Złap studenta lub zgiń – to rozsądna zasada, którą kierują się prywatne wyższe uczelnie. A że arsenał środków zaczepno-obronnych, które stosują, walcząc z konkurencją, jest zabawny, to już całkiem inna sprawa.
Choć ja akurat nie widzę niczego zdrożnego w rozdawaniu świeżo upieczonym studentom laptopów czy prowadzeniu agresywnej kampanii reklamowej. Inna sprawa, w jaki sposób przekłada się to na jakość kształcenia. Nijak. No właśnie. Ale jeśli ktoś chce studiować na uczelni, której dyplom ma wartość kawałka papieru toaletowego, i jeszcze jest gotów za to płacić, to jest jego prywatna sprawa.
Mnie martwi od lat coś innego – jeśli prywatne szkoły w taki czy inny sposób przynajmniej próbują ze sobą konkurować, to te publiczne nie muszą tego robić wcale. Zwłaszcza te położone w mniejszych ośrodkach wypuszczają niedouczonych absolwentów, którzy zasilają grono bezrobotnych. I to za publiczne – czyli moje – pieniądze. To ma się zmienić o tyle, że w przyszłości jakość nauczania ma się przełożyć na wysokość państwowych dotacji.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.