- Niższej dotacji mogą się spodziewać te uczelnie, które nie pozyskują projektów badawczych, mają niską kategorię naukową, a także bazują na masowości kształcenia - informuje Teresa Czerwińska, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego.
Te obawy są nieuzasadnione. Uczelnie oblewają studentów wtedy, kiedy są niewystarczająco przygotowani do egzaminów, a nie wtedy, gdy chcą dostosować się do nowego algorytmu. To jest nie tylko nieracjonalne, ale i całkowicie niedopuszczalne z punktu widzenia standardów etyki akademickiej. Słysząc takie nieodpowiedzialne wypowiedzi, jestem zdumiona. Zmiana zasad finansowania uczelni jest przede wszystkim projakościowa i prostudencka. Jeżeli na uczelni na jednego nauczyciela będzie przypadało 11–13 studentów, to doprowadzi to do tego, że poprawi się dostępność wykładowców. Skończą się też kursy korespondencyjne, kiedy nie ma faktycznego kontaktu czy dyskusji ze studentem, np. w ramach seminariów czy konwersatoriów. Skończy się też argument, że uczelnia nie powoła np. specjalności, bo zebrała się zbyt mała liczba chętnych do utworzenia grupy. Dotychczas taki argument pojawiał się bardzo często – władze uczelni wskazywały, że uruchomienie specjalności jest opłacalne przy grupie minimum 30 osób. Po wejściu w życie proponowanych zmian ten argument straci rację bytu.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.