Chichotem historii jest to, że Komisja Europejska postanowiła zrzucić traktatową bombę atomową właśnie na Polskę. To Węgry są przecież krajem, wobec którego Parlament Europejski przegłosował aż sześć rezolucji. Państwem, w którym sąd konstytucyjny został definitywnie zmarginalizowany, funkcjonuje de facto jednoosobowa władza nad sądami (Krajowy Urząd Sądownictwa), a prezes Sądu Najwyższego został zmuszony do odejścia.
Głos poparcia dla Warszawy przyszedł najpierw od wicepremiera Zsolta Semjéna, a potem także Viktora Orbána. O ile jednak Semjén deklarował zawetowanie ewentualnych sankcji, premier był ostrożniejszy i mówił o utrudnianiu ich wprowadzenia. Te szczegóły mają znaczenie. Utrudniać można także zakulisowo, przy stole negocjacyjnym prezentując tradycyjne dla Orbána podejście koncyliacyjne.
Poleganie przez PiS wyłącznie na Budapeszcie może być ryzykowne, by wspomnieć sprawę kandydatury Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej. Budapeszt się jej nie sprzeciwił, mimo lansowania przez PiS Jacka Saryusza-Wolskiego. Orbán niewiele sobie robił z wypowiedzi ministra Witolda Waszczykowskiego, który w wywiadzie dla „Heti Válasz” stwierdził, że byłoby „nie do zaakceptowania, gdyby tak przyjacielski kraj popierał Tuska”.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.