O tym, dlaczego uwielbiamy się bać i jeszcze chcemy za to płacić.
Nagły wybuch na Słońcu, zderzenie z planetoidą, zaburzenie biegunów magnetycznych, wirus albo inwazja zombi – scenariuszy końca świata nie brakuje. Ludzkość straszyła się apokalipsą od wieków. Teraz wreszcie nauczyła się na niej porządnie zarabiać.
Dzień sądu według Harolda Campinga miał przyjść 21 maja 1988 r., ale – jak to często bywa w świecie ścisłych wyliczeń – okazało się, że tkwił w nich niewielki błąd i datę armagedonu trzeba było przełożyć na 7 września 1994 r. I tym razem do zapowiedzianej zagłady nie doszło. Ale kalifornijski spec od numerologii szybko doszedł prawdy: koniec świata wypadał kilkanaście lat później – 21 maja 2011 r. Gdy i tego pięknego wiosennego dnia na świecie panował – zaiste, podejrzany – spokój, Camping ponownie skorygował wyliczenia: to będzie 21 października. Niewiele brakowało, by 90-letni kaznodzieja nie doczekał zapowiadanego końca świata – latem z udarem trafił do szpitala. To najwyraźniej zaburzyło ciąg wydarzeń, gdyż zapowiadana seria gigantycznych trzęsień ziemi jednak nie nastąpiła. Camping ogłosił „przejście na emeryturę” i zniknął z życia publicznego.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.