50,7 mld zł mniej produkcji w rocznej skali działalności, 82 tys. zlikwidowanych miejsc pracy, 6,6 mld zł utraconych dochodów państwa z PIT, CIT, VAT oraz składek do ZUS. Taki rachunek pokazuje model FPP przy założeniu utrzymania się 30-procentowej luki kosztów energii dla krajowego przemysłu wobec zagranicznych konkurentów. Polska musi inwestować w konkurencyjne ceny energii dla przemysłu, obniżając jego rachunki dziś i usuwając przyczyny wysokich kosztów na przyszłość. Inaczej oszczędność budżetu na programach wsparcia może oznaczać utratę zamówień, miejsc pracy i dochodów całej gospodarki.
Dyskutując o programie wsparcia dla przemysłu, łatwo jest wskazać koszty takiej decyzji. Wystarczy zajrzeć do projektu ustawy i znaleźć kwotę wydatków w ocenie skutków regulacji. Koszt zaniechania działań przez państwo jest jednak znacznie trudniejszy do dostrzeżenia. Rozprasza się on między firmami, branżami i kolejnymi latami. Zamówienie trafia do zagranicznego dostawcy, przewoźnik ma mniej kursów, lokalny podwykonawca rezygnuje z inwestycji. Każda z tych zmian z osobna może wyglądać na zwykłe zdarzenie biznesowe. Dopiero ich suma pokazuje, ile gospodarka płaci za brak konkurencyjnych cen energii.
A gospodarka niejednokrotnie płaci za nie bardzo dużo. Firma może mieć doświadczoną załogę, sprawną linię produkcyjną i dobry produkt, a mimo to przegrać zamówienie, bo konkurent za granicą płaci za prąd znacznie mniej. Potem wypada kolejne zamówienie. Firma ogranicza zmiany, odkłada modernizację, rezygnuje z rozbudowy. Gdy wreszcie pada decyzja o zamknięciu działalności, jej los został przesądzony już dużo wcześniej.
Europa słusznie martwi się swoją konkurencyjnością i kosztem energii na tle światowych rywali. Dla polskiego producenta ta dyskusja ma jednak również drugi wymiar – zanim jego oferta zostanie porównana z konkurentem spoza Europy, musi wygrać zamówienie z fabryką działającą kilkaset kilometrów na zachód. Wspólny rynek pozwala klientowi łatwo zmienić dostawcę. Jego reguły nie gwarantują, że obaj dostawcy kupią energię na porównywalnych warunkach.
Wystarczy przeanalizować podstawowe dane. Według Eurostatu w II półroczu 2025 r. najwięksi odbiorcy przemysłowi płacili w Polsce średnio 171,6 euro za 1 MWh prądu, wobec 109,6 euro średnio w Unii. To ok. 57 proc. więcej. Porównanie dotyczy zakładów zużywających co najmniej 150 GWh rocznie, a ceny nie zawierają VAT i innych podatków oraz opłat podlegających zwrotowi. W Niemczech stawka dla tej grupy wynosiła 130,7 euro.
Co to oznacza dla typowego zakładu produkcyjnego? Przy zużyciu 150 GWh rocznie i utrzymaniu podanych średnich stawek polski odbiorca zapłaciłby za prąd o ponad 6 mln euro więcej niż niemiecki. Te same pieniądze mogłyby finansować modernizację albo pozwolić złożyć korzystniejszą ofertę klientowi.
Oczywiście żadna fabryka nie konkuruje wyłącznie ceną prądu. Liczą się ludzie, technologia, jakość, terminowość i dostęp do odbiorców. Tyle że przewaga w tych dziedzinach wymaga konkretnych nakładów. Jeśli firma przeznacza wolne środki na wyrównywanie różnicy w rachunkach, zostaje jej mniej na park maszynowy, rozwój produktu i szkolenia. Wysoki koszt energii działa więc podwójnie: obciąża obecną produkcję i osłabia zdolność do poprawiania jej konkurencyjności. Przedsiębiorstwo może przez pewien czas bronić zamówień niższą marżą. Trudno na takim fundamencie planować jednak rozwój biznesu.
Energia ma szczególne znaczenie tam, gdzie bez jej udziału nie powstanie produkt. W hutnictwie stali odpowiadała w 2025 r. za ok. 14,5 proc. kosztów operacyjnych, w produkcji cementu za 13,1 proc. To energia ogółem, a nie sam prąd. W takich zakładach poprawa efektywności jest konieczna, lecz nie pozwala dowolnie zmniejszyć zużycia. Koszt ma fizyczne podstawy, zaś klient porównujący oferty widzi przede wszystkim cenę gotowego wyrobu.
