Autopromocja

Robotnik musi móc powiedzieć dziękuję nie robię

pracownik, praca, budowa, budowlaniec
Niektórzy przewidywali, że wzrost gospodarczy doprowadzi do zmniejszenia podziałów. Tak się nie stałoShutterStock
17 kwietnia 2016

Konieczne jest wzmocnienie pozycji robotnika. Tak by mógł powiedzieć: dziękuję, nie robię. I miał czas na znalezienie nowego zajęcia - twierdzi Chris Dillow,  ekonomista, pisarz, publicysta. Autor wydanej w 2007 r. książki „The End of Politics: New Labour and the Folly of Managerialism”.

Długo zastanawiałem się, od jakiego pytania zacząć. Lektura pańskich prac wskazuje, że różnimy się w ocenie kapitalizmu czy też wolnego rynku – niemal we wszystkim. Dlatego, proszę mi wybaczyć, zacznę od banału. Czy handel jest dobry?

Tak.

Oczywiście. Handel – w najogólniejszym ujęciu – służy ludziom, tak jak opisywał to już w XVIII w. Adam Smith. Pozwala nam na specjalizację w tym, co robimy najlepiej, przyczynia się do wprowadzenia podziału pracy. Kto nie wierzy, że handel jest dobry, powinien porównać Koreę Północną i Południową. Kraj, który nie handluje z innymi, i kraj, który handluje ze wszystkimi.

To się nazywa wspieranie przemysłu w fazie niemowlęcej. Teoretycznie to może zdać egzamin. Chronisz młody przemysł, dając mu szansę na wzrost i wzmocnienie, a dopiero potem puszczasz na głęboką wodę konkurencji. Widzę tutaj jednak dwa rodzaje zagrożenia. Po pierwsze, czy na pewno przemysł skorzysta bardziej na byciu niańczonym przez własny rząd, czy może jednak korzyści z doświadczeń, jakich nabrałby w trakcie konkurowania z innymi już od początku, byłyby większe? Po drugie, nie można wspierać – ze względu na ograniczenia budżetowe – wszystkich. Trzeba więc wybierać branże, a to już daje pole do korupcji i budowy oligarchii.

Pytanie, ile prób kończy się sukcesem. Teoretycznie wszystko jest możliwe, praktycznie nie. Jeśli naprawdę można by znaleźć ekspertów, którzy zaprojektują dobrą politykę gospodarczą chroniącą przemysł i wybiorą właściwe branże, to dlaczego upadło centralne planowanie gospodarcze? Dlaczego – skoro mamy takich omnibusów? Przykład, który pan podał, nie jest zresztą taki oczywisty. Oprócz protekcjonizmu w rozwoju koreańskiej gospodarki rolę grały także inne czynniki. Niewielki poziom nierówności społecznych, polityczna stabilność, ochota do oszczędzania i inwestowania, także w edukację... Ja sądzę, że owszem, należy przeprowadzać eksperymenty w polityce gospodarczej dotyczącej wsparcia firm, ale może nie na skalę, która w razie niepowodzenia grozi katastrofą.

Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć. Boję się go.

Nie. Boję się, bo negocjacje owiane są aurą tajemnicy. Nie wiadomo, jakie będą szczegóły tego porozumienia. Obawiam się, że skończy się na tym, że Unia otworzy swój sektor publiczny dla korporacji amerykańskich. Możliwe też, że regulacje zostaną zaprojektowane tak, by faworyzować duży biznes kosztem małego.

Wie pan, jednak część usług publicznych powinna być świadczona przez podmioty państwowe. Są zbyt istotne dla nas jako ludzi, by oddawać je prywatnym firmom.

Na pewno pan wie, że firmy świadczą usługi bardzo niedoskonałe. Nie mam problemu z tym, że pójdę do restauracji i tam mnie źle nakarmią. To nie jest wielka sprawa. Ale od szpitali czy szkół wymagam wysokiej jakości. Nie chciałbym, by moje dzieci były źle wyedukowane albo źle leczone.

Proszę nie generalizować. Wszystko zależy od konkretnych okoliczności. Wprowadzenie rynku do sektora publicznego oznacza wprowadzenie motywacji finansowych i wykasowanie pojęcia dobra publicznego. W Wielkiej Brytanii obserwujemy właśnie takie zjawisko. Publiczna służba zdrowia, gdy jeszcze była w całości publiczna, opierała się na tym, że jej personel często dosłownie poświęcał się dla sprawy. Mam na myśli chociażby dobrowolnie przepracowywane nadgodziny. W momencie, gdy wprowadzasz rynek, nikt za darmo nie przepracuje nawet 15 minut, a przecież potrzeby systemu, jeśli chodzi o roboczogodziny, nie maleją. Efekt jest taki, że masz do wyboru albo wyższy koszt, albo niższą jakość. Co pańskim zdaniem w takiej sytuacji wybierze prywatny menedżer szpitala? Etos pracy w sektorze prywatnym i publicznym to dwie różne rzeczy i pamiętajmy, że etos pracy w sektorze publicznym ma jakość, której nie ma ten w prywatnym.

Słusznie.

To zależy. Niektórzy sądzą, że budżet państwa jest jak budżet domowy i że wydawanie więcej, niż się zarabia, jest jednoznacznie złe. To błąd.

W budżecie domowym mamy konkretny zafiksowany dochód. Jeśli wydajemy więcej, to mamy mniej pieniędzy, nasz dochód nie rośnie. Natomiast państwo wydając, zwiększa swój wynik gospodarczy. Gdy ogranicza wydatki, spada. W obecnej sytuacji, gdy mamy zerowe stopy procentowe, stymulacja fiskalna jest jedynym sposobem na dorzucenie drew do ognia. Programy ograniczania wydatków to programy ograniczania PKB.

.

I to świetne studium przypadku. Gdy jakiś czas temu zliberalizowaliśmy politykę wydatków publicznych, PKB ruszył z kopyta, potem pojawił się pakiet oszczędnościowy i PKB zwolnił. Taka polityka ma na celu redukcję zadłużenia, ale proszę zobaczyć: jest przeciwskuteczna! Zadłużenie Wielkiej Brytanii rosło, gdyż rząd pożyczał mimo oszczędności. Drogą do zrównoważonego budżetu jest rosnąca gospodarka, której nie tworzy się cięciami.

Nie ma pan racji. Czy ostatnie lata na Wyspach to boom inwestycyjny? Nie. Sektor prywatny nie chce dzisiaj inwestować i tylko inwestycje państwa mogą tu pomóc. Jasne, że w najdłuższym możliwym okresie niższe wydatki państwa mogą się przełożyć np. na wzrost ducha przedsiębiorczości w narodzie, ale my żyjemy tu i teraz.

Ale mi nie chodzi o to, żeby inwestować wyłącznie w konsumpcję. Ja chciałbym, żeby państwo mądrze wspierało na przykład inwestycje infrastrukturalne oraz by stymulowało inwestycje sektora prywatnego, udzielając pożyczek celowych, które na przykład zapewniałyby wzrost branży edukacyjnej. W Wielkiej Brytanii także ów niby-prawicowy rząd stosuje tę prymitywną politykę „tu i teraz”, zwiększając wydatki na socjał, np. emerytury. Niestety, nikt pomiędzy krótkim a długim horyzontem inwestycji i wydatków nie szuka równowagi.

Nie wiem. Zgadzam się, że o etyce się w ekonomii nie pamięta, a przecież etyczne argumenty są istotne. Obecnie dyskutuje się ewentualne wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Załóżmy, że gospodarczo byłoby to dla nas niekorzystne, ale przecież zyskalibyśmy pewne wolności. Na przykład wolność do samostanowienia, do tworzenia własnych regulacji itd. Ja myślę, że głównym argumentem w dyskusji o polityce gospodarczej powinno być to, czy wspiera ona rozwój społeczny, czy nie. Kilka lat temu ukazała się książka Benjamina Friedmana „Moralne konsekwencje wzrostu gospodarczego”, w której pokazuje on, że wzrost PKB jest dobry, ponieważ przyczynia się do demokratyzacji oraz czyni społeczeństwa bardziej tolerancyjnymi. Z kolei gospodarcze zapaści sprawiają, że rosną rasizm, nietolerancja i tendencje autorytarne.

Jest pan pewien, że uzasadnione jest mówienie „moje pieniądze”? Nie posiadamy niczego, co zawdzięczamy wyłącznie sobie. Nasze bogactwo ma źródło w czynnikach społecznych i historii. Dlaczego w USA mamy miliarderów, a w Afryce subsaharyjskiej nie ma właściwie żadnego? Bo w USA mamy od lat system sprzyjający rozwojowi gospodarczemu, a w Afryce takiego systemu nie ma. Kolejna rzecz, że to, ile posiadamy, związane jest z problemem nierówności ekonomicznych. Stawiam tezę, że im więcej nierówności, tym mniej wolności.

Dania. W rankingach równości ekonomicznej jest bardzo wysoko – tak jak w rankingach wolności gospodarczej. Inne państwa skandynawskie podobnie. Czy to nie dowód? W USA natomiast wolność gospodarcza wcale nie jest już tak olbrzymia, a nierówności kwitną.

Państwo powinno coś z tym zrobić.

Zaskoczę pana. Nie. Niektórzy lewicowcy, a należę do tej grupy, wyłamują się z tego typu myślenia. Ani podatki, ani socjał, ani nawet „regulacje”, które często są po prostu nieefektywne i szkodzą, zamiast pomagać. Ja optuję za ruchami nakierowanymi na zwiększenie równości materialnej, np. za większym udziałem własnościowym robotników w przedsiębiorstwach, w których pracują, oraz za większym ich wpływem na tych, którzy firmą zarządzają. Do tego konieczna jest dobra polityka makroekonomiczna wspierająca pełne zatrudnienie. Efekt finalny to wzmocnienie pozycji robotnika na rynku pracy. Być może należałoby wprowadzić dochód obywatelski, który gwarantowałby przeżycie i sprawiałby, że w negocjacjach z pracodawcą pracownik zawsze mógłby powiedzieć: dziękuję, nie robię. I mieć czas na znalezienie nowego pracodawcy. Sądzę wręcz, że idea dochodu minimalnego dla każdego to wspólny grunt dla porozumienia marksistów z... libertarianami.

Proszę się zastanowić. Jaki byłby efekt wprowadzenia takiego dochodu? Można by zrezygnować z wielu antywolnościowych polityk, np. z płacy minimalnej, z regulowania standardów miejsca pracy, nie potrzeba by już nawet związków zawodowych. Państwo bardzo często robi społeczeństwu krzywdę swoim rozrośniętym prawodawstwem i należy je ograniczać, bo to narzędzie jest niebezpieczne. Czy to nie państwo legitymizowało przez wieki niewolnictwo? Podstawowy dochód jako uniwersalna redystrybucja przełożyłby się na większą dozę wolności i mniej szczegółowe prawo.

To tylko ci skrajni libertarianie odrzucają jakąkolwiek redystrybucję. Podobnie jak tylko radykalni lewicowy całkowicie odrzucają rynek i handel. Nawet Friedrich von Hayek wspierał ideę dochodu minimalnego. Patrzył na nią jako na rodzaj ubezpieczenia społecznego, które zmniejsza zakres regulacyjnej interwencji państwa w rynek – my też tak na nią popatrzmy, a zyskamy wobec niej znacznie więcej życzliwości.

Hayek jest świadomy, że bogactwo powstaje w różnych okolicznościach. Wiele osób zyskało majątek, wykorzystując nieuczciwe mechanizmy, np. koneksje z państwem. Robert Nozick, słynny libertarianin, był tego całkowicie świadomy i postulował nawet swego rodzaju redystrybucję kompensacyjną, która wynagradzałaby straty grupom, które w ten sposób były poszkodowane.

