięła artystka Zuzanna Bartoszek. Na łysienie plackowate zachorowała, gdy miała 12 lat. – W ciągu kilku lat wyłysiałam całkowicie. Na szczęście szybko znalazłam sobie chłopaka, więc trauma minęła. Załamanie przyszło, gdy zmieniłam szkołę – z małej, społecznej podstawówki z dziećmi z dobrych domów na największe gimnazjum w Poznaniu. Denerwował mnie snobizm, postanowiłam więc pójść do „prawdziwej” szkoły. Realia trochę przerosły moje oczekiwania, było hardcore’owo i penersko. Często dostawałam z bara od wielkich lasek, które wyglądały, jakby były już po dwóch porodach. Jeden chłopak regularnie podbiegał do mnie na przerwie i krzyczał do ucha „Allah!” ze względu na chustę, którą nosiłam – opowiadała o swojej chorobie w rozmowie z magazynem „Szum”. Podkreślała, że zawsze miała wokół siebie wspierające osoby i rodziców, którzy „nie wciskali peruk”.
Marta Chlewicka, koordynator marketingu marki Reserved, mówi, że sesja z udziałem Zuzanny spotkała się z bardzo pozytywnym odbiorem. – Wyszliśmy poza schemat, według którego tylko profesjonalne modelki są bohaterkami kampanii – wyjaśnia. Tłumaczy, że nie szukali łysej dziewczyny. – Kluczowe okazały się artystyczna osobowość Zuzy i jej styl, który idealnie wpasowywał się w klimat sesji. Nie kierowaliśmy się wyglądem – wyjaśnia.
Maria przyznaje, że gdy zobaczyła najpierw łysą Monikę Brodkę, a teraz aktorkę Katarzynę Warnke, w pierwszej chwili poczuła złość. Potem stwierdziła jednak, że to ważny głos w sprawie, która jej dotyczy. – Poczułam, że ktoś wchodzi na mój teren. Pomyślałam w pierwszej chwili: „Jakie to głupie, żeby pozbawiać się włosów na własne życzenie”. Potem zdałam sobie sprawę, że takie celebryckie „coming outy” pozwalają oswajać tematy tabu – mówi. Gdy głośno zrobiło się o tym, że piosenkarka Shakira zmaga się z łysieniem plackowatym, Maria doszła do wniosku, że ten rozgłos może mieć aspekt edukacyjny. O tym, że cierpi na łysienie plackowate, mówiła również otwarcie polska biegaczka Anna Kiełbasińska.
Dużym wsparciem dla łysych kobiet i mężczyzn są fora internetowe. Katarzyna, która od dziecka zmaga się z tą przypadłością, obserwuje grupy polskie i zagraniczne. Jak mówi, różnica jest dosyć spora. – Na tych polskich ludzie się wspierają, ale piszą głównie o tym, jak sobie poradzić z problemami. Potrafią dość nachalnie dawać „dobre rady”. Do dziś jedna z kobiet, które tam poznałam, wysyła mi prywatne wiadomości i szczegółowo opisuje postępy swojego leczenia. Wypytuje mnie też, czy korzystam z nowych metod. Rozumiem upór i chęć do walki, ale je nie chcę cały czas myśleć o mojej chorobie – opowiada. Inaczej postrzega fora zagraniczne, takie jak np. amerykańska grupa wsparcia „The Baldie Movement”. Katarzyna bardzo lubi tam zaglądać, bo ludzie nie roztrząsają metod leczenia. Dla nich „łyse jest piękne”! Zachęcają też do refleksji. Internauci zadają sobie pytania typu: „Komu pozwoliłabyś dotknąć swojej głowy?”, „Jaką największą głupotę na temat łysienia słyszałaś ostatnio?”, „Czy ukrywasz łysinę w pracy?”. Pojawiają się też wideomanifesty, na których dziewczyny ściągają peruki i pokazują, jak wyglądają bez nich. – Mam wrażenie, że ta grupa daje ogromną dawkę akceptacji i sprawia, że jako „łysa laska” czujesz się naprawdę wyjątkowo – mówi Katarzyna. Przyznaje, że stara się odpowiadać na niektóre pytania, śmieje się ze swoich ograniczeń albo dziwnych sytuacji, które ją spotykają. – Nigdy nie zapomnę sytuacji na imprezie. Koleżka podszedł do mnie i zapytał, czy z racji tego, że nie mam włosów, jestem sprawna seksualnie. Zamurowało mnie i nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć – wspomina.
Lekcja tolerancji
Poza internetowymi grupami wsparcia w wirtualnej przestrzeni pojawia się coraz więcej nagrań wideo z praktycznymi poradami, jak się umalować, jak zawiązać turban. Jest też wiele blogów. Jednym z bardziej znanych jest LysieniePlackowate24.pl, którego autorką jest Sylwia Nadworna. Pierwsza łysa plamka na jej głowie pojawiła się, gdy miała 10 lat. Na dobre łysienie wróciło na początku studiów magisterskich. – Wyczułam palcami łysy placek na głowie i zrobiło mi się gorąco. Z czasem placki się powiększały, leki nie działały. Przeprowadziłam się do innego miasta, tam rozpoczęłam studia. Pewnego wieczoru, gdy po imprezie położyłam się spać, poczułam, że pół mojej głowy jest już prawie całkiem łyse. Przepłakałam całą noc, załamałam się – wspomina Sylwia.
Dermatolog, który prowadził jej leczenie, stwierdził, że z takim rozmiarem łysienia plackowatego nie miał doświadczenia i skierował do innego lekarza. – Tam otrzymałam dodatkowo naświetlania, ale stres związany z wypadaniem włosów pogłębiał się i powodował rozwój choroby. Doszłam do momentu, w którym zdecydowałam, że trzeba przygotować się na najgorsze i kupiłam perukę – opowiada. Choć peruka była efektowna i wszyscy zapewniali ją, że wygląda świetnie i naturalnie, Sylwia nie czuła się w niej sobą. – To był dla mnie przełomowy moment. Postanowiłam wtedy, że jeszcze jej nie założę, że będę walczyć do końca – mówi. Konsekwentnie wcierała zapisane leki, siedem razy dziennie masowała i nadal masuje głowę szczoteczką do zębów, aby pobudzić mieszki włosowe, a brak włosów ukrywała pod ozdobnymi chustami. Udało się. Włosy odrosły, po łysieniu na razie nie ma śladu. – Miałam trudności ze znalezieniem informacji na temat tej przypadłości, brakowało mi kontaktu z ludźmi, którzy zmagają się z nią tak jak ja. Postanowiłam więc stworzyć blog – mówi. Dziś organizuje także spotkania osób z łysieniem plackowatym. – Dużo nam dają. Czujemy, że nie jesteśmy sami. Chcę pokazać innym, że warto walczyć, że może się udać – mówi.
Przyznaje, że w najgorszym momencie choroby kontakt z ludźmi był bardzo ważny, jednak najbardziej pomogła jej zmiana nastawienia do życia. – Bardzo dużo pozytywnego myślenia. Zrozumiałam, że nie mogę sama sobie stawiać barier, że muszę żyć tak jak wcześniej, może nawet bardziej intensywnie. Starałam się nie przejmować byle czym, nie wyolbrzymiać problemów i zerwać z perfekcjonizmem. Spokój wewnętrzny i radość życia są w tej chorobie najważniejsze – wyjaśnia Sylwia. Dodaje, że przede wszystkim musiała pogodzić się sama ze sobą i zaakceptować nową sytuację. Istotna była też postawa najbliższych. – Poczucie wartości, które wpoili mi rodzice, sprawiło, że nigdy nie straciłam wiary w siebie i swoją kobiecość – tłumaczy Sylwia.
Zdaniem dr Jarczewskiej-Gerc wsparcie w takich przypadłościach jest podstawą. – Osoba, która zmaga się z takim problemem, musi wiedzieć i czuć, że bliscy kochają ją i akceptują – z włosami i bez nich. Ciągłe przypominanie o chorobie, dopytywanie się, dlaczego włosy nie odrastają, jest nie na miejscu. Sama miałam babcię, która straciła włosy w czasie wojny i chodziła w peruce. Czasem ją zdejmowała i wciąż była tą samą, kochaną babcią – wyjaśnia.
Teresa przyznaje, że choć starała się trzymać, przez pierwsze dwa miesiące choroby bardzo spadła jej samoocena. – Na szczęście miałam obok siebie męża, który potrafił o tym ze mną rozmawiać. Czasem miałam ochotę rozwieść się sama ze sobą, a on spokojnie znosił moje wszystkie humory i złe dni. Słyszę od ludzi, że jestem odważna, silna i piękna. Bez jego wsparcia bym taka nie była. Pomogła mi też modlitwa. To tam mocowałam się z tematem sensu choroby w moim życiu i to tam zrodziła się idea „zawsze uczesanej” – wyznaje Teresa.
Chłopcu, który koniecznie chciał zobaczyć kobietę bez włosów, pokazała, jak wygląda. Znowu z jego strony pojawiła się lawina pytań i stwierdzenie, że „kobieta musi mieć włosy”. Odpowiedziała, że nie. Kobieta nie musi mieć włosów, kobiecość nie kryje się we włosach czy innych cechach wyglądu, a ludzie różnią się od siebie. Swój wpis na blogu zakończyła słowami: „To była dobra lekcja. Dla mnie, bo z każdą taką sytuacją łatwiej mi otwarcie o tym mówić i czuję większą pewność siebie. Dla chłopca, bo może zapamięta, że są osoby, które pomimo braku włosów funkcjonują normalnie, nie zjadają dzieci i nie są z kosmosu. Dla mamy, bo zapewne miała wspaniałą okazję do końca dnia dyskutować o tym, że ludzie się między sobą różnią i jest to absolutnie normalne oraz nie stanowi podstawy człowieczeństwa”.
Kobieta bez włosów w wielkim mieście nie ma łatwo. Zwłaszcza gdy wszędzie widzi reklamy rewelacyjnych szamponów na porost włosów, działających cuda suplementów diety i specyfików, które sprawią, że bujna fryzura zachwyci każdego i będzie kluczem do sukcesów