Jedno jest pewne: rąk do pracy nad Wisłą jest za mało, a będzie jeszcze mniej. Czy ubytki wypełni nowoczesna technologia?
Prognozy nie wyglądają kolorowo. Już trzy lata temu Komisja Europejska przestrzegała, że w połowie przyszłej dekady z polskiego rynku pracy rocznie może odpływać nawet 100 tys. osób. A jeśli nie odwrócą się niekorzystne trendy demograficzne, to w połowie wieku wartość ta może być nawet dwukrotnie większa.
Dla gospodarki będzie to poważny problem. Oznacza bowiem nie tylko mniej rąk do pracy w stosunku do stanu z dziś, kiedy już słychać narzekania na niedobory. To także kłopot z punktu widzenia wzrostu zapotrzebowania na pracę wynikającego ze wzrostu gospodarczego – a przecież jeśli Polska ma dogonić Zachód, to nie tylko musi się rozwijać, ale musi się rozwijać nieustannie i to w szybkim tempie. Czyli takim, które będzie generowało popyt na pracę pomimo spadku jej podaży. Na zdrowy rozsądek: jeśli mamy wciąż się rozwijać, czymś ten ubytek trzeba będzie uzupełnić.