Autopromocja

Nierówności społeczne? To nie jest żaden problem, ważna jest sprawiedliwość

bieda
Próby zasypywania nierówności prowadzą do pogorszenia, a nie do polepszenia sytuacji. Najlepsze, co możemy zrobić, to dać ludziom więcej wolności. Czy widział pan, żeby Amerykanie pod osłoną nocy na łodziach próbowali się dostać na socjalistyczną Kubę? Nie zanotowano takiego przypadkuShutterStock
29 maja 2016

Światowe rządy dzierżą władzę nad jednostką i mają możliwość wpływania na to, kto i jak się bogaci. Jeśli ktoś zyskuje majątek dzięki układom z rządem, to takie działanie powinniśmy zwalczać. To nie jego majątek stanowi problem, tylko niesprawiedliwy mechanizm, który pozwolił mu się wzbogacić

2559105-i02-2016-101-000000500.jpg
Don Watkins filozof i publicysta, razem z Yaronem Brookiem, przedsiębiorcą i szefem Instytutu Ayn Rand, opublikował właśnie w Stanach książkę „Equal is unfair”, czyli „Po równo znaczy niesprawiedliwie”.

Z tym, że bogaci bogacą się kosztem biednych?

Cóż, faktycznie część problemów, które oprotestowuje się np. w ramach Occupy Wall Street, jest realna.

Problemem nie są nierówności, ale niesprawiedliwość. Prawdziwie wolny rynek nie istnieje, nie istnieje nawet coś bliskiego temu ideałowi. Światowe rządy dzierżą olbrzymią władzę nad jednostką i mają możliwość wpływania na to, kto i jak się bogaci. Jeśli więc ktoś zyskuje majątek dzięki układom z rządem, to takie działanie powinniśmy zwalczać. To nie jego majątek stanowi problem, tylko niesprawiedliwy mechanizm, który pozwolił mu się wzbogacić.

Tak, ale ludzie bogaciliby się łatwiej i nierówności nie miałyby żadnego znaczenia.

Chwileczkę. Akurat w zwalczaniu światowego głodu największe sukcesy mają nie alterglobalistyczni działacze czy politycy, lecz wolny rynek. W ciągu ostatnich 30 lat globalny poziom biedy obniżył się z 30 proc. do 14 proc. Powód? Indie i Chiny wprowadziły wolny rynek i miliony biednych poprawiły swój byt.

Ależ proszę zasypywać!

No, przecież każdy może prywatnie działać na rzecz zmiany poziomu nierówności.

Co to, to nie. Skutki rządowej interwencji, która zaburzyła rozkład kapitału w społeczeństwie i pokrzywdziła jakieś grupy, i trwale wpływa na kształt gospodarki, to fakt, z którym musimy się pogodzić. Próby zasypywania nierówności prowadzą do pogorszenia, a nie do polepszenia sytuacji. Najlepsze, co możemy zrobić, to dać ludziom więcej wolności. Czy widział pan, żeby Amerykanie pod osłoną nocy na łodziach próbowali się dostać na socjalistyczną Kubę? Nie zanotowano takiego przypadku. O czym to świadczy? O tym, że ludzie biedni chcą przebywać wśród ludzi bogatych, bo wiedzą, że tam mają szansę na poprawę losu. Gdyby było odwrotnie, wyemigrowałbym do Meksyku i byłbym statystycznie jednym z najbogatszych i najlepiej wyedukowanych mieszkańców tego kraju. Tylko co z tego bym miał, jeśli nie miałbym szans, które daje mi to, że tu, w USA, wokół mnie znajduje się masa ludzi z talentem, pomysłami, kapitałem oraz są instytucje, które pozwalają skutecznie realizować siebie?

