- Ktoś, kto patrzy tylko na cyferki i nie potrafi spojrzeć holistycznie na system ochrony zdrowia, nie jest w stanie dobrze go zaplanować. Bolesna prawda jest taka, że żaden system ochrony zdrowia nie jest doskonały, ale w Polsce jest on od lat przedmiotem gry politycznej – mówi w rozmowie z gazetąprawną.pl jeden z lekarzy ginekologów ze Śląska.
W środę minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda przedstawiła plan naprawczy dla ochrony zdrowia. Batem na ukrócenie patologii z gigantycznymi zarobkami lekarzy, o jakich ostatnio głośno było w przestrzeni medialnej ma być wprowadzenie maksymalnej stawki godzinowej sięgającej 240 zł brutto za godzinę. Minister zaznaczyła, że to dotyczy przede wszystkim lekarzy na kontraktach. Zmian ma być jednak więcej. O to, czy resort zdrowia kroczy słuszną ścieżką, zapytaliśmy Adama, lekarza ginekologa pracującego w jednym ze śląskich szpitali. Jego słowa nie pozostawiają złudzeń.
Stawka 240 zł brutto. Marzenie większości lekarzy
Stawka, jaką proponuje pani minister byłaby dla większości lekarzy podwyżką, bo prawda jest taka, że 90 proc. z nas nie zarabia pieniędzy, o jakich można przeczytać w mediach. To są stawki dla bardzo wąskiego grona lekarzy.
Wszyscy słyszeliśmy o spółdzielni neurochirurgów, ale to są specjalizacje ekstremalnie rzadkie, w skali całego kraju jest ich może kilkuset, dlatego mogą dyktować wysokie stawki godzinowe. Jeśli dochodzi do patologii, powinny być one ukrócone, co do tego nie mam wątpliwości.
Nie mam też wątpliwości, że nigdzie nie powinno być tak, że osoba, która pełni funkcje administracyjne w danej jednostce, pełni też funkcje medyczne. To jest nieporozumienie, żeby ta sama osoba, która kieruje daną jednostką, decydowała też o swojej pensji. Była szefem i pracownikiem jednocześnie. To powinno być uregulowane.
300 godzin w miesiącu to dla lekarzy oczywista oczywistość
Głośno było ostatnio także o godzinach, jakie „wyrabiają” lekarze na dyżurach. Rozumiem, że przeciętnemu człowiekowi pracującemu na etacie może się to nie mieścić w głowie, ale to jest właśnie lalkarska rzeczywistość. Dla większości z nas 250 godzin w szpitalu i dodatkowe 50 w poradni to standard. W mediach można przeczytać, że to patologia. Owszem, chore jest, jeśli ktoś w tym samym czasie „pracuje” w kilku miejscach i figuruje w wielu grafikach jednocześnie, natomiast jeśli pracuje tyle w jednej placówce, to jest do sprawdzenia i nie ma w tym nic szokującego.
Niestety nikt nie myśli o tym, że gdyby lekarze pracowali mniej, system zawaliłby się szybciej niż sądzimy. W szpitalu, w którym pracuję jest też 73-letnia lekarka, która ma zdrowie i siłę, więc wyrabia grubo ponad 300 godzin. Kiedy ktoś pyta, czy to jest normalne, odpowiadam, że tak. Ma kondycję i daje z siebie wszystko, gdyby nie tacy lekarze jak ona większość oddziałów w Polsce trzeba byłoby zamknąć, bo po prostu nie miałby, kto pracować.
To, co jest nienormalne i niemoralne, to sytuacja, w której lekarz jest teoretycznie w dwóch miejscach w tym samym czasie. Takie patologiczne sytuacje mają miejsce, ale nie są standardem. Tak, w jednym szpitalu lekarz jest w stanie pracować 250 czy 300 godzin w miesiącu i nie jest to, jak podają niektóre media „przekręt”, a proza życia lekarza.
Rządzący mają tego świadomość. Nie wierzę, że w najbliższym czasie dojdzie do wprowadzenia limitu czasu pracy personelu medycznego. To jest nierealne i na wdrożenie takich rozwiązań potrzeba co najmniej kilku lat.
