Minister edukacji próbuje ratować atakowaną ze wszystkich stron reformę oświaty. Koronnym argumentem ma być to (jak opisała na swoim blogu), że o wynikach edukacyjnych dzieci nie decyduje ich data urodzenia, ale głównie... jak długo korzystają z edukacji szkolnej.
Przytacza badania, z których wynika, że pomiędzy uczniami, którzy mają za sobą tyle samo lat nauki, różnice w osiąganych wynikach były małe. Wyraźnie zaś większe wśród tych w podobnym wieku, którzy mają za sobą różną liczbę lat nauki. Zaraz, zaraz, czegoś nie rozumiem. Dlaczego minister się do tego przyznaje? Przecież reforma skraca pobyt dziecka w systemie edukacyjnym!
Te 6-latki, które teraz poszły do szkoły, rezygnują z roku zerówki. Na czym, jeżeli przyjąć argumentację pani minister, wyjdą gorzej niż ich rówieśnicy, których rodzice nie posłali do szkoły (ci będą w systemie edukacyjnym rok dłużej). A więc podążając tym tokiem rozumowania: rodzice za namową resortu edukacji mają wcześniej wysłać dziecko do szkoły i osłabić jego szanse na przyszłość? To po co ta reforma? No chyba że pocieszeniem dla rodziców 6-latków ma być to, że (jak wynika z innych badań, na które powołuje się minister) dziecko, które jest odpowiednio stymulowane, rozwija się szybciej niż inne.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.