- Jeszcze nigdy w Polsce nie było takiej potrzeby edukacji zdrowotnej. Dotyczy to zarówno dzieci i młodzieży, jak i całego społeczeństwa - mówi DGP prof. Zbigniew Izdebski, seksuolog, specjalista zdrowia publicznego i pedagog, współtwórca podstawy programowej edukacji zdrowotnej.
Jest pan autorem podstaw programowych edukacji zdrowotnej. Decyzją MEN od września przedmiot będzie obowiązkowy, ale z wyłączeniem z jego programu zagadnień dotyczących zdrowia seksualnego?
To, że minister Barbara Nowacka zdecydowała o wprowadzeniu do szkół edukacji zdrowotnej jako przedmiotu obowiązkowego, uważam za ogromny sukces. Od wielu lat grono ekspertów zwracało uwagę na potrzebę jego uruchomienia, ale dotąd nie przekładało się to na konkretne działania decydentów.
A jeśli chodzi o nadanie fakultatywnego charakteru komponentowi dotyczącemu seksualności?
Oczywiście nie jest to korzystne z punktu widzenia medycyny opartej na dowodach naukowych. Z perspektywy osoby zajmującej się zdrowiem, w tym pedagogiką zdrowia i zdrowiem publicznym, wiem, że należy patrzeć na ten obszar w sposób holistyczny. W tym ujęciu, zgodnym z medycyną prewencyjną i podejściem opartym na dowodach naukowych, zdrowie seksualne, obok fizycznego i psychicznego, powinno być integralną częścią tego przedmiotu.
Trzeba jednak pamiętać, że obecna atmosfera społeczno-polityczna nie sprzyja w dalszym ciągu rozmowie o profilaktyce zdrowia, szczególnie w obszarze zdrowia seksualnego. Tym bardziej w obecnie stosowanej manipulacji przez polityków poprzez media społecznościowe. Ten rok pokazał również, że podziały społeczne pozostają bardzo silne i wpływają na debatę publiczną. Nie jestem zadowolony z wyłączenia tego obszaru, ale jako zwolennik kompromisu wolę, by większość treści była obowiązkowa, a niewielka część mogła funkcjonować w formule fakultatywnej, niż by nie było ich wcale. Poza tym najważniejszy w szkole jest spokój – dzieci, nauczycieli i dyrektorów. A ci ostatni i tak w wielu momentach byli pod ogromną presją.
Niektórzy przeciwnicy przedmiotu postulują jego likwidację i powrót do wychowania do życia w rodzinie (WDŻWR). WDŻWR nie spełniał swojej roli?
Przede wszystkim jeszcze nigdy w Polsce nie było takiej potrzeby edukacji zdrowotnej. Dotyczy to zarówno dzieci i młodzieży, jak i całego społeczeństwa, zwłaszcza w warunkach wyraźnie widocznego chaosu informacyjnego.
Edukacja zdrowotna jest też formą wzmocnienia rodziny w jej funkcji wychowawczej i edukacyjnej. Rodzice znaleźli się dziś w dość trudnej sytuacji, ponieważ rodzina i szkoła nie są już jedynymi miejscami socjalizacji dzieci – tę rolę w dużej mierze przejął internet. Młodzi ludzie funkcjonują w przestrzeniach cyfrowych i społecznościach internetowych, gdzie mogą napotykać różnego rodzaju zagrożenia.
W tym kontekście warto pamiętać, że wcześniejsze pokolenia nie miały doświadczenia funkcjonowania w środowisku cyfrowym, a jeśli nawet, to internet nie był tak powszechny ani tak obciążający jak dziś. To wyzwanie dla całego społeczeństwa. Dlatego tym bardziej zasmuca mnie, że w części debaty – zwłaszcza prowadzonej przez środowiska prawicowe – pojawia się narracja, jakoby był to przedmiot zagrażający rozwojowi dzieci i młodzieży. Jest wprost przeciwnie.
Krytyka dotyczy przede wszystkim komponentu wiedzy o seksualności, choć obejmuje on zaledwie ok. 10 proc. całego programu. Ale to właśnie ten moduł wywołuje najbardziej ożywioną dyskusję. W debacie publicznej pojawiają się zarzuty m.in. o rzekomą ideologizację czy naruszenie konstytucyjnego prawa rodziców do wychowania dzieci.
Tak, ale nie sądzę, by udało się zmienić takie podejście. Te osoby często zakładają, że racja jest wyłącznie po ich stronie. Nierzadko wynika to z niewiedzy, co dokładnie zawiera edukacja zdrowotna co sprawia, że łatwiej ulegają narracjom opartym na straszeniu. Nie jest to jednak nic zaskakującego – to efekt tego, że od lat nie mamy dobrze wyedukowanego społeczeństwa w tym obszarze i funkcjonujemy m.in. w oparciu o stereotypy. Jeśli nie będziemy o tym rozmawiać, problem nie zniknie - przeciwnie, wiedza i tak będzie czerpana z innych źródeł, często nieadekwatnych, jak choćby treści pornograficzne, które - według badań - są jednym z głównych źródeł informacji wśród młodzieży. I to nie jest właściwy punkt odniesienia.
A jak na tle innych krajów wypada Polska w zakresie edukacji zdrowotnej i seksualnej?
W trakcie prac nad podstawą programową analizowaliśmy rozwiązania z wielu państw. W części krajów treści te są włączone do innych przedmiotów, takich jak biologia czy przyroda, jednak problem polega na tym, że bywają one pomijane albo nie są weryfikowane w procesie nauczania. Podobnie było w Polsce - zagadnienia dotyczące dojrzewania, rozrodu czy chorób przenoszonych drogą płciową formalnie są obecne w programach, ale nie zawsze są realizowane w pełnym zakresie. Równocześnie ówczesna edukacja zdrowotna to także wyposażenie dzieci i młodzież nie tylko w wiedzę, ale także w umiejętności radzenia sobie w trudnych sytuacjach.
Najlepiej funkcjonuje model skandynawski, gdzie edukacja zdrowotna jest realizowana kompleksowo i konsekwentnie. Ale różnice w podejściu widać też na przykładzie Stanów Zjednoczonych, gdzie w zależności od stanu edukacja zdrowotna i seksualna ma bardzo różny charakter - od bardzo ograniczonej po bardzo szczegółową, obejmującą nawet praktyczne elementy profilaktyki.
Naszym celem jest, aby w Polsce te treści były realizowane w sposób spójny, konsekwentny i zgodnie z medycyną opartą na dowodach naukowych. Straszenie tematyką seksualności nie przynosi przecież żadnych pozytywnych efektów, również w kontekście zdrowia publicznego czy demografii.
Rozmawiała: Karina Strzelińska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu