Sprawne rządy to szef rozumiejący cele i panujący nad swoimi ludźmi. Ale także dobrze działające instytucje. Czy Jarosław Kaczyński da im szansę?
Reklama
Większość komentatorów uznała wspólne wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego i Beaty Szydło za sygnał, że pani premier nie odejdzie ze stanowiska. Obserwatorzy uważniejsi mają odwrotne wrażenie: to było, a w każdym razie mogło być, coś na kształt uprzejmego pożegnania.
Raczej Kaczyński
Jeszcze niedawno prawicowe media broniące pani premier oznajmiały, że jej pozycja jest niepodważalna. W rzeczywistości prezes PiS potwierdził wolę zmiany na spotkaniu wąskiego kierownictwa w zeszłym tygodniu. A podczas wspólnej konferencji z premier powiedział, że okoliczności polityczne się zmieniły – po prezydenckich wetach do sądowych reform – w lipcu.
Dlaczego w takim razie tak to odwleka? Bo mimo wszystko wciąż się waha. Powodem są podobno nie tyle wątpliwości co do politycznego sensu wymiany, co zadawane sobie pytanie, czy praca na urzędzie premiera, możliwe, że najcięższe ze wszystkich zajęć, jest na miarę zdrowia i kondycji lidera. Jeśli Kaczyński odpowie pozytywnie, weźmie to. To uczciwe, żeby to spokojnie ocenić.
Średni sens ma w związku z tym spekulacja wokół poszczególnych ministrów typowanych do zmian, choć pani premier przedstawiła kilka pomysłów na restrukturyzację rządu. Charakterystyczny przykład: mówi się o wicepremierze mającym pilnować prac legislacyjnych. Początkowo spekulowano o zaufanym prezesa z grona pisowskiego aparatu. Z kolei stanowiska wicepremiera zaczął się dla siebie domagać Zbigniew Ziobro. Żądanie ma podstawy: Jarosław Gowin jako drugi koalicjant dostał je na początku. Ale to rozmijałoby się z merytorycznym zamysłem. Obciążony resortem Ziobro nie miałby czasu popychać do przodu priorytetów rządu.
Rozstrzygnięcie tych dylematów przyjdzie za kilka tygodni. W intencji zwolenników decyzji o przejęciu rządowego kierownictwa przez lidera liczy się większa efektywność. Kaczyński był naprawdę sprawnym szefem rządu w latach 2006–2007. A teraz tracił masę czasu, występując jako mediator między premier i członkami jej rządu. Albo jako ostatnia instancja przy ucieraniu decyzji. Ale czas tracili także ci ministrowie oraz rząd jako całość.
Idzie za wolno
Do rangi symbolu urasta odblokowanie – po roku od ogłoszenia – tak zwanej konstytucji dla biznesu, czyli pakietu ustaw gwarantujących prawa przedsiębiorcom. Ludzie związani z wicepremierem Morawieckim twierdzą, że zastrzeżenia resortów były traktowane przez Komitet Stały Rady Ministrów jako pretekst. Bo jego szef, minister Henryk Kowalczyk, utrudniał życie koordynatorowi polityki gospodarczej, w interesie pani premier.
To samo domniemanie dotyczy innych przedsięwzięć. – Konstytucję dla biznesu blokowano, bo miała dawać przedsiębiorcom za dużo. Ale jedną z ustaw uszczelniających VAT z kolei w imię ochrony biznesu – relacjonuje parlamentarzysta prawicy bliski Morawieckiemu. Czy wicepremier miał w tych sprawach rację, czy nie – trudno nie zauważyć, że sprowadzono go do roli petenta.
Teraz zapewne to się skończy. Kaczyński traktuje program Morawieckiego serio: i jako narzędzie polityki wizerunkowej, i jako realne źródło wzrostu. Ale warto zadać pytanie, czy rządowa efektywność to tylko kwestia gry osobowości? A może też zmian systemowych?
Raport Rokity aktualny
Dwa lata temu, zaraz po dojściu do władzy PiS, powstał znamienny raport Klubu Jagiellońskiego. Firmowany przez Jana Rokitę, który nigdy nie stracił wiary w poprawę jakości rządzenia, i przez redaktora „Pressji” Stanisława Starnawskiego, stawiał tezę: Polska jest źle rządzona, bo rządzący nie mają narzędzi. Rząd jest federacją resortów, których nikt nie koordynuje.
Autorzy ubolewali nad likwidacją, notabene przez pisowską ekipę, Rządowego Centrum Studiów Strategicznych w 2006 r. Zniknęła próba wyznaczania celów, a nawet zbiorowa pamięć rządu. Wskazywali, że resorty strzegą swego monopolu na szykowanie przepisów, podczas gdy potrzebne jest rządowe centrum legislacji. Narzekali, że Kancelaria Premiera zrezygnowała z dawnego postulatu, aby to tam, a nie w resorcie finansów pisać wydatkową część budżetu. Wiązał się ten pomysł z przekonaniem, że o priorytetach decyduje ten, kto zmienia strukturę wydatków, a nie realizuje pasywnie wnioski ministerstw i filozofię resortu finansów jako sumiennego księgowego.
To tylko część przemyśleń zapisanych w raporcie. Pytam Jana Rokitę o bilans po dwóch latach. – Jest gorzej, nie lepiej. Fakt, że Morawiecki kolekcjonuje resorty, nie świadczy o tym, że koordynuje cokolwiek. Część zła bierze się z faktu kierowania sprawami przez premier, która ich nie ogarnia. Ale zaniechano, jak za rządów PO, zmian systemowych. Nie spróbowano stworzyć nowego systemu pisania prawa. Rządzi przypadek i lobbistyczne interesy – odpowiada.
Impet „reformowania” władzy wykonawczej poszedł faktycznie w innym kierunku. Przede wszystkim likwidacji nawet fasadowych gwarancji niezależności służby cywilnej. PiS je krytykował, twierdząc, że urzędnicy stają się przy nich korporacją. No i nie spełniono podstawowego postulatu reformatorów: aby decyzje opierały się na merytorycznym rozpoznaniu. Aby istniało dla nich eksperckie zaplecze i odpowiednie fora wewnętrznego ucierania stanowisk.
Rządzi przypadek
Przykładów można szukać w ostatnich wydarzeniach. Wystarczy opowiedzieć historię składania przez Polskę akcesu do tzw. PESCO, czyli stałej współpracy strukturalnej w zakresie obronności w ramach Unii Europejskiej. Można ten dziwny byt traktować jako zdradliwy – bo od próby koordynowania polityki zbrojeniowej niedaleko do tworzenia unijnej wspólnoty obronnej alternatywnej wobec NATO. Rzecz w tym, że do przystąpienia do PESCO namawiali Polaków Amerykanie. Choćby po to, aby mieć tam kogoś życzliwego.
Za było MSZ i prezydenckie BBN. Przeciw MON – Antoni Macierewicz przestrzegał, że wyrzekniemy się obronnych tajemnic, a może i rozmontujemy NATO. Możliwe, że taka dyskusja powinna się toczyć w ciszy, bo dotyczy sekretnych interesów. Opinia publiczna dowiedziała się o niej w ostatniej chwili.
Rzecz w tym, że dyskusji nie było, nawet w zaciszu gabinetów. Był ciąg przypadków. Pani premier nie miała pojęcia, czy akces do PESCO jest zgodny z jakąkolwiek polską doktryną. A zarazem obawiała się pozycji Macierewicza. Na odwołanie się do najwyższego czynnika brakło czasu.
W ostatniej chwili zdecydowano, gdy mijał termin, że akces jednak nastąpi – po telefonach prezydenta do pani premier. Ale wcześniej był pełen popis dezorientacji. Niektórzy członkowie rządu, jak wicepremier Morawiecki, włączali się w sprawę za pięć dwunasta, po stronie zwolenników. Czy możemy się czuć bezpieczni, gdy system funkcjonuje w taki sposób?
Prawo i lobbing
W kwestiach krajowych i mniej strategicznych wszystko działa jeszcze bardziej przypadkowo. Kiedy aparat ministra Jana Szyszki szykował ustawę pozwalającą na wycinkę drzew na prywatnych posesjach, pani premier demonstrowała swoją pełną niewiedzę na ten temat, nawet gdy trafił on do Sejmu. Pytanie, czy jest on zgodny z polityką rządu, zawisło w próżni.
Pokazywało to siłę legislacyjną ministerstw. Nawet ich aparat nie ponosił za inicjatywę formalnej odpowiedzialności, skoro popychano ją jako projekt poselski. Kiedy potem próbowano częściowo odkręcać jej skutki, Szyszko był w stanie długie tygodnie blokować wolę samego prezesa poprzez przyjaznych sobie posłów w sejmowych komisjach. Chyba nigdzie nie ujawniła się tak mocno lobbystyczna natura procesu stanowienia prawa.
Z jednej strony wynika to z braku faktycznego nadzoru kogokolwiek nad poszczególnymi ministrami. To dotyczy nie tylko Szyszki. Kiedy ostatnio wicepremier Morawiecki pytał podczas posiedzenia Rady Ministrów, czy MON nie powinien stracić trochę funduszy, bo przecież i tak nie realizuje zapisanych w dokumentach przetargów, mógł to zrobić tylko w postaci dygresyjnej uwagi. Bo dziś nie ma osoby ani ciała, które byłoby w stanie zdyscyplinować Antoniego Macierewicza.
Zarazem ten podwójnie zdecentralizowany system pisania prawa (w ministerstwach i poprzez posłów) nie chroni od zwykłych błędów. Pamiętamy, jak błąd w ustawie dezubekizacyjnej musiał wychwytywać poseł klubu Kukiz’15, za co dostał podziękowania od rządowej większości. Ale ile zostało niewychwyconych?
Człowiek nie wystarczy
Motywów do poprawiania się specjalnie nie widać. Są niezłe wyniki w sondażach, społeczne przyzwolenie i niewątpliwe osiągnięcia w kilku dziedzinach, kontrastujące z apokaliptycznymi przestrogami opozycji. Na dokładkę, jeśli Jarosław Kaczyński zastąpi premier Szydło, ster przejdzie w ręce człowieka rozumiejącego państwo i będącego dla własnego obozu faktycznym autorytetem.
Polityk PO, minister ważnego resortu w pierwszym rządzie Tuska, opowiadał autorowi niniejszego tekstu, że tamten premier rozmawiał z nim na merytoryczny temat... jeden jedyny raz. Przy Kaczyńskim to niemożliwe. Stara się we wszystko wniknąć.
A jednak trudno się uwolnić od przeświadczenia, że puszczenie rządzenia na żywioł łączy się z kosztami, na pewno z uszczerbkiem społecznego interesu. Oczywiście można się powoływać na realia. Ziobro, Macierewicz czy nawet Szyszko stają się reprezentantami odrębnych środowisk. Nawet Kaczyński nie zawsze jest w stanie przywołać ich do porządku, nawet w PiS polityka pełna jest kompromisów rozsadzających system.
Tym niemniej na miejscu rządzących pochyliłbym się nad eksperckimi propozycjami, pisanymi dla każdej władzy. Jarosław Kaczyński to człowiek racjonalny, ale często preferujący personalną kontrolę ponad gwarancje systemowe. Zawiera się w tym doświadczenie polityka. Ciekawe, czy zaciąży ono w tych momentach, kiedy państwem trzeba jednak kierować jak firmą.