Europejskie koncerny motoryzacyjne pędzą ku przepaści. Wyhamować na czas mogą im pomóc tylko trzy rzeczy: tanie modele, rządowe pieniądze oraz inwazja na Azję
Sytuacja nie jest kiepska, nastroje trudno nazwać pesymistycznymi, sprzedaż nie kuleje. Ale to pozory. Z europejskim rynkiem motoryzacyjnym jest źle. Bardzo źle. Przypomina kabareciarza w fazie agonalnej – uśmiecha się, żartuje, stara się odwrócić uwagę publiczności od tego, że jedną nogą jest już na tamtym świecie. W efekcie, aby przeżył trzeba podać mu respirator oraz odpowiednie leki. Jedyna nadzieja w szybkim działaniu.
Aby przekonać się o tym, że nie ma krzty przesady w stwierdzeniu, iż sytuacja na europejskim rynku motoryzacyjnym jest katastrofalna, wystarczy spojrzeć na dane. Ze statystyk belgijskiego stowarzyszenia ACEA zrzeszającego producentów samochodów wynika, że od stycznia do listopada 2012 r. w krajach Unii Europejskiej sprzedało się łącznie 11,2 mln samochodów osobowych, co jest najgorszym wynikiem od 20 lat. Dla porównania w tym samym okresie 2007 r. nabywców znalazło niemal 14,5 mln aut. Innymi słowy, w pięć lat straciliśmy aż 3,3 mln pojazdów. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w krajach najbardziej sponiewieranych kryzysem ekonomicznym – rynek włoski skurczył się w tym czasie z 2,3 do 1,3 mln aut, a hiszpański z 1,5 mln do zaledwie 650 tys. pojazdów. – Nie będzie lepiej – wróżą eksperci. I przypominają, że tylko w listopadzie 2012 r. sprzedaż nowych pojazdów w tych państwach spadła o 20 proc. w porównaniu z analogicznym miesiącem rok wcześniej.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.