Zachęcam pana do udziału w akcjach pomocy takim dzieciom. Jednak z punktu widzenia mechanizmu państwa nie możemy zrobić nic poza rozszerzaniem w państwach świata sfery wolności i promowaniem wolnej emigracji. Sprawmy, by rodzice tego dziecka mogli wyjechać do kraju bogatszego, bo to zwiększy ich szansę na wyjście z ubóstwa. Niektórzy mówią, że ludzie tacy jak Bill Gates zostali miliarderami, bo mieli dostęp do komputera, którego biedacy nie mają. Ale czy przez to, że Gates miał komputer i umiał stworzyć dzięki temu świetne oprogramowanie, mamy się gorzej czy lepiej? Lepiej. Dzięki m.in. temu oprogramowaniu Thomas Piketty może tak wnikliwie badać nierówności.

We wnioskach i propozycjach tak. Uznanie nierówności za zło jest błędem, a skandalem jest wzywanie do opodatkowania dochodów producentów na poziomie 80 proc., do wprowadzenia globalnego podatku majątkowego na poziomie 10 proc. czy do opodatkowania spadków na poziomie 80 proc. i przez to do uniemożliwienia rodzicom przekazywania dorobku życia swoim dzieciom. Ale dane statystyczne, które Piketty przytacza, są oczywiście ciekawe i przydatne.

Nie. Ja nie jestem pańskim sługą ani pan moim. Nie ma pan prawa żądać, by pański sąsiad oddał panu część swojej własności, a tym bardziej zabierać mu jej pod przymusem. Ma pan, owszem, prawo poprosić o pomoc – ale tylko tyle. Redystrybucja to zaś sytuacja, w której to państwo żąda w pana imieniu własności sąsiada. Z jakiej racji? Co daje państwu taki przywilej? Nie można uzasadnić przymusowej konfiskaty własności na cele redystrybucyjne, bo oznacza to poświęcanie jednych drugim. Przymusowe.

Przekażę panu cały swój majątek, jeśli wskaże mi pan moment, w którym się na to zgodziłem. Nie ma takiego bytu jak społeczeństwo jako całość, które rzekomo ma jakąś wolę i możliwość podejmowania decyzji w moim imieniu. Mówi pan: dobroczynność przesunięta na poziom rządu. Cóż to za dobroczynność, jeśli nie mam wpływu na to, ile i na jaki cel ten rząd mi majątku zabierze? Nie ma tu współpracy i dobrowolności, a jedynie przymus. Demokracja zaś nie może polegać na tym, że jeśli ja nie mogę zabrać ci twojego maserati, to skrzyknę sąsiadów, zagłosujemy w wyborach i to rząd ci je zabierze, przekazując nam. Głosowanie jest po to, by wybierać skład rządu, a nie po to, by zabierać komuś jego prawa.

Jest jeden niezwykle trudny problem do rozwiązania – pokojowe współbytowanie. Rząd jest od tego, by zapewnić bezpieczeństwo obywatelom, ale też umożliwić im współpracę. Pomiędzy jednym a drugim istnieje napięcie i mądry rząd musi umieć to wszystko z sobą godzić. Głównym celem rządu jest ochrona naszych praw, włączając w to prawo własności, wolności i realizowania własnego stylu życia. Wszystkie inne problemy społeczne musimy rozwiązywać inaczej – we wspólnocie, współpracując, wymyślając metody, których źródło tkwi w dobrowolności. Więc jeśli ktoś chce mieć maserati, może złożyć się na nie z siąsiadami, ale jeśli ktoś nie chce brać udziału w zrzutce, to trzeba to uszanować.

To fakt, że zawdzięczamy wiele innym, ale wdzięczność okazujmy im, szanując ich wolność i własność. To, że na świecie się generalnie tego nie robi, to inna sprawa. Rządy zdominowały sektor edukacyjny czy służbę zdrowia, czyniąc je publicznymi, i teraz domagają się wdzięczności. To absurdalne. By to sobie unaocznić, przypomnijmy sobie ludzi myjących nam szyby na światłach. Robią to, czy o to prosimy, czy nie, i żądają zapłaty. Nie zamawialiśmy, nie mamy obowiązku płacić. Obowiązki pojawiają się tam, gdzie jest dobrowolność, a nie przymus.

