Spółki płacą za to, że zamiast koncentrować się na działalności podstawowej, postanowiły zarobić na spekulacji derywatami.
Nasze zapóźnienie w nowoczesnej inżynierii finansowej w stosunku do dojrzałych rynków po raz pierwszy zadziałało na naszą korzyść. Brak ekspozycji polskich instytucji finansowych na ryzykowne instrumenty, które w jednej chwili rynek przecenił do zera, i wciąż bezpieczny poziom zadłużenia pozwalały mieć nadzieję, że przynajmniej bezpośredni wpływ tych zjawisk będzie mało zauważalny dla naszej gospodarki. Tak też się stało. Żadna z rodzimych instytucji finansowych nie musiała ogłaszać bankructwa i mimo niepewności na rynku międzybankowym, jak na razie, kryzys nas wystraszył, ale nie zrujnował ekonomii. Jednak, by wspomnianego zapóźnienia nie mógł nam nikt wypominać, polskie firmy zafundowały sobie własny kryzys, ochrzczony kryzysem opcyjnym. Dziś niektórym przyjdzie zapłacić za to, że goniąc za jak najwyższym zyskiem, stracili zdrowy rozsądek.
Wiele spółek, zamiast koncentrować się na działalności podstawowej, postanowiło zarobić na spekulacji derywatami. Przychodzi mi na myśl inwestor, który kilkanaście miesięcy temu, po prezentacji aspirującej do debiutu giełdowego spółki, poinformował prezesa tej firmy, że mimo dobrych perspektyw dla samej spółki on w nią nie zainwestuje. Powód: chęć zainwestowania przez firmę prawie 40 proc. pozyskanego kapitału w różnego rodzaju pochodne. Co więcej, firma w znikomym stopniu narażona była na ryzyko kursowe i nie było powodu dla takiej działalności. Ten drobny inwestor wykazał się zdrowym rozsądkiem i logiką, jaką powinni kierować się menedżerowie. Aż dziw bierze, że tłumaczący się teraz z opcyjnej zarazy prezesi zarządzają dużymi firmami.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.