Lekarze w oku politycznego cyklonu. „Łatwo powiedzieć, że są winni”
Po ostatnich publikacjach medialnych na środowisko lekarskie wylała się ogromna fala hejtu, głównie w internecie. Lekarze znowu są używani jako broń w wojnie politycznej. Łatwo przecież powiedzieć, że to oni niszczą system. Na szczęście ja w życiu codziennym nie doświadczam tej niechęci, ale też moja specjalizacja jest bardzo specyficzna. Jestem ginekologiem, więc pracuje z pacjentkami, które są wdzięczne i darzą mnie zaufaniem, więc moje doświadczenia nie są adekwatne do tego, co dzieje się w sieci.
Chciałbym wierzyć, że kiedyś problemy ochrony zdrowia przestaną być polityczną grą. Wiadomo, żaden system nie jest doskonały, a w polskim nigdy nie było dobrze. Niestety rządzący przymykają oczy na dużą część problemów i nie chcą rozwijać tego, co już udało się poprawić. W ostatnich latach znacznie poprawił się, chociażby dostęp do operacji.
Aktualnie przy mniejszym składzie personelu operujemy dwa, a czasem nawet trzy razy więcej niż sześć lat temu. To zasługa lepszego zarządzania, ale też lepszego sprzętu i poziomu wyszkolenia lekarzy. I właśnie to, mam wrażenie, jest nie na rękę Narodowemu Funduszowi Zdrowia, jakkolwiek paradoksalnie to nie brzmi. Oddział onkologiczny i ginekologiczno-położniczy generuje ogromną liczbę zabiegów i procedur, za które NFZ musi płacić. Dlatego uważam, że w NFZ woleliby, żeby takich zabiegów było mniej. Najlepiej po 3-4 dziennie jak jeszcze kilka lat temu, a nie 10, jak jest dziś.
W mojej ocenie Fundusz wolałby, żeby na operację pacjenci czekali jak kiedyś po 4-5 lat. Część z nich mogłaby już takiego zabiegu nie doczekać. Obecnie na operację onkologiczną ratującą życie na moim oddziale czeka się mniej więcej miesiąc. Na pozostałe zabiegi nawet rok.
Politycy nie patrzą w przyszłość, a na tabelki i cyferki
Nie jest też tajemnicą, że NFZ obcina refundację za diagnostykę, czyli na przykład za badania obrazowe jak rezonans magnetyczny, czy tomografię komputerową. Poradnie i szpitale przestaną wkrótce zlecać te badania, bo to się im po prostu przestanie opłacać. Pacjenci będą zmuszeni szukać pomocy w prywatnych placówkach za dodatkowe pieniądze.
Nie wiem, czy jest panaceum na uleczenie całego systemu ochrony zdrowia, ale wiem, że można spróbować. Być może jakimś rozwiązaniem byłoby wprowadzenie konkurencji dla NFZ. Pacjenci mogliby wybrać, czy chcą płacić składki na Fundusz, czy na prywatne ubezpieczenie. Być może NFZ będzie w przyszłości płacić tylko za zabiegi nagłe czy onkologiczne, bo to są bardzo drogie procedury. Naprawdę nie wiem, jak to się potoczy.
Wiem jedno. Smutne jest to, że rządzący patrzą najwyżej pięć lat wstecz i kilka lat do przodu, najwyżej do końca swojej kadencji. Patrzą tylko na wydatki. Nikt nie patrzy w przyszłość. Nikt nie chce zobaczyć tego, że jeśli pacjent zostanie szybciej zdiagnozowany i wyleczony, spędzi mniej czasu na zwolnieniu, szybciej wróci do aktywności zawodowej i będzie wypracowywał zysk dla polskiej gospodarki. Dlatego uważam, że osoby, które nie są w stanie spojrzeć na system ochrony zdrowia holistycznie, a skupiają się tylko na finansach i cyferkach w tabelkach, nie są w stanie dobrze go zaplanować.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu