Polski rynek e-papierosów został zdominowany przez produkty sprowadzane z Chin. W tle pojawiają się również doniesienia o rosyjskich powiązaniach biznesowych niektórych firm działających w tej branży. Tymczasem pod hasłami obrony polskich przedsiębiorców coraz częściej kryje się przede wszystkim walka o warunki sprzedaży importowanych produktów.
Trzeba wreszcie powiedzieć jasno: polski dystrybutor chińskiego e-papierosa nie jest tym samym co polski producent czy plantator tytoniu. Nie możemy stawiać znaku równości między interesem krajowego rolnictwa a interesem firm zarabiających na sprowadzaniu gotowych produktów z Azji – mówi Krzysztof Andruszkiewicz, doradca i ekspert Okręgowego Związku Plantatorów Tytoniu w Augustowie.
Jego zdaniem ustawa UD363 jest szansą na uporządkowanie rynku, na którym zbyt długo o przewadze konkurencyjnej decydowały luki w przepisach.
Jak dziś wygląda sytuacja na polskim rynku produktów nikotynowych? Czy państwo rzeczywiście kontroluje ten rynek?
Mam coraz większe wątpliwości czy państwo rzeczywiście panuje nad tym, co dzieje się na rynku e-papierosów. Mówimy o sektorze, w którym według części szacunków ponad połowa sprzedaży może odbywać się poza legalnym obrotem. To nie jest już marginalny problem. To sygnał, że system wymaga zdecydowanych działań.
Przez lata dopuszczono do sytuacji, w której technologia rozwijała się szybciej niż przepisy, a część przedsiębiorców nauczyła się wykorzystywać różnice w definicjach i zasadach opodatkowania. W efekcie firmy przestrzegające prawa i ponoszące wszystkie związane z tym koszty muszą konkurować z podmiotami, które mogą korzystać z luk regulacyjnych.
Najgorsze jest to, że w tej dyskusji często słyszymy o ochronie przedsiębiorczości, ale znacznie rzadziej pada pytanie, czyjej przedsiębiorczości właściwie bronimy. Polskich producentów, którzy inwestują, zatrudniają pracowników i kupują krajowy surowiec? Czy może importerów gotowych urządzeń, których produkcja odbywa się tysiące kilometrów od Polski?
Czy UD363 może rzeczywiście zmienić tę sytuację?
Uważam, że jest to potrzebny krok. Państwo nie może bez końca tolerować sytuacji, w której sposób skonstruowania urządzenia decyduje o tym, czy przedsiębiorca poniesie określone obciążenie podatkowe. Jeśli dwa produkty pełnią tę samą funkcję, powinny podlegać porównywalnym zasadom.
Nie może być tak, że jedni płacą, a inni zyskują przewagę tylko dlatego, że zastosowali inne rozwiązanie techniczne. To nie jest zdrowa konkurencja. To zachęta do szukania kolejnych sposobów obchodzenia intencji ustawodawcy.
Chciałbym też podkreślić jedną rzecz. Prezydent Karol Nawrocki, kierując wcześniejszą ustawę przygotowaną na podstawie projektu UD308 do Trybunału Konstytucyjnego, zwrócił uwagę na problemy związane z procesem legislacyjnym i potrzebą uporządkowania regulacji. Uważam, że takie podejście zasługuje na uznanie. Państwo nie powinno tworzyć prawa metodą łatania kolejnych dziur. UD363 jest próbą szerszego rozwiązania problemu i w tym sensie odpowiada na potrzebę kompleksowego podejścia. Mam nadzieję, że zostanie to dostrzeżone również przy podejmowaniu decyzji o podpisaniu ustawy.
Doceniam także zaangażowanie Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. To ważne, żeby przy tworzeniu przepisów dotyczących rynku nikotynowego pamiętać nie tylko o producentach urządzeń i dystrybutorach, ale również o polskich plantatorach.
CHIŃSKI TOWAR POD SZYLDEM OBRONY POLSKICH FIRM
Przeciwnicy nowych regulacji przekonują, że bronią polskich przedsiębiorców. Czy rzeczywiście chodzi o polski biznes?
Właśnie tutaj zaczyna się największe nieporozumienie. Z informacji przywoływanych w debacie wynika, że praktycznie wszystkie jednorazowe e-papierosy dostępne na polskim rynku pochodzą z Chin. Mamy więc do czynienia z rynkiem opartym w ogromnej mierze na zagranicznej produkcji.
Oczywiście importer może być polską firmą, płacić podatki i zatrudniać ludzi. Nie zamierzam tego kwestionować. Ale nie pozwólmy, żeby pod hasłem obrony polskiego przemysłu ukrywano przede wszystkim interes związany z dystrybucją chińskich produktów.
Polska firma handlowa i polska produkcja to nie jest to samo. Plantator tytoniu nie sprowadza gotowego towaru z zagranicy. On ponosi ryzyko uprawy, inwestuje w gospodarstwo, zatrudnia pracowników i jest uzależniony od warunków kontraktacji. Podobnie krajowe zakłady przetwórcze i producenci.
Dlatego chciałbym wiedzieć, ile rzeczywistej wartości dla polskiej gospodarki powstaje w tym segmencie rynku, a ile sprowadza się do importu gotowych urządzeń i ich sprzedaży z odpowiednią marżą.
Nie twierdzę, że import jest czymś złym. Twierdzę natomiast, że nie wolno przedstawiać interesu importerów jako tożsamego z interesem całego polskiego przemysłu.
Czyli pańskim zdaniem w sporze o UD363 interes polskich plantatorów może przegrywać z interesem importerów?
Obawiam się, że tak. Plantatorzy od lat funkcjonują w coraz trudniejszych warunkach. Zmagają się z rosnącymi kosztami, niepewnością kontraktacji i zmianami na rynku tradycyjnych wyrobów tytoniowych. Tymczasem ogromna część debaty publicznej koncentruje się na tym, jakie warunki sprzedaży będą miały firmy sprowadzające gotowe urządzenia z Chin.
Powinniśmy odwrócić tę perspektywę. Zapytać, jak rozwijać produkcję w Polsce, jak zwiększać wykorzystanie krajowego surowca i jak zapewnić stabilność całemu łańcuchowi dostaw.
Nie możemy dopuścić, żeby przyszłość polskiego rolnictwa była mniej istotna niż model biznesowy importerów zagranicznych e-papierosów.
W doniesieniach medialnych pojawiają się także informacje o rosyjskich powiązaniach części podmiotów działających na rynku vapingowym. Czy to powinno niepokoić?
Każda wiarygodna informacja o możliwych powiązaniach z osobami objętymi sankcjami powinna zostać dokładnie sprawdzona. Szczególnie dziś, kiedy kwestie bezpieczeństwa gospodarczego i przejrzystości kapitału mają fundamentalne znaczenie.
W czerwcu 2026 roku Euromaidan Press opisywał domniemane powiązania spółki Evapify z Olegiem Bojko, osobą objętą polskimi sankcjami. W innych publikacjach pojawiały się informacje dotyczące Dmitrija Szestiernenki oraz jego związków ze spółką Symetricus i marką Aroma King.
Nie przesądzam prawdziwości wszystkich tych doniesień ani nie twierdzę, że samo powiązanie biznesowe oznacza naruszenie prawa. Ale uważam, że są to sprawy, których nie można ignorować.
Jeżeli na rynku pojawiają się pytania o pochodzenie kapitału, rzeczywistych beneficjentów i zagraniczne powiązania właścicielskie, państwo powinno mieć narzędzia do ich wyjaśniania.
Nie wystarczy, że firma ma polski adres i polski numer KRS. Trzeba wiedzieć, kto faktycznie kontroluje przedsiębiorstwo, skąd pochodzą produkty i kto jest rzeczywistym beneficjentem działalności.
Nie możemy być naiwni. Polska gospodarka potrzebuje inwestycji i uczciwej konkurencji, a nie rynku, na którym trudno ustalić, kto stoi za poszczególnymi podmiotami.
SZARA STREFA UDERZA W UCZCIWYCH PRODUCENTÓW
Czy za problemy rynku odpowiadają także rosnące obciążenia akcyzowe?
Nie mam wątpliwości, że polityka podatkowa musi uwzględniać zachowania konsumentów. Nie wystarczy podnieść stawkę i założyć, że budżet automatycznie uzyska większe wpływy.
Jeszcze niedawno Polska mogła pochwalić się relatywnie niskim udziałem nielegalnych papierosów. Według badań realizowanych na zlecenie największych producentów wynosił on około 4,2-4,3 proc. Nowsze szacunki wskazują, że mógł zbliżyć się do 10 proc. Jeżeli te dane się potwierdzą, będzie to bardzo niepokojący sygnał. Oznaczałoby to, że część rynku w stosunkowo krótkim czasie przeniosła się poza legalny obrót.
Nie możemy udawać, że cena nie ma znaczenia. Kiedy paczka legalnych papierosów kosztuje 25-27 zł, a znaczną część tej kwoty stanowią podatki, różnica względem nielegalnego produktu staje się istotna.
Na szarej strefie nie zarabiają polscy plantatorzy ani legalnie działający producenci. Korzystają na niej podmioty omijające przepisy. Państwo traci wpływy, a uczciwe firmy klientów. Dlatego potrzebujemy rozsądnej, przewidywalnej polityki podatkowej i skutecznych kontroli. Jedno bez drugiego nie zadziała.
Co konkretnie oznacza ta sytuacja dla polskich plantatorów tytoniu?
Przede wszystkim ogromną niepewność. W Polsce uprawą tytoniu zajmuje się około trzech tysięcy rodzin. Za każdą z nich stoją lata inwestycji, specjalistyczne gospodarstwa, maszyny, suszarnie i wiedza przekazywana często z pokolenia na pokolenie.
To nie jest produkcja, którą można z dnia na dzień zastąpić czymś innym. Plantatorzy ponoszą wysokie koszty, a jednocześnie nie mają pewności, jakie będzie zapotrzebowanie na ich surowiec w kolejnych latach.
Trzeba też pamiętać o pracownikach sezonowych, zakładach przetwórczych i całym zapleczu gospodarczym. Mówimy o sektorze ważnym dla wielu lokalnych społeczności.
Dlatego tak trudno zaakceptować sytuację, w której głos polskich rolników bywa słabiej słyszalny niż głos firm handlujących importowanymi urządzeniami.
POLSKI TYTOŃ POTRZEBUJE PRZYSZŁOŚCI, NIE KOLEJNYCH OBIETNIC
Czy rozwój nowych produktów nikotynowych może być szansą dla polskiego rolnictwa?
Tak, ale pod warunkiem, że zaczniemy myśleć o tym rynku również z perspektywy polskiego surowca i polskiej produkcji. Tradycyjny rynek papierosów podlega długofalowym zmianom. Nie możemy zakładać, że zapotrzebowanie na tytoń wykorzystywany w tradycyjnych wyrobach będzie zawsze takie samo. Dlatego trzeba szukać nowych zastosowań dla krajowego surowca.
Nikotyna wykorzystywana w części nowych produktów może być pozyskiwana z liści tytoniu. To otwiera potencjalne możliwości dla plantatorów, chociaż oczywiście wiele zależy od technologii, jakości surowca i opłacalności produkcji.
W Lublinie działa przedsiębiorstwo zajmujące się pozyskiwaniem nikotyny. Warto sprawdzić, na jaką skalę możliwe byłoby wykorzystanie polskiego tytoniu i jakie warunki musiałyby zostać spełnione, aby taki kierunek był ekonomicznie uzasadniony.
Jeżeli przyszłość rynku produktów nikotynowych ma należeć do nowych technologii, to polscy plantatorzy nie mogą zostać z tej przyszłości wykluczeni. Nie chcemy być wyłącznie obserwatorami rynku, na którym zarabiają zagraniczni producenci gotowych urządzeń.
Potrzebujemy strategii rozwoju krajowego surowca i przetwórstwa, a nie wyłącznie kolejnych debat o interesach importerów.
Co powinno być teraz najważniejsze dla państwa?
Przede wszystkim odzyskanie skutecznej kontroli nad rynkiem. Prawo musi być jasne, jednolite i odporne na próby wykorzystywania luk. Nie może być tak, że państwo wprowadza regulacje, a po kilku miesiącach okazuje się, że kolejna konstrukcja urządzenia pozwala ominąć ich założenia.
UD363 może być ważnym elementem tego procesu. Nie rozwiąże wszystkich problemów, ale może ograniczyć nieuzasadnione różnice w traktowaniu podobnych produktów.
Potrzebujemy również zdecydowanej walki z szarą strefą, kontroli pochodzenia towarów i większej przejrzystości podmiotów działających na rynku.
I wreszcie potrzebujemy poważnego traktowania polskich plantatorów. Bo w całej tej dyskusji łatwo zapomnieć, że za krajową produkcją tytoniu stoją konkretne rodziny, gospodarstwa i miejsca pracy.
Nie możemy pozwolić, żeby pod hasłami obrony polskiego biznesu chroniono przede wszystkim interes firm zarabiających na imporcie chińskich produktów. Nie możemy też ignorować pytań o zagraniczne powiązania kapitałowe części uczestników rynku.
Polscy rolnicy nie domagają się przywilejów. Chcą równych zasad, stabilnego prawa i możliwości rozwoju. Jeżeli państwo potrafi zadbać o interesy importerów, powinno tym bardziej pamiętać o ludziach, którzy od pokoleń produkują w Polsce.
Podpisanie UD363 byłoby ważnym sygnałem, że państwo zamierza uporządkować zasady konkurencji, zamiast pozostawiać kolejne luki. Polski tytoń i polskie miejsca pracy nie mogą być traktowane jako mniej ważne niż interes zagranicznych dostawców.
Rozmawiał KR
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu