Nierozwojowa strategia rządu, ale program 500 plus i sytuacja gospodarcza dookoła Polski pomogły się odbić naszemu PKB. Koniunktura pomaga też budżetowi
Reklama
Gdy Prawo i Sprawiedliwość przejmowało rządy, dostało po poprzednikach gospodarkę w dobrej kondycji. PKB w ostatnim kwartale 2015 r. zwiększył swoją wartość o 4,6 proc. rok do roku, co było najszybszym wzrostem od końca 2011 r. To zasługa finiszu poprzedniej wieloletniej perspektywy finansowej Unii Europejskiej i tego, że koniec roku był ostatnim dzwonkiem, żeby wydać przypisane nam miliardy euro. Na tle poprzednich lat dobrze wyglądała również sytuacja finansów publicznych. Udało nam się wyjść z procedury nadmiernego deficytu, która od wybuchu kryzysu finansowego wiązała ręce rządzącym, jeśli chodzi o zwiększanie wydatków. Deficyt całego sektora finansów spadł do 2,6 proc. i był najniższy od 2007 r. Punkt startu dla nowego gabinetu był więc dość komfortowy, a jednak pierwszy rok rządzenia przyniósł ochłodzenie koniunktury i spowolnienie tempa rozwoju. Większość ekspertów zgodnie zrzuciła to na karb powolnego rozkręcania się unijnego budżetu na lata 2014–2020. Nowa perspektywa finansowa wymuszała zmianę podejścia do rozdysponowania pieniędzy, a to odbiło się mocno na inwestycjach publicznych, które tąpnęły w 2016 r. i pociągnęły za sobą nakłady sektora prywatnego. Swoje do inwestycyjnego hamowania dołożyli też rządzący, wywołując niepewność wśród przedsiębiorców co do tego, jak będzie teraz wyglądała polityka gospodarcza i podatkowa.

Reklama
Socjal napędza konsumpcję
Od wyborów upłynęły jednak dwa lata i dzisiaj silne ożywienie koniunktury i przyspieszenie wzrostu PKB jest faktem.
– Trudno o stwierdzenie zero-jedynkowe, na ile to jest wpływ działań rządu, a na ile łapiemy się na ciepły klimat, jaki panuje w całej gospodarce europejskiej – zwraca uwagę Grzegorz Ogonek, ekonomista BZ WBK.
Jego zdaniem rozkręcenie konsumpcji prywatnej trzeba zapisać na plus obecnej ekipy. Gospodarstwa domowe dostały potężny zastrzyk gotówki w postaci programu 500+. Pieniądze trafiły do ponad 2,6 mln rodzin i do tej pory na ich konta przelano przeszło 33 mld zł. Na początku nie obserwowano, aby te pieniądze wracały na rynek i wspierały gospodarkę.
– Teraz jednak coraz mocniej widać, że środki nie są szczególnie odkładane, ale idą na bieżącą konsumpcję. To jest odreagowanie odkładania pewnych wydatków, które dzisiaj można realizować też dzięki bardzo dobrej sytuacji na rynku pracy – podkreśla Ogonek.
Także wskaźniki koniunktury biją dzisiaj rekordy i dają nadzieję, że o popyt konsumpcyjny nie trzeba się obawiać. Dodatkowo podkręcają go działania rządu, który przeznacza pieniądze budżetowe na hojny socjal. Pozytywny obraz dopełniają spadające od właściwie czterech lat bezrobocie i coraz mniejsze obawy o utratę zatrudnienia. Przeciwnie, to pracodawcy raportują coraz większe problemy ze znalezieniem chętnych. Problem może się jeszcze nasilać po obniżeniu wieku emerytalnego.
Zagranica pomaga nam rosnąć
Ekonomiści zwracają jednak uwagę, że gros zasług dla tak zdecydowanej poprawy koniunktury w tym roku należy przypisać otoczeniu zewnętrznemu. W całym regionie Europy Środkowej i Wschodniej trwa boom gospodarczy. Bardzo wysokie tempo wzrostu PKB odnotowano w III kw. także w Rumunii (8,8 proc.) i Czechach (5 proc.), a solidne – w przedziale 3–4 proc. – na Węgrzech i Słowacji. Polska, z tempem wzrostu odsezonowanego, które pozwala nam się porównywać z innymi gospodarkami UE, na poziomie 5 proc., jest trzecią razem z Czechami najszybciej rosnącą gospodarką w Europie. Możemy tę pozycję stracić, gdy poznamy statystyki z reszty unijnych krajów, ale wynik Polski wciąż robi wrażenie, jeśli ma się w pamięci ubiegłoroczne spowolnienie.
– Globalna gospodarka i strefa euro są dzisiaj w fazie cyklicznego ożywienia koniunktury. W najbliższych latach można się wciąż spodziewać stabilnego wzrostu – prognozuje Willem Buiter, główny ekonomista Citigroup.
To dla nas szczególnie istotne, bo UE to nasz największy partner handlowy, a dla wskaźników gospodarczych nad Wisłą najważniejsze jest to, co się dzieje z gospodarką niemiecką. Za Odrą PKB w III kw. zwiększył się o 2,8 proc. – podobnie jak w Polsce najmocniej od 2011 r.
Największą naszą bolączką wciąż są inwestycje. Przez cały ubiegły rok spadały, a w I półroczu 2017 r. były w stagnacji. Poprawę najprawdopodobniej przyniósł dopiero III kw. tego, co nie zmienia faktu, że w relacji do PKB zamiast rosnąć są obecnie na najniższym poziomie od przeszło dwóch dekad.
Więcej kasy, mniej deficytu
Dobra koniunktura wspiera finanse publiczne. Nie sprawdziły się prognozy opozycji w momencie obejmowania władzy przez PiS, że jego program będzie dla finansów katastrofą. Wyższy gospodarczy wzrost, napędzany dotąd konsumpcją prywatną, sprawił wyraźne, dwucyfrowe zwiększenie dochodów z VAT już w drugim roku rządzenia. Wysokie wpływy z podatków to jedna z przyczyn powstania nadwyżki w budżecie na koniec września (3,8 mld zł) i wyraźnej rewizji prognoz Komisji Europejskiej dla polskich finansów publicznych. Według nich deficyt sektora ma w tym roku wynieść 1,7 proc. PKB, podobnie w przyszłym – co będzie rekordowo dobrym wynikiem. Okazało się, że rządowi udało się nie tylko sfinansować najważniejsze programy wyborcze (samo 500 plus kosztuje ok. 23 mld zł rocznie), ale też zrobić to w stosunkowo bezpieczny sposób.
Nieco gorzej jednak wypada porównanie stanu finansów w Polsce i innych krajach członkowskich UE. Według tych samych prognoz KE aż dziewięć krajów Unii będzie miało w swoich budżetach nadwyżki. Kolejne 12 odnotuje deficyt mniejszy niż Polska. Do tego w naszym kraju ma nieznacznie rosnąć tzw. deficyt strukturalny – w przyszłym roku ma wzrosnąć do 2,3 proc. PKB z 2,1 proc. PKB w tym roku. W podobnym tempie ma rosnąć deficyt dostosowany do cyklu gospodarczego. To oznacza, że dobra koniunktura tylko nieco pudruje faktyczny stan polskich finansów publicznych.
– Oceniamy, że mniej więcej w 40 proc. poprawa stanu finansów publicznych to efekt bardzo dobrej koniunktury, a w ok. 43 proc. wynika z poprawy ściągalności podatków. Reszta to działania jednorazowe, jak efekt przyspieszenia zwrotów VAT pod koniec ubiegłego roku – mówi Karol Pogorzelski, ekonomista banku ING. Uściślając: jeśli Komisja zrewidowała prognozę deficytu sektora finansów publicznych z 2,9 proc. PKB do 1,7 proc. PKB, to ok. 0,6 pkt tej rewizji jest skutkiem tego, co dziś się dzieje w gospodarce.
Uszczelnienie podatków jest faktem
Ale ekonomiści, z którymi rozmawialiśmy, zwracają uwagę, że rząd dość wydatnie pomógł swojemu szczęściu, zagęszczając podatkowe sito, zwłaszcza w VAT. Wskazują na to nie tylko wyliczenia ING, ale też szacunki PKO BP.
– Z naszych rachunków wynika, że ok. 14–16 mld zł w dochodach VAT w tym roku to „nadwyżka” ponad to, co da się uzyskać z tego podatku zwiększeniem konsumpcji czy wyższą inflacją. Taki jest mniej więcej efekt poprawy ściągalności – mówi Marta Petka-Zagajewska, ekonomistka banku. I dodaje, że dziś m.in. z tego powodu rząd nie musi się przejmować finasowaniem swoich sztandarowych programów, jak „Rodzina 500 plus” czy obniżenie wieku emerytalnego. Powinien jednak pomyśleć o przyszłości, bo efekt uszczelnienia nie jest na tyle duży, by zapewnił to finansowanie w czasie gospodarczego spowolnienia.
– Gdy ono nastąpi, dopinanie budżetu z dużym udziałem sztywnych wydatków będzie znacznie trudniejsze – ocenia Marta Petka-Zagajewska.
Te potencjalne problemy widać właśnie w deficycie strukturalnym. Karol Pogorzelski zwraca uwagę, że poprawą ściągalności udało się go obniżyć, ale nowe wydatki związane chociażby z obniżeniem wieku emerytalnego znów go powiększyły.
– Te dwie siły w prognozach się równoważą, stąd w deficycie strukturalnym mamy stabilizację na nie najlepszym poziomie powyżej 2 proc. PKB. I nie widać powodów, dla których ten poziom miałby się obniżyć. Nałożyliśmy na budżet nowe sztywne zobowiązania, które finansujemy wpływami z podatków. A te zależą od stanu koniunktury – wyjaśnia ekonomista. Zwraca uwagę na konsekwencje takiej polityki, w której nawet przy szybkim wzroście gospodarczym deficyt jest większy niż w innych krajach europejskich.
– Gdy koniunktura się pogorszy, kraje z obecnie niskim deficytem strukturalnym będą miały więcej fiskalnej amunicji, by walczyć z kryzysem. Polska będzie miała jej mało – dodaje. I zwraca uwagę, że w czasie ostatniego kryzysu polski deficyt finansów publicznych wzrósł do grubo ponad 7 proc. PKB, choć Polska nie stosowała jakiejś wyraźnej stymulacji fiskalnej, jak inne kraje. Ale wystarczyło, że załamały się dochody podatkowe, a duży udział wydatków sztywnych w budżecie zrobił swoje.
Według Marty Petki-Zagajewskiej nie da się zmniejszyć deficytu strukturalnego bez obniżenia wydatków. Ekonomistka ma nadzieję, że rząd się zdecyduje na takie zmiany.
– Być może znajdzie się to w rządowych agendach, zwłaszcza że w czasie dobrej koniunktury takie zmiany łatwiej by było przeprowadzić – mówi.