Jeździłem na wózku po brukselskich korytarzach, w przerwach pomiędzy obradami kładłem się na na korytarzu – wspomina własny wypadek ekspremier Leszek Miller.
Nie pierwszy raz szef rządu steruje krajem ze szpitalnego łóżka. Kiedy 4 grudnia 2003 r. pod Piasecznem rozbił się mi-8, pan mimo połamanych kręgów także sprawował urząd, leżąc na wznak. Jak się rządzi Polską z takiej pozycji?
Przyjeżdżała do mnie cała poczta, a w każdym razie to wszystko, co z punktu widzenia państwa wymagało pilnej realizacji. To szefowa mojego gabinetu, bardzo kompetentna osoba, decydowała, co muszę osobiście przeczytać czy podpisać, a czego nie. I podpisywałem, leżąc w łóżku. Ale resztę spraw powierzyłem mojemu zastępcy, wicepremierowi Markowi Polowi z Unii Pracy. I Pol prowadził np. posiedzenia Rady Ministrów. Ale do mnie do szpitala przychodzili ministrowie, kiedy potrzebowali decyzji, które tylko premier mógł podjąć. To był gorący okres, tuż przed szczytem UE w sprawie traktatu konstytucyjnego. Polska nie była jeszcze członkiem Wspólnoty, trwały uzgodnienia, trzeba było negocjować, aby zrobić to na jak najkorzystniejszych warunkach.