Włączam wczoraj telewizję (robię to rzadko, bo nie lubię, jak mi reklamę środka na potencję „Shrekiem” albo „Władcą Pierścieni” przerywają) i co widzę? Że nasi chłopcy już wygrali mundial w Rosji. Serio!
Adam Nawałka leci dumny helikopterem i po papiesku pozdrawia biało-czerwony wiwatujący tłum. Myśliwce F-16 okrążają planetę i pokrywają niebo smugami w naszych narodowych barwach, żeby nikt nie miał wątpliwości, że to Polska jest mistrzem świata (albo Indonezja, zależy jak patrzeć). Alpiniści wnoszą flagi na Kilimandżaro, biurowce w centrach miast zamieniają się w pomniki zwycięstwa, wszyscy raczą się piwkiem. Już miałem biec na górę, żeby założyć koszulkę z orzełkiem, nadmuchać balony i otworzyć szampana, gdy nagle... reklama się skończyła i na ekranie pojawił się Frodo Baggins. Albo Fiona. Nie pamiętam.
Pamiętam za to informację, że to będzie nasz pierwszy mundial od 12 lat. Rozumiem więc, że wiążemy z nim duże nadzieje. Rozumiem też, że nasza drużyna nie daje nam zbyt wielu powodów do dumy, w związku z czym każdy jej najdrobniejszy sukces jest dla nas powodem do wielkiego świętowania. Rozumiem również fanów piłki nożnej, którzy są trochę jak matka nieporadnego dzieciaka – kocha je całym sercem bez względu na to, jak często wylewa sobie na bluzkę barszczyk i potyka się o własne nogi. Ale serio? Sam trener drużyny narodowej w reklamie piwa sugerującej, że jesteśmy mistrzami? Na ponad miesiąc przed pierwszym gwizdkiem na mundialu? To jak wejście do basenu z rekinami z przekonaniem: „Przecież mam kartę pływacką, nic mi nie zrobią”.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.