W Polsce odradza się przemysł winiarski. W okolicach Zielonej Góry, Sandomierza, a także na Dolnym Śląsku, w Małopolsce i na Podkarpaciu pojawia się coraz więcej przydomowych winnic.
Obowiązujące przez lata drakońskie przepisy, które zmuszały producentów wina do utrzymywania składów celnych, sprawiały, że nasi winiarze zajmowali się produkcją jedynie hobbystycznie. Zakładali niewielkie winnice i z zebranych owoców chałupniczymi metodami wytwarzali śladowe ilości napoju. Dziś jest coraz więcej takich, którzy zaczynają o winiarstwie myśleć jak o każdym innym biznesie. Sprowadzają sadzonki z Niemiec, Czech i Węgier, budują i wyposażają winiarnie, projektują etykiety i próbują sprzedawać swoje wyroby w sklepach i restauracjach. Agencja Rynku Rolnego zarejestrowała w ubiegłym roku ok. 30 winiarzy, którzy chcieli zajmować się komercyjną produkcją trunku. Według jej szacunków winnice zajmują w Polsce już ponad 400 ha.
Pierwsze butelki rodzimego rieslinga, pinot noir i seyval blanc trafiły do handlu rok temu. Ich cena waha się w granicach 40 – 50 zł. Przez koneserów są traktowane jako ciekawostka i produkt regionalny. Producenci opowiadają o nich wręcz z czułością. – To, co najlepsze w winie, pochodzi z ziemi, a proces winifikacji zaczyna się już na polu – tłumaczy Marek Krojcig, właściciel winnicy Stara Winna Góra położonej w Górzykowie koło Sulechowa. – Trzeba kochać i ziemię, i wino, żeby zajmować się jego produkcją.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.