- Straty Polski wejdą globalnie w straty Unii Europejskiej, ponieważ to będzie handel między Wielką Brytanią a Unią. Oczywiście Brytyjczycy stracą więcej niż Unia. Wielka Brytania jest piątą gospodarką świata, ale nadal to nie jest tak potężny twór jak Unia Europejska - mówi dr Krzysztof Winkler z Uniwersytetu Warszawskiego.
Wielka Brytania jest skazana na współpracę z Unią. O tym mówią liczby: 44 proc. brytyjskiego eksportu jest skierowane na rynek europejski, z kolei 51 proc. importu pochodzi z Unii. I na tym właśnie polega problem. Brytyjski rząd nie może sobie pozwolić na to, że, mówiąc kolokwialnie, weźmie papiery, przyjedzie do Brukseli i powie: „Dziękujemy, wychodzimy bez umowy”. Zerwanie współpracy, która budowała się przez 40 lat to przepis na porażkę.
Oczywiście, brytyjski rząd stara się znaleźć rozwiązanie tej sytuacji. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że umowa, którą wynegocjowała premier May, nie zostanie zaakceptowana przez Izbę Gmin. Prawdopodobieństwo, że posłowie zgodzą się na warunki zapisane w porozumieniu jest bardzo znikome. Londyn może prosić Brukselę o odroczenie brexitu po raz trzeci i czwarty, nie ma ograniczeń co do kolejnych przedłużeń. Warto jednak zadać sobie pytanie: czy to ma sens? Negocjacje nie prowadzą do rozwiązań, które mogłyby zadowolić obie strony.
Plan twardych brexitowców polega na tym, żeby zastąpić handel z Unią Europejską - przynajmniej w części - handlem z Azją, głównie z Chinami i Indiami. To są gospodarki przyszłości, które w przeciwieństwie do unijnej szybko się rozwijają i są bardzo innowacyjne. Sam koncept, żeby się przenieść na rynki azjatyckie nie jest zły.
Teoretycznie nie jest to niemożliwe. Pamiętać trzeba, że Chiny to już drugie mocarstwo świata. Mimo że Chińczycy są zainteresowani współpracą ze Zjednoczonym Królestwem, zwłaszcza jeżeli chodzi o rynki finansowe i usługi, będą jednak wybierać partnera, bo na to mogą sobie pozwolić. Hindusi też są zainteresowani, generalnie przez związki historyczne. Konkurencja jest duża i naprawdę trzeba będzie się postarać, żeby na te rynki wejść.
Do lat 70. XX. dla Brytyjczyków najważniejsze były rynki światowe. Dawne imperium, Chiny, Indie, USA, Ameryka Południowa. Nie Europa. Nasz kontynent zawsze był niespokojny, a przez to zawsze istniało wysokie ryzyko prowadzenia inwestycji.
Po pierwsze Brytyjczycy weszli do Unii Europejskiej po to, żeby mieć dostęp do dużego rynku, w którym mogliby handlować po utracie imperium. Po raz pierwszy Wielka Brytania próbowała wejść do Unii w 1961 roku, drugi raz w 1967. Udało się dopiero za trzecim, w roku 1973. Powód? Charles de Gaulle stwierdził, że nie wpuści Brytyjczyków do Unii, bo to zachwieje równowagę sił w ówczesnej Wspólnocie. Wielka Brytania stała się częścią europejskiego grona dopiero po tym, jak generał de Gaulle odszedł ze stanowiska. Kiedy Brytyjczycy utracili swoje imperium, mieli załamanie gospodarcze. Wspólnotę państw unijnych zawsze traktowali tylko i wyłącznie jako unię gospodarczą.
Po drugie wejście do Unii było i jest zgodne z brytyjską polityką zagraniczną. Dla nich jest ważne utrzymywanie równowagi sił na kontynencie. Po przyłączeniu do Wspólnoty i na różnych jej etapach integracji, w ten czy inny sposób kontrolowali działania największych graczy w Europie. Pilnowali tego, aby nikt nie uzyskał dominującej pozycji.
Dlatego właśnie według brexitowców, Wielka Brytania musi wrócić do starej pozycji historycznej, czyli wyspa i kontynent. Brytyjczycy najlepiej się czuli, kiedy mieli mocną gospodarkę i nie musieli wschodzić w żadne trwałe sojusze, a umowy zawierali zgodnie z interesami.
Przynajmniej tak twierdzą brexitowcy. Zwolennicy pozostania Zjednoczonego Królestwa w UE mówią, że interes brytyjski jest nadal w sojuszu. Biorąc pod uwagę fakt, że Brytyjczycy są powiązani z Unią gospodarczo, trudno im będzie z dnia na dzień zerwać te stosunki.
Tego nie wiemy i myślę, że nikt nie będzie obecnie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Negocjacje w tej sprawie miałaby się zacząć po rozpoczęciu okresu przejściowego, czyli po tym jak Wielka Brytania opuści Unię. Zanim Brytyjczycy nie podpiszą umowy, w ogóle nie możemy mówić o jakichkolwiek negocjacjach. Założenie jest takie, że współpraca w ramach wymiany handlowej oraz przepływu usług i towarów między Wielką Brytanią a Unią będzie bliska.
Stricte swobodnego przepływu osób nie będzie. Rynek pracy zostanie reglamentowany. Brytyjczycy będą wybierać te zawody, w których brakuje im pracowników i akurat na te stanowiska będą aplikować obywatele z Unii. Brytyjscy przedsiębiorcy jednak opowiadają się za tym, aby pracownicy z krajów unijnych mogli nadal napływać do Wielkiej Brytanii.
Zapewnia im to ręce do pracy i wykwalifikowany personel. Obywatele UE często są lepiej wykształceni niż rodowici Brytyjczycy i lepiej niż ci, którzy przyjeżdżają z dawnego Commonwealthu. Ale to jest wizja brytyjskich przedsiębiorców. Rząd uważa inaczej. Chce on ograniczonej formuły przepływu osób. Na razie to wszystko można traktować jako brytyjską propozycję albo brytyjski plan. Co z tego wyjdzie w praktyce – nie wiemy.
Z punku widzenia brytyjskiego rządu i elit, brexit w zasadzie nie powinien się odbyć. Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii negocjuje polityk, która w kampanii referendalnej była przeciwko brexitowi.
Unia twierdzi, że jeżeli nie będzie chociażby jednej ze swobód podstawowych, w tym przypadku przepływu osób, reszty tj. przepływ towarów, usług i kapitału Wielka Brytania może się nie spodziewać. Wspólnota traktuje podstawowe wolności jako pakiet.
Niemcy.
Polska jest na 12. miejscu, jeżeli chodzi o import i na 20. jeżeli mówimy o eksporcie. Jesteśmy w pierwszej 25 największych brytyjskich partnerów.
Straty Polski wejdą globalnie w straty Unii Europejskiej, ponieważ to będzie handel między Wielką Brytanią a Unią. Oczywiście Brytyjczycy stracą więcej niż Unia. Wielka Brytania jest piątą gospodarką świata, ale nadal to nie jest tak potężny twór jak Unia Europejska, która ma 27 państw członkowskich i prawie pół miliarda konsumentów. Siłą rzeczy unijny rynek jest większy od brytyjskiego. Czy możemy spodziewać się kryzysu gospodarczego? Na razie załamania nie widać. Analitycy mówią, że teraz brytyjska gospodarka rozwija się o 1,2 proc słabiej niż mogłaby. Ale na ile te szacunki są zgodne z tym faktem, że 2018 rok był spowolnieniem gospodarczym nie tylko dla Unii, ale również dla takiego mocarstwa jak Chiny. Generalnie wszyscy rozwijają się wolniej. Warto byłoby się zastanowić, na ile sam brexit wpłynął na tę wielkość, a na ile przyczyniło się do tego globalne spowolnienie gospodarcze, które niewątpliwie wpływa na wielkość wymiany handlowej.
Jak najbardziej, nic nie stoi na przeszkodzie.
Bardzo prawdopodobnie, że tym państwem może być Francja. Za kanałem La Manche ma ona największego konkurenta. Zaskoczeniem zatem nie będzie to, że akurat Paryż mógłby przedłużać negocjacje. Emmanuel Macron będzie próbować korzystać z brexitu, aby odbudować pozycje Francji w Unii Europejskiej.
Ma słabe karty. Od dłuższego czasu z wyjątkiem 2017 roku, obserwujemy wolny wzrost gospodarczy we Francji. Macron próbuje pokazać, że jego kraj też jest poważnym graczem w strukturach unijnych. Argumentów natomiast w tej sprawie za bardzo nie ma. Tak, oczywiście, posiadają broń jądrową a francuska armia jest sprawniejsza niż niemiecka, ale w tej chwili w Unii nie liczy się, czy ktoś ma głowicę atomową, tylko na jakim poziomie jest gospodarka, przemysł i PKB kraju.
Z punku widzenia brytyjskiego rządu i elit, brexit w zasadzie nie powinien się odbyć. Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii negocjuje polityk, która w kampanii referendalnej była przeciwko brexitowi.
Stanowczej premier, która podjęłaby konkretną decyzję.
Margaret Thatcher.
Podziękowałaby Unii i wyszła bez umowy.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu