Istnieje jeden nakaz wyższy od dbałości o bezpieczeństwo państwa. To obowiązek głębokiej refleksji przed wydaniem dziesiątków miliardów na projekty militarne. Ostatnie miesiące wyjątkowo obrodziły w propozycje dla polskiej armii. Same pomysły nic nie kosztują, za to ich ewentualna realizacja oznacza ogromne koszty.
Zamiast poważnej dyskusji o kierunkach rzeczywiście koniecznej modernizacji Sił Zbrojnych mamy dziś chaos podsycany lobbingiem czekających na miliardowe kontrakty koncernów zbrojeniowych. Całość przypomina przygotowania bojowe pingwinów z Madagaskaru. Trudno nie wzruszyć ramionami, gdy prezydent Bronisław Komorowski przekonuje, że skoro Polska wydała 5 mld na operację w Afganistanie, to stać nas także na zainwestowanie 15 mld zł w mglisty dziś projekt „tarczy antyrakietowej”.
Aby zrozumieć ogrom obecnego zamieszania, cofnijmy się o kilka miesięcy. W styczniu br. szef MON Tomasz Siemoniak zatwierdził wykaz 276 zadań o podstawowym znaczeniu dla obronności na najbliższe lata. W tych planach najważniejszymi (i najdroższymi) projektami są: zakup samolotów szkolnych AJT (Advanced Jet Trainer), 26 śmigłowców wsparcia bojowego, nowego okrętu podwodnego oraz rozpoznawczych i bojowych bezpilotowców średniego zasięgu. Najtańszy z programów – okręt podwodny – to wydatek minimum 2 mld zł.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.