Nędzna pensja i nadgodziny, za które nikt nie płaci. Komendy, w których meble pamiętają PRL. Brak papieru do drukarek i zawirusowane komputery. Radiowozy, które ledwo jeżdżą. Za kilka dni w ramach protestu mundurowi mają wyjść na ulice.
Średniej wielkości miasto na południu Polski. Noc, w radiowozie dwaj młodzi policjanci, którzy będą patrolować ulice do rana. Po północy dostają informację o bójce w parku. Dyspozytor uprzedza, że może być gorąco. W zadymie bierze udział co najmniej kilkanaście osób, prawdopodobnie kiboli, którzy są pijani i mogą mieć przy sobie ostre narzędzia. Centrala przypomina, by patrol zachował ostrożność.
Policjanci wiedzą jednak, że tej nocy są jedynym patrolem na terenie powiatu, więc jeśli znajdą się w niebezpieczeństwie, mogą liczyć tylko na siebie. Nikt im nie pomoże, a na pewno nie tak szybko, jakby chcieli. Mijają minuty, radiowóz stoi. Mijają kolejne. Kiedy wreszcie auto rusza, jedzie do parku powoli, okrężną drogą. – W sytuacji kiedy policjanci nie mogą liczyć na wsparcie, muszą minimalizować ryzyko – wzrusza ramionami Jarek (12 lat w służbie patrolowej). – Przy takich okazjach mówimy, że lepiej oglądać dym z daleka niż ogień z bliska. Mówiąc krócej, pozwalamy, by problem rozwiązał się sam.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.