Ale przecież, projektując systemy polityczne, nikt w ten sposób nie rozumuje. To hipotetyzowanie. Rawls to rzeczywiście subtelny myśliciel, lecz nie zmienia to faktu, że jest w błędzie. Po pierwsze, systemy polityczne projektuje się, pytając o naturę człowieka i warunki, które pozwalają mu na samorealizację – wówczas osiąga się zasadę praw indywidualnych. W ten sposób powstał chociażby system polityczny Stanów Zjednoczonych. Po drugie, nawet gdyby zadawano to rawlsowskie pytanie, odpowiedzi byłyby różne. Ja wybrałbym na przykład prawo dające jak najwięcej wolności i sądzę, że byłby to racjonalny wybór. Po trzecie, największym błędem Rawlsa jest przypisywanie naturze i przypadkowi wartości moralnej. Tymczasem wobec tych, którzy już na starcie mają gorzej, nikt nie zawinił, nikt więc nie ma obowiązku niczego im kompensować przymusem. System Rawlsa karze niewinnych, by wynagradzać tych, którzy nie zaznali od nikogo – poza ślepym losem – krzywdy. Tego nie da się usprawiedliwić.

Szwecja?

Otóż zanim Szwecja przyjęła socjalny kierunek w latach 60. XX w., była wolnorynkowa, nawet do pewnego stopnia bardziej niż USA. Wtedy się wzbogaciła. Przekonywanie, że Szwedzi są bogaci i równi ze względu na system socjalny, to absurd. Szwedzi, którzy wyjechali do USA, też sobie radzą świetnie, też są bogaci – ze względu na cechy takie, jak zaradność i pomysłowość, a nie pobieranie socjalu czy inne państwowe mechanizmy, bo tu ich dla nich nie przewidziano wiele.

To, że państwo opiekuńcze jest niemoralne, nie znaczy, że ludzie korzystający z jego opieki robią coś niemoralnego. Sądzę, że dopóki traktują te świadczenia jako częściowy zwrot zarekwirowanej im przez państwo w podatkach własności, wszystko jest OK. Sytuacja się zmienia, gdy zaczynają uważać, że świadczenia, czyli jakkolwiek by patrzeć, pieniądze innych, należą im się z zasady.

Jest miejsce i na to, i na to, chociaż większość problemów faktycznie rozwiązać może sam biznes.

Pański przykład z biednym dzieckiem z biednej rodziny. Jeśli nie otrzyma szansy na edukację, nie da rozkwitnąć swojemu talentowi i nie przysłuży się innym. W pewnym sensie wszyscy ucierpią. W związku z tym ludziom powinno zależeć, by zapewnić mu edukację. Na tym wprost zarabiać się nie da, ale w dłuższej perspektywie przynosi to korzyści wszystkim, także pomagającym.

Osoby, które uważały nierówności za spory problem i niesprawiedliwość, istniały od dekad, a może od wieków. Ich opinie jednak nie były powszechnie podzielane. Kryzys dał grunt pod zmianę tej sytuacji. W związku z tym, że nikt o wystarczającej sile przebicia nie pokazał realnej alternatywy, wyjaśnienie sprowadzające brak mobilności społecznej, bezrobocie, stagnację dochodów czy upadek systemu finansowego do kwestii nierówności majątkowych stało się kanoniczne.

Pensja prezesów ustalana jest przez udziałowców za pośrednictwem rad nadzorczych. Mają prawo ustalać ją na dowolnym poziomie, ponieważ są to ich pieniądze. Zazwyczaj prezesi dostają więcej, gdy osiągają sukcesy, i mniej, gdy wiedzie im się słabo. Gdyby firma szukała szefa, oferując mu wynagrodzenie typu success fee, miałaby problemy ze znalezieniem tych najlepszych na rynku.

Prezesi to zazwyczaj pracownicy najemni, nawet jeśli posiadają szczątkowe udziały w firmie. Trudno uznać ich więc do końca za kapitalistów, bo to nie oni – ale wspomniani udziałowcy – posiadają kapitał. Prezes firmy nigdy nie może zagwarantować sukcesu, bo nie jest w stanie kontrolować wszystkich zmiennych wpływających na powodzenie jego firmy. Gdyby zmuszać prezesów do przyjmowania ofert pracy typu success fee, faktycznie mogliby zacząć szukać pracy dającej stabilniejsze dochody. Generalnie rzecz biorąc, można sobie psioczyć na zarobki prezesów i nawet bojkotować firmy, które naszym zdaniem płacą im zbyt dużo, ale próby wpłynięcia na nie za pomocą instrumentów prawnych są moim zdaniem błędem, bo kolidują z zasadą własności. Co innego, gdy prezes doprowadza firmę do upadku, a ta dostaje pomoc rządową. Wtedy jego wysoka pensja czy odprawa są zdecydowanie niesprawiedliwe i należy przeciw temu protestować.

Tak, Jobs uzależnił swój sukces od sukcesu firmy. Ale to był jego wybór. Generalnie ludzie nie są hazardzistami i lubią minimalizować ryzyko przegranej i maksymalizować ryzyko wygranej. W przypadku prezesów objawia się to gwarantowanymi zarobkami. To zresztą nie społeczeństwo je wypłaca, tylko udziałowcy. Czy naprawdę wierzymy, że udziałowcy dobrowolnie płaciliby komuś za dużo? Weźmy firmy z listy Fortune 500, czyli takie, które notują od 2 mld do 200 mld dol. rocznych przychodów. Ich średnia pensja to 10,5 mln dol. Jeśli przyniosą firmie dodatkowe 2–3 proc. zysku, to te 10,5 mln będzie z tego zaledwie ułamkiem. Według mnie ludzie protestują niestety jednak przeciw wysokim pensjom w ogóle, a nie wysokim pensjom dla nieefektywnych prezesów.

Nie. To po prostu niewiedza.

Jak powiedziałem: to niewiedza. Produkty Bezosa łatwo docenić, łatwo dostrzec ich wartość, a produkty bankierów i finansistów? Rozpoznanie faktu, że finanse są – obok energii – drugim najważniejszym sektorem gospodarki, przychodzi z trudem. Tymczasem to finansiści sprawiają, że biznesy takie jak Amazon mogą działać – kojarzą bowiem osoby z pomysłami z osobami z kapitałem. Gdyby nie finansiści, świat byłby biedniejszy, nie bogatszy.

Wciąż nie jest do końca jasne, dlaczego tak się stało. Dwa wyjaśnienia są przekonujące. Po pierwsze, w ciągu ostatnich kilku dekad globalizacja sprawiła, że firma, która kiedyś działała na rynku liczącym 100 mln klientów, teraz może działać na rynku liczącym ich miliard. W związku ze zwiększoną skalą działalności wzrosła skala zarobków. Nie tylko w biznesie zresztą. Pół wieku temu ktoś taki jak pisarz Stephen King na masową skalę mógł być sprzedawany w USA. Teraz sprzedaje się go masowo na całym świecie. Drugie wyjaśnienie polega na dostrzeżeniu zmiany w sposobie, w jaki firmy szukają prezesów. Dawniej szefowie rekrutowani byli spośród personelu firmy. Teraz szuka się ich na rynku zewnętrznym. To zaostrza konkurencję o największe talenty menedżerskie, a więc pompuje ich pensje. Spójrzmy na Francję czy Niemcy, gdzie wciąż wiele firm rodzinnych przekazuje prezesurę „swoim” – tam pensje szefów są niższe niż np. w Anglii. Nawiasem mówiąc, interesowanie się cudzymi dochodami uważam za wścibstwo.

Raczej nie. To może być interesujące tylko jako metoda pomiaru skali sukcesu, jaki dany przedsiębiorca odnosi. Nie obchodzi mnie jednak, ile zarabia Bill Gates, ile zarabiał Jobs czy ile zarabia Warren Buffett.

Państwo nie jest od tego. Nie podzielam tej nowej ekonomicznej mody polegającej na tym, że daje się państwu kij i marchewkę, za pomocą których steruje ono zachowaniami społecznymi. Jestem jednak pewien, że istnieje jeden bardzo skuteczny sposób na zwiększenie kapitału finansowego w społeczeństwie, na to, by ludzie mieli po prostu więcej pieniędzy.

Powinno przestać im je w takiej skali zabierać.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.