Kraje o wysokim wskaźniku nierówności ekonomicznych mają niską mobilność, jednak z drugiej strony możesz mieć także kraj o wysokiej mobilności i wysokich nierównościach. Moim zdaniem, jeśli chcesz mieć dużą mobilność, musisz walczyć z nierównościami, bo one są jej źródłem.

Nie. Równość to nie jest fizyczna równość wszystkich ludzi. Myślę, że obecnie już żaden socjalista w coś takiego nie wierzy. Zresztą, czy jest obiektywna miara nierówności? Wskaźnik Giniego, który mierzy rozwarstwienie społeczeństw, jest w ostatnich latach relatywnie płaski, a jednak udział najbogatszych w PKB wzrósł. Sądzę, że to wskazuje na wielowymiarowość nierówności. Należy skupić się szczególnie na „nierównościach władzy”, czyli na tym, co ludzie robią z pieniędzmi. Jeśli bogacz kupuje sobie luksusowy samochód, to w porządku. Jeśli kupuje sobie na swoje usługi polityka, to coś tutaj fundamentalnie szwankuje, bo oznacza, że drogę do pieniędzy widzi się w korupcji, a nie w ciężkiej pracy. Nowoczesna lewica nie jest przeciwna nierównościom samym w sobie, chce tylko takich nierówności, które da się racjonalnie wytłumaczyć i uzasadnić tym, że ktoś się dorobił w sprawiedliwym, uczciwym procesie bogacenia się.

Nie. Bo otrzymują je nawet, gdy ponoszą porażkę. Ja sądzę, że i na tym gruncie możemy dogadać się z wolnorynkowcami. Powtarzam: nierówności są negatywnie skorelowane z wolnością gospodarczą i ze wzrostem siły oligarchów.

Z jednej strony na pewno, z drugiej strony tego typu „demokratyzujące” produkcję i świadczenie usług innowacje wytwarzają pewne napięcia w gospodarce. Mam na myśli niezadowolenie tych osób, które pracują w tradycyjnych branżach i jakoś przez to tracą. Zmiany technologiczne mają charakter schumpeteriańskiej twórczej destrukcji i mają siłę zaburzającą system, więc pociągają za sobą także pewne koszty. Tutaj znów odwołam się do idei dochodu podstawowego: on te koszty by kompensował i łagodził okresy przejściowe, dając poszkodowanym grupom miękkie lądowanie.

Niektórzy przewidywali, że wzrost gospodarczy doprowadzi do zmniejszenia podziałów. Tak się nie stało. Nie wiem, co jest możliwe, a co nie w długiej perspektywie. Nie jestem zwolennikiem tej wizji, w której ludzkość się robotyzuje i władzę oraz majątek posiadają tylko właściciele robotów. Taka dystopia jest z różnych przyczyn bardzo mało prawdopodobna. Nie sądzę też, że Piketty ma rację, gdy pisze o malejącym w czasie zwrocie z fizycznych i finansowych aktywów. Bardzo, bardzo dużo tu niewiadomych, ale wiem, że coś z nierównościami zrobić trzeba i to bez względu na ideologiczne podziały.

Jak już powiedziałem: mało jest tak naprawdę radykałów, większość z nas chciałaby jakichś kompromisów i wspólnych ustaleń. Ja nie kocham wolnego rynku, ale walkę z nim uważam za beznadziejną i niekonstruktywną. Zresztą nie każdy rynek jest niedoskonały. Generalnie nie ma większych problemów np. ze sprzedawcami kurczaków. Są zaś z prezesami, menedżerami, właścicielami. Czekam na moment, gdy ludzie, ekonomiści zwłaszcza, staną się bardziej empirycznie zorientowani i przez to osiągniemy większy konsensus co do środków, jakimi można osiągać wspólne cele. Czyli zarówno wolność, jak i równość. Bo to się w mojej ocenie nie wyklucza. 

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.