W Izraelu trwa dobijanie „żywego trupa” Netanjahu. Konkurenci premiera się nie cofną, nawet kosztem stosunków między państwami.
Wydawało się, że ubiegłotygodniowa wizyta polskiej delegacji w Izraelu, na której czele stał wiceszef MSZ Bartosz Cichocki, obniżyła temperaturę sporu o ustawę o IPN. – Kiedy spotykają się dyplomaci, prawnicy, historycy, to rozmowa siłą rzeczy jest merytoryczna. Emocje, jeśli się pojawiają, to incydentalnie. Tutaj ich nie było – mówił po powrocie z Jerozolimy w RMF FM Cichocki. Strona izraelska nazwała dialog pogłębionym i otwartym.
Lapid ćwierka
Merytoryczny, pozbawiony emocji, pogłębiony i otwarty dialog nie trwał jednak długo. Już w sobotę jeden z kluczowych izraelskich polityków Ja’ir Lapid, lider opozycyjnego ugrupowania Jest Przyszłość, oskarżył premiera Benjamina Netanjahu o to, że daje się wmanewrować Polakom. Na Twitterze przekonywał, że nie ma powodu, by prowadzić jakiekolwiek negocjacje w sprawie ustawy o IPN. Deklaracja ta padła krótko po tym, jak Reduta Dobrego Imienia (w piątek) wniosła pozew przeciwko jednej z argentyńskich gazet, która materiał o pogromie Żydów w Jedwabnem zilustrowała zdjęciem zamordowanych przez UB polskich żołnierzy. Lapid przekonuje, że ustawa miała być zamrożona, a tymczasem jest wykorzystywana przeciwko tym, którzy piszą o Jedwabnem. Istotą pozwu Reduty jest jednak nie samo pisanie o pogromie, tylko fałszywa ilustracja, która mu towarzyszy. Lapid jednak ten fakt pomija i wzywa do odwołania ambasadora z Warszawy.
Reklama
Kulawa kaczka

Reklama
Lider Jest Przyszłość i pretendent do przejęcia władzy wbił się z krytyką Netanjahu w doskonały moment. W piątek premier był przesłuchiwany w związku ze skandalem korupcyjnym dotyczącym forsowania przez rządzących rozwiązań korzystnych dla koncernu Bezeq w zamian za przychylne Netanjahu materiały prasowe. Wątki korupcyjne pojawiają się również przy przetargu na łodzie podwodne dla floty izraelskiej. Od kilku dni prasa izraelska, bardziej niż spór z Polską, analizuje potencjalne scenariusze zmiany władzy w kraju, a sam Netanjahu jest określany – jak podaje dziennik „Haaretz” – mianem żywego trupa lub kulawej kaczki. Jednym z potencjalnych beneficjentów zmiany na szczytach władzy może być właśnie Lapid. Ten lewicowy populista, były aktor i dziennikarz, były minister finansów w kulminacyjnym momencie sporu polsko-izraelskiego był oskarżany o podanie nieprawdziwych informacji na temat historii swojej rodziny. Twierdził, że jego babcia została zamordowana przez Polaków i Niemców w Polsce, tymczasem – jak wykazał dziennikarz portalu wPolityce.pl Konrad Kołodziejski – ta informacja jest nieprawdziwa.
Kamienicą w głowę
Premier Izraela ani MSZ oficjalnie nie skomentowali pozwu Reduty. W sobotę Netanjahu wyleciał do USA, gdzie ma zaplanowane spotkanie z Donaldem Trumpem. Weźmie również udział w corocznej konferencji AIPAC (The American Israel Public Affairs Committee), podczas której mówcą będzie wiceprezydent USA Mike Pence.
W kontekście sporu polsko-izraelskiego i spotkania grup roboczych oficjalnie pojawił się również wątek nieobecny dotąd w debacie – nawiązanie do reprywatyzacji. Przed czwartkowymi rozmowami w Jerozolimie prof. Dina Porat z Jad Waszem, która wchodzi w skład grupy ds. dialogu prawno-historycznego po stronie izraelskiej, podczas posiedzenia komisji spraw zagranicznych i obrony Knesetu, jakoby tłumacząc polski punkt widzenia, miała mówić o elemencie ekonomicznym zrównywania cierpienia Polaków i Żydów podczas II wojny światowej. „Po pierwsze, Żydzi otrzymali odszkodowanie od Niemców, Polacy nie (...). Dodatkowo środowiska żydowskie oczekują zwrotu własności utraconej podczas Holokaustu (...). Z polskiego punktu widzenia wynika, że skoro ich (Żydów – red.) nie krzywdzili, nie ma nic do zwrotu” – cytuje słowa Porat dziennik „Jerusalem Post”.
Przed weekendem ujawniono, że Polska miała świadomość konsekwencji uchwalenia ustawy o IPN. Jak podaje Onet.pl, na tydzień przed głosowaniem w Sejmie MSZ dostało komunikat od amerykańskich polityków, z którego wynikało, że ustawa jest „nie do przyjęcia” i spowoduje burzę dyplomatyczną. Informacja z MSZ miała jednak nie dotrzeć do najważniejszych osób w państwie, w tym do premiera.