USA Donald Trump dla wszystkich swoich sztandarowych projektów będzie potrzebował wsparcia Kongresu. A to nie będzie proste.
Reklama
Już pierwszego dnia urzędowania Trump podpisał rozkaz wykonawczy zabraniający realizacji jakichkolwiek zapisów ustawy Obamacare, wprowadzającej masowe ubezpieczenia zdrowotne, jeśli miałoby się to wiązać ze zwiększeniem wydatków. Radość konserwatystów, dla których wprowadzona przez poprzedniego lokatora Białego Domu reforma była solą w oku, trwała jednak krótko. Prezydent zapowiedział bowiem, że Obamacare co prawda idzie na śmietnik, ale stojąca za nią idea wsparcia publicznymi pieniędzmi ubezpieczeń zdrowotnych dla niezamożnych już nie.
Prezydent nie zyskał też przyjaciół na Kapitolu stwierdzeniem, że wraz z demontażem Obamacare jego administracja przedstawi następcę programu. Dotychczas republikanie byli przekonani, że najpierw pozbędą się znienawidzonego pomysłu, a dopiero potem będą się martwić, co dalej. Trump zapowiada, że swoją propozycję przedstawi w połowie marca. Pomysł łatwo dostępnych ubezpieczeń zdrowotnych nie podoba się także republikańskim zwolennikom dyscypliny budżetowej, którzy uważają, że system zabezpieczenia socjalnego jest zbyt drogi. Na potwierdzenie obaw otrzymali w styczniu raport Biura Obrachunkowego Kongresu, zgodnie z którym deficyt finansów publicznych w najbliższych latach zacznie znów rosnąć w związku z dodatkowymi wydatkami socjalnymi.
Trump w przypadku służby zdrowia trzyma republikanów w szachu, bo zabranie taniego ubezpieczenia zdrowotnego niezadowolonym wyborcom z relatywnie ubogiego pasa rdzy oznacza polityczne samobójstwo. Przepychanka z Kapitolem jest jednak gwarantowana, a wraz z nią zużywanie się kapitału politycznego dla poparcia przez Kongres kolejnych pomysłów. W tym wielkiego planu naprawy amerykańskiej infrastruktury. Trump sygnalizował, że nie żartował, kiedy mówił o 1 bln dol. na infrastrukturę. Przez wzgląd na sytuację budżetową jest jednak coraz bardziej prawdopodobne, że nie będą to pieniądze z Waszyngtonu, ale raczej mieszanka różnych źródeł finansowania, przede wszystkim kapitału prywatnego.
Teoretycznie infrastrukturę i służbę zdrowia można sfinansować z podwyżki podatków. Trump obiecał jednak obniżkę, a do tego na nowe obciążenia nie zgodzą się republikanie. Najprostszą drogą do sfinansowania remontów dróg byłaby podwyżka federalnej akcyzy na paliwa (oprócz tego jest jeszcze stanowa) w wysokosci 18,4 centa za galon (19,8 gr za litr; w Polsce przy obecnych cenach benzyny jest to ok. 1,5 zł). W ten sposób republikanie sfinansowali budowę sieci dróg międzystanowych w latach 50. Podwyżka byłaby tym bardziej uzasadniona, że ostatnia miała miejsce w 1993 r. Realnie więc do funduszu spływa znacznie mniej środków niż dwie dekady temu. Na to jednak nie będzie zgody, tym bardziej że w amerykańskiej debacie publicznej co jakiś czas pojawia się pomysł tymczasowego zawieszenia pobierania tego podatku.
Prezydentowi targów z Kongresem nie ułatwi również to, że republikanie nie mają silnej większości w Senacie, więc każda ustawa jest zagrożona obstrukcją. To oznacza, że w każdej propozycji legislacyjnej trzeba będzie iść na układ przynajmniej z kilkoma demokratami. Przyszłe przepychanki z Kapitolem to najmniejsze zmartwienie Białego Domu. Nawet gdyby ekipa Trumpa była w stanie przedstawić kongresmenom gotowe propozycje, nie miałby się nimi kto zająć. Senat jest wciąż zajęty zatwierdzaniem kolejnych członków prezydenckiej administracji, a demokraci sypią piach w tryby tego procesu, np. przedłużając ile się da debaty nad kandydaturami, przeciągając niektóre z nich do późnych godzin nocnych.
Senatorowie wznowią obrady 27 lutego, ale zamiast zająć się bieżącymi problemami, od razu będą musieli wrócić do zatwierdzania członków administracji. Na senacki glejt czekają sekretarze energii Rick Perry, handlu Wilbur Ross, budownictwa Ben Carson oraz zasobów wewnętrznych Ryan Zinke, nie wspominając o setkach niższych rangą stanowisk, które również wymagają zatwierdzenia. Jeśli demokraci nadal będą przedłużać ten proces, Kongresowi grozi paraliż, a prezydenckim planom – powolna erozja.
Jastrząb zastąpił gołębia
Donald Trump wyjątkowo szybko znalazł nowego doradcę ds. bezpieczeństwa. Na miejsce byłego szefa Agencji Wywiadu Departamentu Obrony generała Michaela Flynna, który odszedł po 24 dniach w atmosferze skandalu, oskarżany o niedozwolone kontakty z rosyjską dyplomacją przed objęciem stanowiska, nowy prezydent wybrał generała Herberta McMastera, cieszącego się doskonałą opinią weterana dwóch wojen w Iraku. Generał w obydwu kampaniach dowodził siłami pancernymi, biorąc udział w ważnych bitwach i potyczkach, za co zresztą został odznaczony. Jego nominacja to sygnał, że Trump potrafi słuchać rad; za kandydaturą wstawiali się m.in. sekretarz obrony James Mattis, a także republikański senator Tom Cotton z Arkansas, który służył pod komendą McMastera w trakcie drugiej wojny w Iraku. Generał McMaster uchodzi za zwolennika zdecydowanej polityki wobec Rosji i znawcę stosowanych przez nią technik wojny hybrydowej. Jakub Kapiszewski