Mazurek rozmawia z Łapińskim: Stał się pan wrogiem numer jeden prawicy… Czerepachem

Krzysztof Łapiński, fot. Darek Golik
Krzysztof Łapiński, fot. Darek GolikDziennik Gazeta Prawna/Inne
16 listopada 2017

- Tak mnie nazywa „Gazeta Polska”, ale wiem, że ostatnią rzeczą, która powinna mi się przydarzyć, jest przejmowanie się internetowymi czy gazetowymi przezwiskami - mówi w rozmowie z Robertem Mazurkiem Krzysztof Łapiński, minister w Kancelarii Prezydenta.

Sporo. Gdy rozmawialiśmy, byłem posłem PiS, wywiad ukazał się w piątek, a już po południu ogłoszono, że zostaję ministrem w Kancelarii Prezydenta.

Ależ dziękuję, choć – doceniając pańskie sprawstwo – to jednak prezydent zaproponował mi stanowisko.

Dla mnie to była dobra zmiana.

Pół roku.

Niezłe tempo, prawda?

Czerepachem (śmiech).

Zupełnie mnie takie porównanie nie boli, raczej śmieszy. Niech sobie mówią, niech sobie piszą co chcą.

Raczej gminny Machiavelli. Nie odnajduję się w tym porównaniu, ale jak komuś ulży, że mnie nazwie Czerepachem, że tak dotkliwie mnie obraził, że ja z tego powodu pewnie wyrywam sobie włosy z tej mojej łysej głowy, to się cieszę. Przynajmniej przyniosłem komuś trochę radości, może ma jej w swoim życiu niewiele, a tu proszę, taki sukces. Ktoś może sobie teraz chodzić po mieście i opowiadać, że to on pierwszy nazwał mnie Czerepachem.

Tak mnie nazywa „Gazeta Polska”, ale wiem, że ostatnią rzeczą, która powinna mi się przydarzyć, jest przejmowanie się internetowymi czy gazetowymi przezwiskami.

A ja sprowadzam na nią prezydenta? To komiczne.

Takie zestawienie przynosi mi tylko niezasłużony zaszczyt, bo być gdziekolwiek wspólnie z panią Zofią to ogromne wyróżnienie. To piramidalny absurd i niebywała głupota, by kogoś takiego jak Zofia Romaszewska wpisywać do grona obrońców ubeków, strażników układu i sitw, miłośników salonów. W zasadzie trudno mówić tu nawet o bezczelności i się na to obrażać, bo tym się powinni zająć specjaliści z innej dziedziny.

Powiedzmy psychologowie społeczni, bo to jakaś zbiorowa psychoza. My się z tego śmiejemy, ale ktoś takie rzeczy wypisuje...

No właśnie. Czy ci ludzie nie wiedzą, że Zofia Romaszewska od pięćdziesięciu lat walczy o wolną i sprawiedliwą Polskę, z patologiami wymiaru sprawiedliwości? Pisanie, że ona te patologie konserwuje, że broni ubeków i zupełnie wyjątkowej kasty sędziowskiej, jest czymś niebywałym.

To najbardziej radykalne skrzydło naszych wyborców, które podchodzi do polityki bardzo emocjonalnie.

Ja widzę, jak Andrzej Duda spełnia swoje obietnice wyborcze. A przypominam, że jedną z nich było zapewnienie, iż będzie się starał być prezydentem wszystkich Polaków.

To wszystko zaczęło się po lipcowych wetach. Ale warto zauważyć, że ogromna większość elektoratu PiS poparła decyzję prezydenta. Może tylko na Twitterze ci internetowi ormowcy sprawiają wrażenie większości, gdy tak naprawdę są garstką? Każdy sondaż pokazuje, że przeważająca większość wyborców Andrzeja Dudy jest z jego działań zadowolona.

Śmiem twierdzić, że hejt jest głównie internetowy, a nasz Twitter jest specyficzny – to miejsce, gdzie spotykają się głównie dziennikarze, politycy, stali komentatorzy polityki, i temperatura sporów szybko osiąga poziom wrzenia. On nie jest reprezentatywny, wiem to, bo mam jeszcze zwykłe życie i kiedy ludzie zaczepiają mnie na ulicy, to nie po to, żeby mnie opluć, tylko pogratulować.

Do pracy jeżdżę służbowym autem, ale prywatnie często komunikacją miejską, choćby ostatnio na cmentarz Bródnowski. Mam też zwykłych, niepolitycznych znajomych i zapewniam pana, że życie poza Twitterem jest zupełnie inne.

Mam usiąść i płakać? Poskarżyć się, że mnie ktoś obraża? Przecież taka jest cena bycia politykiem. Widziały gały, co brały.

Średnio, bo polityka to nie jest ani konkurs piękności, ani zawody w zdobywaniu sympatii.

I to jest paradoks, ale przyzwyczaiłem się. Pamiętam czasy kampanii wyborczej, kiedy całkiem spore grono zwolenników dobrej zmiany ostro nas krytykowało, że kampania jest słaba, że wszystko robimy fatalnie, mamy na koncie same błędy, no i na pewno przegramy.

Ależ ja nie znam nikogo, kto by mnie nie lubił!

Sam się nad tym zastanawiam. Jak taki spokojny człowiek jak ja może kogoś zdenerwować? Co ja takiego zrobiłem, że moi dawni znajomi mówią o zdradzie, obronie układu, chronieniu WSI? Naprawdę nie wiem, co z tych krzyków wynika.

Mnie? Ja generalnie jestem gołąbkiem pokoju.

Śmiejąc się przy tym. Starałem się mu wytłumaczyć, że się myli, że ja jestem do rany przyłóż... Nie wiem, czy go przekonałem, okaże się podczas następnego spotkania, ciekawe, jak mnie wtedy określi?

To nieporozumienie. Ludzie, którzy mnie spotykają, często mówią, że po gościu, który był zakapiorem w kampanii wyborczej, spodziewali się czegoś innego, a tymczasem jestem grzeczny i miły. Ja chyba w ogóle mam bardzo umiarkowane poglądy i staram się je tak prezentować. Nie wiem, jakim cudem ktoś mógłby myśleć inaczej.

To tylko emocje, naprawdę. Było pewne napięcie związane z wetami i ustawami o sądownictwie, ale jak ta reforma zostanie w końcu uchwalona, to kurz bitewny opadnie i sytuacja się uspokoi, wszystko wróci do normy.

Andrzej Duda nigdy nie miał być i nie był prezydentem malowanym, więc czasem będzie miał inne zdanie niż większość sejmowa, ale przecież wciąż wszyscy razem tworzymy obóz dobrej zmiany.

Taki sam.

„Mamy ekstrarząd i superprezydenta, ci wszyscy ludzie to wspaniali fachowcy. Ufam im i wiem, że wybrałem swoją przyszłość...”.

„Jest super, jest super, więc o co ci chodzi”.

Niech pan pojedzie na spotkanie w teren, wciąż ma świetny kontakt z ludźmi, a funkcja go nie zmieniła. Wciąż jest takim samym, normalnym człowiekiem, jakim był przez czterdzieści lat swego życia.

Jego również dotknął grzech pierworodny... Jasne, że ma wady, ale równie jasne jest to, że moją rolą nie jest na ten temat rozprawiać. Pan już jednego prezydenckiego ministra swoim wywiadem zwolnił, że przypomnę Piotra Kownackiego, i nie mam specjalnie ochoty pójść w jego ślady...

I tu powinienem powtórzyć, że obaj współtworzą obóz dobrej zmiany, więc ich współpraca jest czymś oczywistym i naturalnym, do tego ich Polacy wybrali. A czy prezydent jest człowiekiem uległym? Zapewniam, że jest bardzo stanowczy, a jak trzeba, to potrafi uderzyć pięścią w stół i przeciąć spory.

Jako jeden z wielu szeregowych posłów PiS mogłem pozwolić sobie na więcej, to prawda, bo moim szefem byli moi wyborcy, to ich głos wyrażałem. Teraz gram w drużynie Andrzeja Dudy, on jest moim szefem i to jego mam obowiązek reprezentować. Gdybym nie chciał tego robić, powinienem odejść i tyle.

Tak, właśnie tak.

Dlaczego? Zrobiliśmy większość rzeczy, które obiecaliśmy w kampanii. 500+, wiek emerytalny, leki dla seniorów, reforma edukacji – to wszystko zostanie i to jest spełnienie obietnic. A warstwa polityczna, PR-owska? Nie spodziewałem się, że będzie inna.

Sądząc po sondażach, dobra.

No tak, powiedziałem to panu pół roku temu. Wszystko to pamiętam.

Nie wypada mi teraz, z pozycji ministra w Kancelarii Prezydenta, krytykować polityki wizerunkowej PiS. Zresztą moje opinie nie są tu najważniejsze, bo najlepiej zweryfikują to wybory, najbliższe już za rok.

W kancelarii kampanijny trud z kampanii prezydenckiej nie jest marnowany.

A wie pan, że kiedyś, jak byłem radnym w Warszawie, to widziałem tę słynną szafę z „Misia”? Stała na warszawskim Grochowie w budynku klubu RKS Orzeł. Prezesem klubu był wtedy Andrzej Szyszko, brat obecnego ministra środowiska.

Nie, proszę bez nazwisk.

No i to nie ma żadnego związku z rzeczywistością. Myślałem nawet, że to przez pomyłkę trafiło do mnie, ale drugi SMS o tej samej treści rozwiał wątpliwości. Faktycznie członek rządu oskarżał mnie, że opowiadam dziennikarzom niestworzone historie o rekonstrukcji gabinetu.

Byłem autentycznie zdumiony, to jakiś nonsens. Wie pan, o co chodziło?

Że opowiedziałem coś Igorowi Zalewskiemu i panu.

Oczywiście, że nic panu nie powiedziałem.

Każdy polityk czasem rozmawia, ale nie po to, by sprzedawać plotki. Czasem dziennikarze sugerują taką rozmowę, licząc na jakieś przecieki, ale ja mogę z nimi podzielić się co najwyżej opinią, komentarzem i tyle. Wie pan przecież, że wszyscy politycy tak rozmawiają.

Chyba nie, choć oczywiście jednych dziennikarzy znam z Sejmu od kilkunastu lat, mamy do siebie zaufanie i kogoś takiego traktuję inaczej niż kogoś, kto drugi raz w życiu dzwoni do mnie i domaga się Bóg wie jakich sensacji.

Skłamałbym, mówiąc, że nie mają żadnego, ale akurat ostatnio najmocniej obrywa mi się od dziennikarzy prawicowych.

Kibicuję mu w komisji weryfikacyjnej. A jeśli będzie kandydował na prezydenta Warszawy, to ma mój głos.

Och, pogłoski o konflikcie między nami wzięły się wyłącznie stąd, że po wetach Patryk Jaki prezentował linię swojego szefa – ministra sprawiedliwości, a ja linię swojego – czyli prezydenta. A że była różnica zdań, to mogło to wyglądać na konflikt personalny.

To był czysto zawodowy, polityczny spór, żadnych osobistych animozji.

A skądże. Nic osobistego, tylko polityka. Po prostu ja musiałem bronić swojego szefa i robiłem to najlepiej, jak potrafiłem, a Patryk Jaki zajmował w tym sporze inną pozycję. Proste.

Złośliwość kamery... Ja się uśmiecham do ludzi, a nie śmieję z ludzi, ale kamera tego nie rozróżnia.

Kiedyś tak, teraz po prostu nie mam na to czasu.

Czyli wygrać reelekcję w pierwszej turze? Też tego panu prezydentowi życzę.

A na Grochowie jak na Bronksie – dorasta się szybko albo wcale.

Raczej nie, grzeczny ze mnie był chłopak. Nie każdy łysy jest chuliganem, tym bardziej że kiedyś miałem włosy do ramion.

Na Grochowie każdy choć przez chwilę był ministrantem.

Ale nie przed trzynastą... (śmiech). To zupełnie jak teraz, bo przed godz. 13 i tak nie ma żadnych przyjęć dyplomatycznych.

Ale to później, gdy ja dorastałem, to popularni byli depesze, ale mnie to ominęło.

Niech się pan nie cieszy, ja słuchałem wtedy Queen... (śmiech).

Dzięki, potem był grunge, a teraz to już tylko radio i stary polski rock.

Ja pewnie też. Teraz wziąłem się za „Historię świata od 1917 roku” Paula Johnsona, książkę, którą kupiłem chyba z dziesięć lat temu i udawało mi się skutecznie ją odkładać. Niedawno odświeżyłem „Korsarza” Josepha Conrada, czytałem kryminał Forsytha.

Słucham.

Jestem przekonany, że prezydent samodzielnie podejmie decyzję, czy będzie ubiegał się o reelekcję, i wtedy zyska poparcie różnych sił, w tym PiS.

A cóż miałbym panu odpowiedzieć na tak postawione pytanie? Że sobie nie wyobrażam? To gdybanie, bo dla mnie naturalne jest, że PiS poprze w 2020 r. Andrzeja Dudę, jeśli ten zdecyduje się kandydować.

Moja wyobraźnia jest nieograniczona. 

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.