Federacja Przedsiębiorców Polskich zbadała te zależności na mapie powiązań branżowych polskiej gospodarki opartej na danych GUS, Eurostatu i EXIOBASE. Symulując scenariusz zakładający utrzymanie się cen energii w Polsce o 30 proc. wyższych niż u zagranicznych konkurentów, produkcja polskiego przemysłu bezpośrednio wypierana przez import wynosi 22,7 mld zł. Kolejne 28 mld zł ubytku pojawia się u dostawców i przez niższą konsumpcję. Właśnie o tej drugiej części rachunku nie powinni zapominać decydenci oraz uczestnicy debaty publicznej na temat inwestycji w energię i wsparcia przemysłu. Zakład przemysłowy jest klientem innych przedsiębiorstw, a pracujący w całym łańcuchu dostaw ludzie są jednocześnie klientami sklepów i usług. Słabszy popyt na produkty branż energochłonnych rykoszetem uderza również w tych, którzy sami zużywają niewiele energii i nie spodziewają się znaleźć w centrum sporu o jej ceny.
Widać to choćby w transporcie – modelowany ubytek zamówień wynikający z problemów przemysłu oraz niższej konsumpcji sięga tam 2,1 mld zł. Jest częścią wspomnianych 50,7 mld zł. Gdy towar przestaje powstawać w Polsce, jego przewóz, magazynowanie i obsługa również są prowadzone gdzie indziej. Wraz z produkcją tracimy część popytu, na którym opierają się inne rodzaje działalności.
Z zagrożoną w tym scenariuszu działalnością wiąże się aż ok. 82 tys. miejsc pracy. Z tego aż dwie trzecie etatów nie zostanie utraconych w branżach przemysłowych bezpośrednio dotkniętych wysokimi cenami energii, lecz u ich dostawców oraz firm zależnych od popytu generowanego przez zatrudnianych przez nich pracowników.
Polscy decydenci zaczynają stopniowo dostrzegać opisywany problem, ale działania nie są wystarczające. Ministerstwo Rozwoju i Technologii zapowiedziało program na lata 2027‒2030 o wartości 4,8 mld zł. Planowane finansowanie przez wyższy CIT dla określonych firm energetycznych i paliwowych rodzi jednak ryzyko przenoszenia obciążeń na odbiorców. Pomoc powinna faktycznie zmniejszać koszt prowadzenia produkcji. Jej efekt trzeba oceniać przez końcowy rachunek przedsiębiorstwa i warunki utrzymania zamówień.
Część obciążenia cenami energii można ograniczyć decyzjami krajowymi. W 2025 r. koszty sieciowe największych odbiorców wynosiły według Eurostatu 34,7 euro za 1 MWh w Polsce wobec 16,6 euro średnio w UE. Należy wprowadzić znaczące ulgi sieciowe dla przemysłu energochłonnego, sięgające 90 proc., oraz skuteczne dopłaty w dopuszczalnych ramach unijnych. Równolegle trzeba ułatwiać własną produkcję energii, wieloletnie kontrakty i dostęp do infrastruktury. Dzisiejsza ulga ma pozwolić doczekać inwestycji, które trwale obniżą koszt. Przedsiębiorca potrzebuje przewidywalnych zasad na lata, bo nie może opierać budowy nowej linii produkcyjnej lub decyzji o utrzymaniu istniejącej na niejasnej zapowiedzi pojedynczej, doraźnej interwencji.
Decyzje o dalej idącym wsparciu dla przemysłu obciążonego drogą energią są blokowane przez obawy o koszt budżetowy takich rozwiązań. Ale należy także uwzględnić, co może się wydarzyć, jeśli takie działania nie zostaną podjęte – szacowany ubytek 6,6 mld zł dochodów państwa z PIT, CIT, VAT oraz składek na ubezpieczenia społeczne to realne zagrożenie dla możliwości utrzymania na przyszłość programów społecznych wprowadzanych w ostatnich latach przez rząd. Inwestycja w utrzymanie konkurencyjności polskiej gospodarki to z kolei gwarancja budowy stabilnej podstawy do generowania dochodów, które mogą posłużyć państwu do dalszego rozwoju usług publicznych i poprawy jakości życia naszego społeczeństwa.
Cykl publikacji FPP
Wobec ograniczonego zainteresowania większości mediów tematami gospodarczymi, przy jednoczesnym nagromadzeniu wielu istotnych tematów pozagospodarczych, ważnych nie tylko dla przedsiębiorców, lecz także dla większości społeczeństwa, Federacja Przedsiębiorców Polskich postanowiła zrealizować cykl merytorycznych publikacji. W ten sposób FPP przybliża społeczeństwu skutki zmian prawnych procedowanych w Sejmie RP.
Partner
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu