Strzelanina w Bystrzycy Kłodzkiej uruchomiła debatę o granicach obrony koniecznej. Czy polskie prawo rzeczywiście chroni napastników bardziej niż ofiary? I dlaczego osoba broniąca się może dziś bardziej bać sądu niż przestępcy? – zastanawia się adwokat, a zarazem instruktor i znawca broni palnej.
Sprawa strzelaniny w Bystrzycy Kłodzkiej rozgrzała polską opinię publiczną. W internecie aktywne jest grono komentatorów twierdzących, że strzelec działał w obronie koniecznej. Jednak prokurator zdecydował się postawić strzelającemu zarzut zabójstwa z zamiarem bezpośrednim, a sąd na tej podstawie zastosował tymczasowe aresztowanie. Czas pokaże, kto miał rację, niemniej sprawa stała się pretekstem do szerszej dyskusji na temat granic obrony koniecznej. W odczuciu wielu osób zasady obrony koniecznej niewystarczająco uwzględniają interesy ofiar. Dostrzegalna jest frustracja, w której opinie, iż „polskie prawo chroni przestępców”, należą do tych łagodniejszych.
Granice obrony koniecznej w polskim prawie
Polskie prawo karne określa granice dopuszczalnej obrony w przypadku zamachu na „jakiekolwiek dobro” chronione prawem. Granice obrony koniecznej wyznaczają jej „współczesność” i „współmierność”. Zasada „współmierności” rozumiana jest jako proporcjonalność środków i metod obrony do „niebezpieczeństwa zamachu”. Wszystkie te pojęcia są nieostre i w każdym wypadku podlegają indywidualnej ocenie.
Jest to szczególnie problematyczne w sytuacjach, gdy do obrony użyto broni palnej. Jak pokazują statystyki, rośnie liczba wydawanych pozwoleń na broń, a wraz z tym wzrostem siłą rzeczy będzie coraz więcej przypadków użycia broni palnej. Skłania to do refleksji nad akceptowaną społecznie wykładnią granic dopuszczalnej obrony koniecznej, podejmowanej właśnie z użyciem tej broni. Jest to bowiem wyjątkowe narzędzie obrony, dające znaczną przewagę nad napastnikiem. Z uwagi na szczególnie ciężkie skutki użycia broni palnej w dotychczasowej praktyce orzeczniczej rzadko akceptuje się jej użycie w obronie własnej. Podjęcie decyzji o jej użyciu zazwyczaj kończy się więc tragicznie: pozbawieniem życia lub zdrowia napastnika lub co najmniej spowodowaniem zagrożenia ich utraty przez niecelny strzał. Zagrożone mogą być też osoby postronne, a do takich sytuacji jako społeczeństwo zdecydowanie nie nawykliśmy.
W obliczu zamachu świadomy posiadacz broni staje więc przed fatalnym wyborem: poddać się atakowi czy podjąć się obrony, ryzykując niemal pewne skazanie za przekroczenie granic obrony koniecznej (i to w najlepszym wypadku). Oceniając sytuację po fakcie, skupiamy się bowiem bardziej na konsekwencjach użycia broni, zapominając niejako, że ofiara oddanego strzału przed chwilą sama była napastnikiem i niedoszłym sprawcą przestępstwa. Skutki użycia broni są jednak na tyle istotne, że z łatwością przykrywają całokształt zdarzeń, które wystąpiły tuż przed decyzją o obronie. W ten sposób łatwo tracimy z pola widzenia sytuację, w jakiej postawiona została faktyczna ofiara zdarzenia – broniący się. Gdy skutecznie odeprzemy atak, poziom zagrożenia, w obliczu którego się znaleźliśmy, staje się bowiem figurą hipotetyczną.
Broń palna a współmierność obrony
Oczekiwanie, by broniący się zawsze wybierał środki obronne proporcjonalne do zamachu, jest oczywiście słusznym postulatem, dlatego posiadaczom broni od lat zalecam wyposażenie się dodatkowo w inne narzędzia, takie jak paralizator czy gaz obezwładniający. Tak, aby mogli oni dostosować sposób obrony do okoliczności, czego przecież oczekuje od nas prawo, postulując właśnie „współmierność” zastosowanego przez nas sposobu obrony jako warunek działania w granicach obrony koniecznej. Nikt o zdrowych zmysłach – a przecież tylko takie osoby powinny otrzymywać w Polsce pozwolenie na broń – nie podejmie przecież decyzji o zastosowaniu do obrony śmiercionośnego narzędzia, dopóki nie zostanie do tego bezwzględnie zmuszony. Postulat ten jednak nie wytrzymuje konfrontacji z potrzebami należytej ochrony ofiar przestępstw w kontekście granic obrony koniecznej.
Jakże komfortowo ocenia się sytuację potencjalnej ofiary z perspektywy sali sądowej czy biura prokuratora. Po czasie nie jesteśmy jednak w stanie przeprowadzić właściwej i pełnej oceny sytuacji, w której znalazł się napadnięty. Aby jej rzetelnie dokonać, musielibyśmy w tym konkretnym czasie i miejscu stać się przedmiotem podobnego ataku ze strony analogicznego sprawcy. Tylko że wtedy dokonujemy tej oceny subiektywnie, postrzegając sytuację z perspektywy własnej, a nie faktycznie broniącego się. Bo przecież każdy z nas ma inną percepcję, umiejętności czy odporność psychiczną na pojawiające się nagle zagrożenie, którego wszak nie spowodował. Zdecydowana większość z nas nie jest na co dzień gotowa ani mentalnie, ani fizycznie na odparcie nagłego zamachu. Każda próba „uśrednienia” czy „zobiektywizowania” oczekiwanej podstawy zdaje się być skazana na niepowodzenie. Jak w tych okolicznościach oceniać albo piętnować ofiarę, iż podjęła w krótkiej chwili „niewspółmierne” środki obrony przed zamachem na jej zdrowie lub życie? A na szali jest przecież odpowiedzialność karna.
Nie sposób też precyzyjnie ustalić, jakiego faktycznie skutku napaści udało się uniknąć danej ofierze zamachu. Próba poszukiwania odpowiedzi na to pytanie poprzez ustalenie np. narzędzi, jakimi dysponował niedoszły napastnik, jest niewystarczająca. Jest bowiem dość przypadków doprowadzenia do ciężkiego kalectwa wskutek pobicia bez użycia jakiejkolwiek broni. A to w praktyce odbiera ofiarom napaści koronny argument przy rozważaniu „współmierności” zastosowanego sposobu obrony. Trudno się więc dziwić retorycznym pytaniom w stylu: „Czy więc powinienem był pozwolić się obić, jak praworządny obywatel?” Niejednokrotnie użycie broni palnej nie jest uznawane za „współmierne”, gdy napastnik miał przy sobie „tylko” nóż bądź inne niebezpieczne narzędzie. Bo przecież broń palna z zasady jest śmiercionośna. Tak jakby nóż czy kastet w rękach napastnika takim nie był. Jak kobieta ma wykazać, że groził jej gwałt i trauma, z którą zostanie do końca życia? Przecież sprawca – jeżeli będzie miał szansę się później bronić – jako „pokrzywdzony” w procesie zawsze się wyprze złych zamiarów. Podobne przypadki można mnożyć. Z tych względów poszukiwanie „współmierności” obrony i jej „proporcjonalności” w wielu wypadkach zdane jest na niepowodzenie.
Art. 25 kodeksu karnego w praktyce
Ostrze krytyki społecznej skierowane jest przede wszystkim na organy wymiaru sprawiedliwości, które – co ciekawe – zdają się zbyt łatwo i zbyt często pomijać istotny przepis pozwalający uwolnić broniącego się od odpowiedzialności, nawet gdy zastosował „niewspółmierny” sposób obrony. Otóż zgodnie z art. 25 § 3 Kodeksu karnego „nie podlega karze, kto przekracza granice obrony koniecznej pod wpływem strachu lub wzburzenia usprawiedliwionych okolicznościami zamachu”. A przecież ta przesłanka jest spełniona w większości wypadków obrony przed nagłym, bezpośrednim zamachem na nasze zdrowie lub życie. Trudno wyobrazić sobie, by bezpośredni zamach nie wzbudzał w potencjalnej ofierze strachu czy wzburzenia. Trudno też nie powiązać sposobu obrony z tymi emocjami. W czym więc leży problem? Otóż norma ta wydaje się być – delikatnie mówiąc – niedostatecznie uwzględniana, a wręcz pomijana w praktyce orzeczniczej. Łatwiej ocenia się skutki obrony niż skutki niedoszłego zamachu.
Tego stanu raczej nie zmienimy z dnia na dzień. Państwo nie jest w stanie ochronić nas w każdej sytuacji za sprawą dedykowanych do tego służb. Wszak nie stać nas na to, by na każdym rogu zapewnić obecność policjanta, który użyje za nas siły w majestacie prawa. Z ogromnej liczby komentarzy w sieci wybrzmiewa więc oczekiwanie takiego ukształtowania przepisów i praktyki organów wymiaru sprawiedliwości, by praworządny obywatel był należycie chroniony przez państwo na wypadek konfrontacji z przestępcą. I to nie tylko w sytuacji oczywistego zagrożenia życia, ale też potencjalnego zagrożenia zdrowia.
I tu dochodzimy do meritum problemu – przy oczywistym deficycie możliwości pomocy państwa, ochrona obywatela powinna przede wszystkim sprowadzać się do wyposażenia go w dopuszczalność podjęcia skutecznej obrony przed przestępstwem. A to rozciągać się winno na prawo ofiary do zastosowania, w ramach szeroko pojętej obrony koniecznej, środków intensywniejszych i radykalniejszych, niż te którymi dysponował i stosował napastnik. Ofiara przestępcy nie powinna zastanawiać się, czy warto podjąć słuszną obronę przed bezprawnym atakiem w obawie o ewentualne represje ze strony państwa, które krytycznie oceniać będzie sposób zastosowanej obrony. Jeden z internautów opisał ten dylemat wprost: „W Polsce można szybko podjąć decyzję czy zginąć, czy siedzieć [w więzieniu – red.] w samoobronie”.
Tak rozumiana obrona konieczna stanowiłaby z pewnością dodatkowy czynnik prewencyjny. Decydując się na choćby zagrożenie zdrowia osoby trzeciej, przestępca musiałby liczyć się z tym, iż jego ofiara będzie mogła „więcej” w majestacie prawa. Zarazem „więcej”, nie znaczy „wszystko”. Granicą tak rozumianej obrony koniecznej winna być bowiem „rażąca” dysproporcja przyjętego sposobu obrony do potencjalnego zagrożenia. Prawo do obrony nie może zamienić się bowiem w dopuszczalność ataku pod byle pretekstem.
Dwa standardy obrony koniecznej w Polsce: ochrona miru domowego a samoobrona w parku
I tu kolejna ciekawostka, w polskim prawie funkcjonują przepisy, które wdrażają takie właśnie postrzeganie prawa do obrony, potwierdzając dopuszczalność użycia środków intensywniejszych, niewspółmiernych do niebezpieczeństwa zamachu. Dotyczą one jednak jedynie wąskiej grupy przestępstw – ochrony miru domowego (art. 25 § 2a Kodeksu karnego). Jaki cel przyświeca zwiększeniu ochrony własnego domu i domowników, a odmowie przyznaniu takiej ochrony chociażby kobiecie spacerującej w parku?
Współistnienie tych dwóch reżimów ochrony obywatela podejmującego się obrony swych dóbr wydaje się nad wyraz nielogiczne i niespełniające oczekiwań społecznych. Granice obrony koniecznej powinny być bowiem spójne i jednolite, niezależnie od tego jakie dobro zostało zagrożone. A podwyższony poziom tolerancji dla zachowania broniącego się obywatela, jak w przypadku ochrony własnego domu, wydaje się właściwym i jedynym rozwiązaniem w państwie prawa. Dopiero „rażąca niewspółmierność” sposobu obrony do niebezpieczeństwa zamachu stanowić winna granicę dozwolonej obrony koniecznej. Aby ten cel osiągnąć, możemy czekać na cud w postaci stopniowej (i niepewnej) ewolucji praktyki wymiaru sprawiedliwości. Albo odważyć się na zmianę prawa karnego w tym właśnie duchu. Może przy okazji tragedii w Bystrzycy Kłodzkiej warto powrócić do rzeczowej debaty na ten temat?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu