Bezkrytyczna wiara, że wszystko można zmierzyć, zmniejsza skuteczność policji, służby zdrowia i powoduje kryzysy finansowe. Skończmy z nią.
Z czego składa się człowiek? Przede wszystkim z wody (65 proc. masy ciała), węgla (18,5 proc.), wodoru (9,5 proc.) oraz azotu (3,2 proc.). Ludzkie serce w ciągu minuty pompuje 5–6 litrów krwi, co dziennie daje ponad 7 tys. litrów. Najbardziej złożonym narządem człowieka jest mózg. Waży ok. 1,4 kg u mężczyzn i 1,2 kg u kobiet, jego objętość wynosi średnio 1350 ml, mieści się w nim 100 mld neuronów. W chwili, gdy piszę ten artykuł, na świecie żyje 7 570 881 000 ludzi, a średnia oczekiwana długość ich życia wynosi 71,5 roku. Każda z tych osób – w zależności od kraju zamieszkania – wytwarza produkt o wartości od 681 (Republika Środkowoafrykańska) do 124 tys. dol. rocznie (Katar). Historia gatunku homo sapiens sięga 200–300 tys. lat.
Czy ten oparty o dane liczbowe opis wyczerpująco przedstawia człowieka? Czy na jego podstawie istota z innej planety mogłaby zrozumieć, kim jesteśmy? Oczywiście nie. A co, gdyby rozszerzyć go, dorzucając informacje o dziennym zapotrzebowaniu na kalorie, przyczynach zgonów, liczbie osób nadużywających alkoholu, trendach w konsumpcji, stopniu „ubankowienia” i liczbie seriali oglądanych na Netflixie? Czy to opisałoby nas w pełni?
Reklama
Idę o zakład, że ktokolwiek pokusiłby się o sporządzenie „liczbowej” charakterystyki człowieka, a dane opublikował w opasłym tomie, ogłaszając, że poza tym nie ma nic już o homo sapiens do dodania, zostałby uznany za niespełna rozumu, czyż nie?
Przetworzeni na bity

Reklama
A jednak żyjemy w epoce, która bezkrytycznie uwierzyła Pitagorasowi, że to „liczby rządzą światem”, i która przyjęła tezę Galileusza, że „matematyka jest alfabetem, za pomocą którego Bóg opisał wszechświat”. Wszechświat, więc też nas – jego element. Dlatego coraz częściej istotę człowieka i jego działanie ujmuje się w kategoriach czysto statystycznych. Nieważne, czy to korporacja, czy uniwersytet, czy szpital – wszędzie wszystko próbujemy sprowadzić do precyzyjnej liczby, a potem pod dyktando wcześniej wytyczonej normy tym zarządzać i czynić bardziej wydajnym. Odkąd w 2006 r. Fundacja Nowej Ekonomii opublikowała Indeks Szczęśliwej Planety, traktujemy w ten sposób nawet szczęście.
Ufność w potęgę liczby wynika z wiary w potęgę informacji. Ta narodziła się w XIX w. wraz ze scjentyzmem głoszącym, że tylko nauki przyrodnicze mówią o świecie coś prawdziwego. W XX w. przekonanie takie żywią także ekonomiści, psychologowie i socjologowie. Odkąd używają komputerów i zdolni są do przetwarzania olbrzymich ilości danych, mają się za uprawiających naukę w sensie nieodległym od swoich kolegów fizyków czy biologów.
W wymiarze ogólnospołecznym wiara ta pojawiła się właściwie dopiero z nadejściem internetu. Ulegamy złudzeniu, że sieć – teraz nieodzowny kompan naszego żywota, któremu ofiarowujemy średnio ok. 6 godzin dziennie, a dwie dekady temu jeszcze zaledwie ciekawostka – przetwarza naszą aktywność na kod binarny w sposób jakościowo bezstratny. Skoro zaś w sieci wszystko – od naszych zwyczajów zakupowych, przez upodobania estetyczne, po apetyt seksualny – ulega takiemu przetworzeniu, łatwo bezwiednie przyjąć, że całe nasze jestestwo można przepisać na bity, a więc w końcu na jakąś liczbę. To zaś, co da się precyzyjnie opisać, można spróbować zmieniać, naprawiać i ulepszać, i to też (taka nasza natura) próbujemy robić.
Niektórzy, obserwując skalę tych zjawisk, dochodzą do wniosku, że jesteśmy świadkami niebywałego przełomu w historii ludzkości. Czegoś na wzór rewolucji przemysłowej. – Informacja to ropa XXI w., a analityka to nasz silnik spalinowy – mawia Peter Sondergaard z Gartner Research, amerykańskiej firmy konsultingowej sektora IT. Wierzymy więc, że aby świat – od swojej najmniejszej komórki, tj. rodziny, po największą, czyli państwo – się rozwijał, potrzeba nam jak największej ilości jak najdokładniejszych danych. Big Data rządzi.
W Google uważają, że statystyk, który z tych danych umie robić użytek, eliminując szum i identyfikując trendy, stanie się jednym z najbardziej rozchwytywanych zawodów. Można zakładać, że w sektorze prywatnym znaczenie badań rynkowych będzie rosło (teraz globalnie branża ta warta jest ok. 44,5 mld dol.), a rządy będą chciały wiedzieć coraz więcej o gospodarce i społeczeństwie i będą wydawać coraz więcej na ten cel. Rząd USA już teraz na gromadzenie danych o gospodarce przeznacza ok. 3 mld dol. rocznie. Polskie służby statystyki publicznej w tym roku wydadzą 427 mln zł. Nie wliczamy tu kosztów, jakie ponoszą obywatele, dostarczając rządowi danych w PIT-ach, oświadczeniach, zeznaniach, wykazach, sprawozdaniach i ankietach.
Ale czyż to wszystko nie są wspaniałe informacje dla świata? Im więcej wiemy o jego niedoskonałościach, tym skuteczniej możemy je naprawiać... „Trudno powiedzieć” – byłoby odpowiedzią optymistyczną. „Nie” – uproszczeniem. To po prostu „bardzo skomplikowane”. Liczby i statystyki są przydatne, ale zbyt mocne im zawierzenie może sprowadzić na manowce, a nawet stać się przekleństwem ludzkości. Jerry Z. Muller, wykładający historię kapitalizmu na Catholic University of America, uważa, że popadliśmy w skrajnie niezdrową fiksację na punkcie liczb. Twierdzi wręcz, że żyjemy w „tyranii pomiaru”. Tak zresztą zatytułował najnowszą książkę, w której zajmuje się wpływem, jaki tyrania ta wywiera na nieodzowne dla życia społecznego instytucje – przedsiębiorstwa, rząd, służbę zdrowia, szkoły czy organizacje pozarządowe.
Tyrania pomiaru
„Fiksacja na punkcie pomiaru bierze się z dwóch powiązanych przekonań. Pierwsze głosi, że możliwe i pożądane jest zastąpienie subiektywnej oceny wskaźnikami liczbowymi na bazie standaryzowanych danych. Drugi, że upublicznienie takich informacji (przejrzystość) gwarantuje, że dana instytucja naprawdę służy swoim celom. Do tego dochodzi wiara, że ludzi najlepiej motywują nagrody i kary związane z wynikami pomiarów ich osiągnięć. Nie wszystko jednak, co ważne, można zmierzyć, a nie wszystko, co można zmierzyć, jest ważne” – pisze prof. Muller na łamach „Wall Street Journal”. I w tym zdaniu ujmuje istotę rzeczy. Nie on pierwszy zwraca na to uwagę – już Einstein zauważał, że „nie wszystko, co można obliczyć, liczy się i nie wszystko, co się liczy, można obliczyć”. Powodów, dla których człowiek nie poddaje się kalkulacji, jest sporo, ale to temat na osobny tekst. Tu zajmiemy się przypadkami, w których ludzie nie zdają sobie z tego sprawy.
Jednym z poddanych tyranii pomiaru był sekretarz obrony USA Robert McNamara, który w trakcie wojny w Wietnamie stosował prostą miarę postępów militarnych: liczbę zabitych przeciwników. Im więcej wrogów pada trupem, tym bliżej zwycięstwa. Zasada ta stała się nieformalną podstawą oceny działania armii i przyznawania awansów. Efekty trudno uznać za zadowalające. Chociaż zginęło niemal pół miliona żołnierzy wietnamskich i niemal dwa miliony cywilów, to wojna trwała w sumie 18 lat i zakończyła się klęską stronnictw wspieranych przez USA.
W tym przypadku tyrania pomiaru prowadziła do śmierci w sposób oczywisty i bezdyskusyjny. Równie terminalne, chociaż nie aż tak natychmiastowo widoczne efekty przynosi ona dzisiaj w służbie zdrowia. W USA np. stosuje się często systemy zachęt i kar dla lekarzy, w których punktem odniesienia jest liczba udanych zabiegów. W efekcie trudno o specjalistów chętnych do leczenia najtrudniejszych przypadków. A pacjenci umierają.
W Wielkiej Brytanii przez długi czas stosowano ocenę szpitali bazującą na liczbie chorych przyjmowanych w ciągu czterogodzinnych cykli. W efekcie niektóre szpitale, chcąc spełniać normy, wymagały od swoich karetek, by krążyły z pacjentami po okolicy, jeśli w danej chwili nie „opłacało” im się ich przyjąć. Spadała podaż dostępnych karetek, interwencje nie odbywały się na czas, ludzie umierali.
W polskiej służbie zdrowia także natrafiamy na problemy z tyranią pomiaru. Weźmy lekarzy pierwszego kontaktu zatrudnionych w przychodniach. NFZ wypłaca przychodni stawkę roczną za każdego zapisanego pacjenta. Przychodnia zaś w jej ramach pokrywa koszty badań, które zlecają lekarze. W interesie przychodni jest, by lekarze mieli jak najwięcej zapisanych pacjentów, którym jednak nie zlecają badań. Skutek – dodatkowo wzmacniany przez ogólny deficyt lekarzy – to brak skutecznej diagnozy, nietrafione leczenie, częstsze, ale też krótsze wizyty i dłuższe kolejki.
Ofiarą liczbowej fiksacji pada także policja. Muller chętnie używa przykładu patologii w organach ścigania, by wyjaśnić destrukcyjną naturę łączenia nagród i kar z pomiarem. „Jest różnica pomiędzy sytuacją, gdy używamy danych o przestępstwach, by optymalnie rozdysponować patrole uliczne, a sytuacją, w której sprawdzamy, ile dany funkcjonariusz czy dowódca wykrył spraw, by go awansować albo udzielić mu nagany. Ta druga sytuacja tworzy negatywne bodźce” – tłumaczy Muller w jednym z wywiadów. Jeśli podstawą twojej kariery policyjnej jest procent rozwiązanych spraw, będziesz unikał przyjmowania takich, w których szansa wykrycia sprawcy jest nikła, a zajmował się łatwymi. Na ogół łatwe są drobne, a trudne poważne. To oznacza, że mordercy pozostaną na wolności, ale drobny cwaniaczek ścigany będzie z surowością za wybicie szyby w sklepie.
Polska policja patologię pomiaru wykazuje w kwestii mandatów wystawianych kierowcom. Od lat w mediach regularnie pojawiają się „przecieki” z policyjnych komend, że policjanci są nieformalnie zobowiązywani do wystawiana minimalnej liczby mandatów, a gdy tego nie zrobią, udziela im się nagan. Muller powiedziałby, że mamy tu do czynienia nie tylko z nadmierną fiksacją na punkcie liczb, co na punkcie liczb niewłaściwych. Gdyby spojrzeć na liczbę wypadków drogowych (drogówka jest po to, by było ich mniej), to wciąż jesteśmy w europejskiej czołówce. W porządku – ich liczba maleje, ale to raczej wynik budowy bezpiecznych dróg niż wzrostu skuteczności działań drogówki. Dlaczego więc – poza oczywistymi względami finansowymi – kładzie się taki nacisk na liczbę mandatów? Mierzymy to, co mierzyć łatwo i wygodnie.
Sam prof. Muller zainteresował się problemem tyranii liczb, gdy coraz mocniej zaczął on dotykać systemu edukacji. Nie podoba mu się upowszechnienie testów, których wyniki łatwo wpisać w tabele, ale które nie są równoznaczne z popularyzacją uczenia się. Sprawiają też, że mniej uwagi poświęca się mniej „testowalnym” dziedzinom, jak muzyka, sztuka czy literatura (w sensie aktywnego ich uprawiania), a serwowana teoretyczna o nich wiedza staje się jednowymiarowa i arbitralna. W Polsce kilka lat temu głośno było o doktorze fizyki Tomaszu Rożku, którego fragmenty książki wykorzystano w zadaniu maturalnym. Sam Rożek rozwiązał je dla rozrywki, ale gdyby był maturzystą, nie zdałby. Nie rozumiał własnego tekstu? Wątpliwe.
Co do samych badań naukowych przekleństwo Pitagorasa objawia się w sposobie, na jaki ocenia się produktywność danych naukowców. „Bierze się pod uwagę liczbę napisanych prac i cytowań, ale nie bierze się pod uwagę ich jakości czy znaczenia. W dyscyplinach takich jak nauki humanistyczne rankingi te dyskryminują np. książki, które są dla tych dyscyplin bardzo ważną formą komunikacji” – twierdzi prof. Muller. Nie wierzy, że dzięki statystyce uniwersytety czeka historia analogiczna do tej z filmu „Moneyball”, opisującego dzieje klubu baseballowego Oakland Athletics. Zaczął on odnosić sukcesy w wyniku użycia analizy komputerowej. Taka analiza może zostać wymyślona na uniwersytecie, ale on sam musi być ponad to.
W sukurs Mullerowi idą Marc Edwards i Siddhartha Roy z Virginia Tech, którzy w pracy „Badania akademickie w XXI w.” z 2016 r. piszą alarmująco: „Przez ostatnie 50 lat zachęty stosowane wobec naukowców coraz częściej przynosiły efekt odwrotny do zamierzonego w kwestii konkurowania o środki badawcze, rozwoju ilościowego pomiaru wydajności w miejscu pracy i całego modelu biznesowego, na którym oparta jest edukacja. (...) Wytworzono bodźce prowadzące do nieetycznych zachowań, a jeśli masa krytyczna naukowców stanie się niegodna zaufania, ryzykujemy odwrót ludzi od nauki i wkroczenie w nowe wieki ciemne”.
No, co? W tabelce się zgadza!
Zniewolona tyranią pomiaru są nie tylko budżetówka i administracja rządowa, które jako instytucje biurokratyczne siłą rzeczy muszą bazować na kryteriach liczbowych. Często cała gospodarka pada jej ofiarą. Na przykład gdy zaczynają rządzić nią komuniści wierzący w centralne planowanie. Zdaniem centralnych planistów można dokładnie wyliczyć, czego, kiedy i w jakiej ilości potrzebują konsumenci, a także co, gdzie i w jakiej ilości musi być wyprodukowane, a więc kogo i w jakie środki produkcji zaopatrzyć.
Dobrze wiemy, że to bujda. Nawet gdyby udało się zebrać wszystkie informacje o konsumentach, środkach produkcji i producentach, to system centralny nie mógłby działać. Jest bowiem pozbawiony najważniejszego nośnika informacji – cen. Nie można ich w sposób matematycznie „wyliczyć”, gdyż są zmienne i nieustannie się kształtują w wyniku subiektywnych ocen uczestników rynku. Centralni planiści nie pojęli różnicy między ceną a wyceną i doprowadzili w ten sposób miliony ludzi do skrajnej nędzy.
Ale sprowadzanie wszystkiego do liczby zostaje komunistom, nawet gdy porzucają centralne planowanie w skali makro. Jak we współczesnych Chinach. Profesor Deirdre McCloskey w książce „Burżuazyjna godność” pisze o przypadku, gdy szefowie partii w mieście Hanchuan w Chinach próbowali uratować miejsca pracy w zakładach produkujących baijiu, mocny alkohol. Nakazali więc pracownikom produkujących go zakładów, by za własne pieniądze wykupowali ten trunek za kwotę w sumie 300 tys. dol. rocznie. To oznaczało, że każdy z pracowników musiałby kupować trzy butelki trunku dziennie. Cóż, perpetuum mobile nie zadziałało.
W zachodnim kapitalizmie największymi kataklizmami, w których fiksacja na punkcie pomiaru ma czynny współudział, są kryzysy finansowe. Widać to na przykładzie działalności agencji ratingowych, przez które ostatni kryzys się szybciej rozprzestrzeniał. W zamierzeniu utworzono je po to, by bezstronnie oceniały różnego typu papiery wartościowe, a jednak w praktyce to, jakie przyznawano ratingi danym papierom, zostało powiązane z tym, dla kogo to robiono. Zakładano, że klienci agencji – głównie banki – chcą je komuś sprzedać, w związku z czym, by je zadowolić (a więc uzyskać nagrodę), przyznawano noty najwyższe, nawet jeśli były to papiery bezwartościowe. W skrócie: śmieci owijano w błyszczące opakowanie i wpychano naiwniakom. Tyrania pomiaru uczyniła nas ślepymi na to, że kryzys nadchodzi. Jeszcze na kilka miesięcy przed jego wybuchem wszystkim w USA wydawało się, że skoro ceny domów rosną, a przede wszystkim skoro PKB rośnie od tylu już lat, to nie ma się czego obawiać. Nie dostrzegano znaczenia innych, więcej mówiących o gospodarce miar. Tych, które oceniały zdolność kredytową konsumentów. Potwierdziło się, że mierzymy to, co wygodne, a nie to, co trzeba.
W długiej perspektywie skoncentrowanie się na złym wskaźniku może czasami nie tyle wywołać kryzys, co upośledzić rozwój gospodarki. W rozmowie z DGP dr Joanna Tyrowicz zauważyła np., że dynamika wzrostu płac w Polsce w ciągu ostatniego ćwierćwiecza była niewystarczająca, i uznała, że może to wynikać „z celów, na jakie ustawiona była nasza polityka. Orientowano ją według stopy bezrobocia, a nie – jak np. w Czechach – według stopy zatrudnienia i wzrostu płac. Sukcesem było u nas jakieś obniżenie bezrobocia, podczas gdy u nich politycy za sukces poczytywali sobie wzrost liczby miejsc pracy i wynagrodzeń”.
Wybór właściwego wskaźnika to tylko pierwszy etap w kierunku jego odpowiedniego użycia. Nie zawsze także wiadomo, czy powinniśmy dążyć do jego podniesienia czy obniżenia. Ekonomiści spierają się np. o znaczenie deficytu i długu publicznego dla gospodarki. Profesor Ken Rogoff opublikował w 2010 r. pracę, z której wynikało, że wzrost spowalnia po przekroczeniu progu zadłużenia wynoszącego 90 proc. PKB. Czyli: deficyt i dług zły. Jego adwersarze zwrócili uwagę na błąd obliczeniowy w arkuszu kalkulacyjnym, na których praca Rogoffa bazowała. W tamtym wypadku korekta błędu nie zmieniła ogólnych wniosków, ale co gdyby zmieniała? W erze tyranii pomiaru jeden źle postawiony przecinek może niszczyć gospodarki całych narodów – bo przecież polityka ekonomiczna opiera się często o badania ilościowe i modele ekonometryczne.
Tyrania pomiaru może też podgryzać rozwój firm. Wdarła się do nich np. pod postacią KPI (Key Performance Indicators, Kluczowych Wskaźników Efektywności). Jak zauważa David Parmenter – wybitny KPI – to, co miało służyć harmonizowaniu pracy w danej organizacji, często przekształca się w cel sam w sobie. W rezultacie kierownictwo manipuluje pomiarami, żeby zwiększyć swoje zyski, ludzie wykonują zadania przeciwne celowi strategicznemu organizacji, a czas monitorowania KPI to czas, który mógłby być przeznaczony na produktywną pracę. Zastanawialiście się, dlaczego coraz więcej spółek interesują tylko krótkoterminowe zyski, a w razie problemów uciekają się do łatwych rozwiązań podnoszących rentowność takich, jak zmniejszenie zatrudnienia? No, właśnie. KPI.
O nowego eksperta
Mamy więc nie wierzyć liczbom? Profesor Muller chce tylko, byśmy dokonali rewizji, czy mierzymy to, co trzeba, tak jak trzeba, i czy wyniki naszych pomiarów są odpowiednio używane. Uważa też, że powinniśmy dać więcej przestrzeni subiektywnej ocenie eksperckiej, gdyż niesłusznie odrzuca się autorytet specjalistów, wierząc, że analiza komputerowa jest mądrzejsza od człowieka.
Ta propozycja Mullera spotyka się jednak z krytyką. Tim Harford, autor bestsellerów popularyzujących ekonomię, przekonuje na łamach „The Financial Times”, że psychologowie już w latach 50. XX w. udowodnili, że mechaniczne statystyczne prognozy często są w stanie pokonać subiektywny osąd ekspercki. Mullerowi jednak nie chodzi o prognozowanie ani o stworzenie elitarnej technokracji. Chodzi mu o podejmowane właściwych decyzji. Te zaś mogą być podejmowane, jeśli będą to robić „osoby na poziomie lokalnym, nie w sensie geograficznym, a w sensie umiejscowienia wewnątrz danej organizacji, które wiedzą, co się w niej dzieje – w przeciwieństwie do osób próbujących wszystkim zarządzać z zewnątrz”. Ekspertem nie jest w tym ujęciu przemądrzały pan w krawacie, który mówi, jak ma być, a raczej ktoś, kto na danym zagadnieniu zjadł zęby. Praktycznie.
Dziennik Gazeta Prawna
Ostrzeżenie przed tyranią pomiaru znajduje tutaj wspólną nutę z ostrzeżeniem przed tyranią ekspertów płynącym od Williama Easterly’ego z Uniwersytetu Nowojorskiego. Przekonuje on, że źródłem biedy wielu krajów są przemądrzali eksperci, którzy uważają, że z wygodnego fotela biura którejś z agend ONZ da się rozwiązać problemy. Oni także najpierw wyliczają sobie liczbowe cele do osiągnięcia, a potem próbują je realizować. „W 1938 r. powstał na zlecenie Brytyjczyków tzw. Raport afrykański. 1837 stron szczegółowych ekspertyz i precyzyjnych rekomendacji. Niektóre z nich są identyczne jak te formułowane dzisiaj przez ONZ” – pisze Easterly w artykule „Nowa tyrania”. Opisuje w nim też projekt zalesiania Ugandy, finansowany przez Bank Światowy, w którym – żeby spełnić liczbowe wytyczne – wysiedlono 20 tys. farmerów z ich własnej ziemi.
Łącząca się z tyranią pomiaru mania transparentności sprawia, że instytucje nauczyły się mydlić nam oczy i przestają ponosić odpowiedzialność za swoje czyny. Zalani liczbami, które robią na nas wrażenie, ale których nie rozumiemy, nie jesteśmy w stanie ocenić jednoznacznie, czy ktoś robi dobrą robotę, czy nie. Brytyjska filozofka Onora O’Neill wini za ten stan rzeczy media, które służą za kanał transmisji tego potoku nieprzefiltrowanych informacji. Mam nadzieję, że ten artykuł chociaż trochę poprawi sytuację.