Wszystko wskazuje na to, że minister sprawiedliwości, chcąc dać przekonujący przykład deregulacji na własnym gruncie, postanowił zacząć... od własnego ministerstwa. To nie może się nie podobać z pozycji deregulacyjnych.
Skoro bowiem okazało się, że własnymi siłami tegoż ministerstwa nie da się przeprowadzić tak sztandarowej akcji legislacyjnej, jaką jest deregulacja trzystu kilkudziesięciu zawodów, w tym zawodów prawniczych, i że trzeba w tym celu zatrudniać specjalnych doradców z zewnątrz, opłacanych nadto w specjalnym trybie – to oznacza, że właściwie ministerstwo jako takie nie jest potrzebne.
Gdyby przed Ministerstwem Sprawiedliwości postawiono nagle zadanie dokończenia budowy autostrad i dróg ekspresowych, konieczność zatrudnienia specjalistów z zewnątrz byłaby ze wszech miar zrozumiała. Ostatecznie specjaliści od legislacji nie muszą równie dobrze znać się na budowie dróg.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.