Był sobie pewien sędzia, który spowodował wypadek drogowy. Brzemienny w skutkach, bo kobieta, która w nim ucierpiała, została kaleką. Na ukaranie sprawcy czekała jednak długie 12 lat. Postępowanie się ślimaczyło, bo mężczyznę chronił immunitet – najpierw sędziowski, a potem prokuratorski, i jakoś brakowało wszystkim woli, by tę przeszkodę usunąć.
Pomogła publikacja jednego z tabloidów, który odkurzył sprawę, gdy sprawca wypadku został... ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym w jednej osobie. Po tekście i fali krytyki odszedł z rządu w niesławie.
Pamiętam zwłaszcza pełne oburzenie głosy prominentnych przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości, że wysokim urzędnikiem państwowym nie może być ktoś, kto ma prokuratora na karku i zasłania się immunitetem. Zgadzałam się z tymi opiniami w pełni, choć oczywiście w tle czaiła się polityka: władzę sprawowała wówczas lewica, a PiS był w opozycji i liczył na zwycięstwo w kolejnych wyborach.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.