Wyobraźmy sobie, że produkujemy pralki i kuchenki elektryczne, które sprzedajemy w Europie, ale również w Rosji i na Ukrainie. Z krajami europejskimi rozliczamy się w euro, całe ryzyko kursowe ponosimy my. Nasi kontrahenci w Europie nie chcą bowiem zajmować się zmiennością kursów walut egzotycznych.
Z kolei z Rosją i Ukrainą rozliczamy się w dolarach. Jak wiadomo, waluta ta jest obca dla obu stron, tak więc ryzyko kursowe ponoszą zarówno nasi odbiorcy, jak i my. Do tego ryzyka się przyzwyczailiśmy, w przeszłości bowiem kurs walutowy mało co nie doprowadził do upadku naszego przedsiębiorstwa. Przy osłabieniu złotego w lutym 2009 roku do poziomu 4,90 co prawda zyski z eksportu istotnie poprawiały nasz wynik, jednak koszt importowanych podzespołów wzrósł do poziomu, który zagroził opłacalności całej produkcji. Do tego wraz ze spadkiem popytu na rynkach eksportowych byliśmy zmuszeni o ponad 30 procent zmniejszyć produkcję. Trzeba było ograniczyć moce wytwórcze i tym samym liczbę godzin pracy. Na szczęście ten trudny okres nie trwał zbyt długo, po niespełna roku udało się odbudować wcześniejszy poziom eksportu i produkcji. Ale tym razem może być inaczej.
Przede wszystkim dlatego, że gdyby doszło do rozpadu strefy euro, konsekwencje trwałyby znacznie dłużej. Dostosowanie do nowych poziomów kursowych trwałoby latami. Ale to i tak najmniejszy problem. Na przykładzie fabryki można prześledzić skalę wyzwań, jakie wiązałyby się ze scenariuszem rozpadu strefy euro. Część podzespołów do produkcji naszych pralek i lodówek pochodzi z Chin, część z Niemiec, część z Hiszpanii. W momencie rozpadu strefy euro nastąpiłoby bardzo silne osłabienie euro wobec dolara, ale jeszcze silniej dotknęłoby to polską walutę (przy założeniu, że nie nastąpi ostateczny rozpad strefy euro, a jedynie wyjdą z niej słabsze i mniej stabilne gospodarki). Złoty jednak w tej zawierusze straciłby zarówno wobec euro, jak i znacznie bardziej wobec dolara. Nasz koszt produkcji poszybowałby w górę, gdyż zarówno podzespoły z Niemiec, jak i przede wszystkim z Chin stałyby się o 50 albo nawet i 100 procent droższe. Co prawda peseta hiszpańska miałaby się znacznie gorzej niż polski złoty, małe to jednak pocieszenie. Tak czy inaczej przestalibyśmy być konkurencyjni. Takie założenie oczywiście ma sens tylko w przypadku, kiedy nasza konkurencja ma inną strukturę importową, mniej zależną od wahań kursowych lub też szczęśliwie opartą na imporcie z krajów, których waluty się osłabiły. Nasz eksport do Rosji i Ukrainy by się załamał, bo klientów nie byłoby stać na zakup w dolarach produkowanych przez nas towarów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.