Gdzie inni mają wspólnego boga, historię, traumę lub wygląd, tam Amerykanie mają wspólną wolność, której wcieleniem jest oddanie głosu na prezydenta.
W XIX wieku mówiło się, cytując Henri de Borniera: każdy człowiek ma dwie ojczyzny – swoją i Francję. Ale był już wiek XXI, a konkretnie późny wieczór 4 listopada 2008 r. W Cambridge, Massachusetts, w jednym z typowych domków niedbale oklejonych amerykańskim plastikowym sidingiem (tych, które sprawiają wrażenie, jakby pierwszy podmuch wiatru miał je wysłać na tamten świat) przed telewizorem siedziała grupa znajomych. Tylko dwoje z nich to Amerykanie – reszta pochodzi z tak zwanego zewsząd. Irlandia, Norwegia, Kanada, Polska, Chiny. Polką byłam ja, na stole leżały ciastka Oreo i niskoprocentowe napoje wyskokowe, wokół zalegała martwa cisza, na ekranie zaś miotał się Wolf Blitzer, prezenter CNN, i czekał na informacje ze stanu Virginia. Kto, kto wziął Virginię?
Obama! Virginię wziął Obama. I Ohio, wygrał też w Ohio! Niedługo potem CNN jest już na tyle pewne rezultatu wyborów, że na ekran wjeżdża wielki napis: Barack Obama, prezydent elekt Stanów Zjednoczonych Ameryki. Napis jest czerwony i niebieski. Po ciszy w pokoju nie ma ani śladu; wszyscy skaczą, krzyczą, jeden płacze. Prawie nie słychać przemówienia senatora Johna McCaina, który z wielką klasą gratuluje zwycięstwa przeciwnikowi. Przypadkowy świadek tej euforii mógłby założyć, że w pokoju są sami Amerykanie, bo kto by się tak podniecał wyborami w obcym kraju, nawet kraju, z którym na dłuższą chwilę zetknął go los? Ale jest wiek XXI, konkretnie późny wieczór 4 listopada 2008 r. i każdy człowiek ma dwie ojczyzny – swoją i Amerykę.
Osiem lat później, w obliczu niepokojących sondażowych remisów, na decyzję wyborców czekają Donald Trump i Hillary Clinton. Wciąż prawdą jest, że wszyscy, przynajmniej wszyscy na Zachodzie, mają dwie ojczyzny; nadal drugą z nich jest USA. Ale dla sympatyków demokratów, takich jak ja, to już nie naturalna, dobrowolna, a wręcz aspiracyjna emocjonalna inwestycja – to tylko zdrowy realizm, świadomość, że względna stabilność naszego świata, tak geopolityczna, jak i ideologiczna, stoi Ameryką.
Amerykańscy demokraci też spuścili z emocjonalnego tonu, a raczej spadli na łeb z emocjonalnego klifu. Jeżeli bowiem spróbować w jednym zdaniu streścić problem z kandydatką demokratów, musiałoby paść stwierdzenie: nie ma charyzmy (czy, jak mawiają Amerykanie: nie inspiruje). To oczywiście dziejowa niesprawiedliwość tak mówić o Hillary Clinton – jak można tak określić kobietę (kobietę!), która już na studiach była politycznym aktywistą, której mąż został prezydentem, mimo że w kampanii oboje niestandardowo twierdzili, że będą rządzić razem i Ameryka bierze ich niejako w pakiecie; która została senatorem i którą Obama, jej zajadły rywal w prawyborach, cenił tak bardzo, że zrobił ją sekretarzem stanu w swojej administracji; i która teraz, jako pierwsza w historii kobieta, ma wielkie szanse na Biały Dom? Nieinspirująca – to brzmi to jak kiepski żart albo jak nieudolność demiurga piszącego jej biografię, artysty fabuł, partacza postaci.
Ale taka jest prawda – Clinton, mimo historycznej wagi swojej kandydatury, nie inspiruje i koniec. To problem, nad którym łamią sobie głowy wspierające ją liberalne media: „Dlaczego nie jesteśmy bardziej podekscytowani Hillary Clinton?” – pytała Katty Kay z BBC już podczas prawyborów, samobiczując się z powodu niskiego podniecenia kobiecą kandydatką. „Millenialsi do Clinton: chcemy inspiracji!” – pisały gazety uniwersyteckie. Jessica Valenti w „The Guardian” próbuje znaleźć przyczynę: „Problem Hillary Clinton? Po prostu nie ufamy kobietom!”. Od miesięcy amerykańscy liberałowie produkują całe gigabajty biadolenia o braku skrzydeł, modlitw o iskrę wiary i analiz przyczyn naszej obojętności. To dziś, można powiedzieć, prominentny gatunek publicystyczny.
Może to seksizm, a może jakieś inne wredne kognitywne bydlę – ale tak czy siak się zaparło i wryło kopytami w ziemię. Nie pomaga to, że wiatr historii wieje dziś w twarz doświadczeniu – bogate, „establishmentowe” CV Hillary, w którym obok politycznych doświadczeń figurują także jej wykłady dla Wall Street i przyjmowanie szemranych dotacji interesariuszy amerykańskiej polityki przez fundację Clintonów, raczej ją dyskwalifikuje w oczach tłumów, zmęczonych chowem wsobnym waszyngtońskich elit. Do stopnia, na jaki w ogóle może pozwolić funkcjonująca demokracja, Clintonowie są de facto polityczną dynastią, paradoksalną arystokracją rzekomego królestwa równości. Jej prezydencja nigdy nie może mieć w sobie tej magii spełnionego american dream, jaką miała wygrana wychowanego na peryferiach kraju, pozbawionego ojca ciemnoskórego chłopca mieszańca.
Są oczywiście też i rzeczywiste brudy, które brużdżą w inspiracji: podejrzane użycie serwerów prywatnych podczas pracy w administracji Obamy, rewelacje Wikileaks o nieczystej grze przeciwko Berniemu Sandersowi w prawyborach, sygnały o dostępie do pytań przed jedną z debat. Jest również problem, jaki Clinton ma z porywającą artykulacją programu wyborczego; problem, który po części wynika z jej nadkompetencji – gdzie Trump chętnie rzuca hasło klucz (choćby: „Postawić mur na granicy!”), Clinton mówi na przykład: „Potrzebujemy sensownej reformy sposobu radzenia sobie z imigracją; oto trzysta sześćdziesiąt siedem punktów mojego planu”. Jest chodzącą encyklopedią wiedzy o Bliskim Wschodzie, ale jej planom w kwestii Syrii daleko do chwytliwości Trumpowych (Trump mianowicie nie powie, co zrobi, by pokonać ISIS, bo jak powie, to się przecież ISIS dowie). Brak wyrazistości jej stanowiska wynika zresztą nie tylko z samego pragmatyzmu i znajomości rzeczy, ale też z tego, że jej program jest w istocie dość koniunkturalnym amalgamatem kontynuacji cieszącej się poparciem polityki Obamy i radykalnego lewoskrętu Berniego Sandersa, którego centrowa Clinton mogła pokonać w prawyborach tylko jego własną socjalizującą bronią.
Wiemy o niej wszystko, a zarazem nie wiemy nic, bo nie ma Clinton twarzy, która opowiadałaby jej życie, nie ma – jak Obama – głosu, który wtapia się w jedno z nawet napisaną przez innych mową i sugeruje przezroczystość duszy dla tłumu, jakąś ostateczną autentyczność. Nie ma dla owego tłumu nowych słów i zwrotów, które na nowo opowiedziałyby mu świat. „Nie jestem Trumpem. Oto mój plan opieki zdrowotnej; ambitniejszy od Obamowego, mniej szalony niż Sandersa”.
A więc Clinton trudno kochać; nie jest katalizatorem nadziei ani wiary. A ponieważ wiedzą o tym nawet jej najwięksi sprzymierzeńcy, to albo agitują za nią, strasząc Trumpem, albo robią w obniżaniu emocjonalnych oczekiwań. Thomas L. Friedman pisze na przykład: „Tak, Hillary Clinton to niedoskonały lider – ale to przypadek wielu prezydentów. Znamy jej wady: lubi ukrywać pewne rzeczy i czasem nagina prawdę, w swojej drużynie ma klakierów i męża, który ma słabość do pieniędzy i kobiet. Ale nie jest nieprzyzwoitym człowiekiem”. Aż się serce rwie z piersi do urn, czyż nie?
PPisząc ten tekst, siedziałam w kawiarni, przy ciepłym grzejniku – i niestety zachciało mi się zajrzeć do zwycięskiej mowy Obamy ze wspomnianego już wieczoru 2008 r.
Pierwszy czarny prezydent zaczyna tak: „Jeśli są jeszcze tacy, którzy wątpią, że Ameryka jest miejscem, gdzie wszystko jest możliwe, którzy zastanawiają się, czy wciąż żyje marzenie naszych założycieli, którzy wciąż kwestionują siłę naszej demokracji – odpowiedzią dla was jest dzisiejsza noc”. Tę odpowiedź przynoszą dziś wam, mówi dalej Obama, „młodzi i starzy, bogaci i biedni, demokraci i republikanie, czarni, biali, Latynosi, Azjaci, rdzenni Amerykanie, geje i heteroseksualni, sprawni i niepełnosprawni – Amerykanie, którzy posłali w świat wieść, że nigdy nie byliśmy zborem czerwonych i niebieskich stanów; jesteśmy – i zawsze byliśmy – Zjednoczonymi Stanami Ameryki”.
A więc jedność dla wszystkich, dla wszystkich zjednoczona wspólnota. Potem Obama wspomina o trudnościach: o żołnierzach na pustkowiach Afganistanu, o kryzysie finansowym i o rodzinach, które nie mogą spłacić domów. Trzeba się do tego zabrać, mówi: „Droga będzie długa. Będziemy wspinać się pod górę. Może nie dojdziemy do celu w rok, może nie przez całą kadencję, ale Ameryko — nigdy nie miałem w sobie więcej nadziei, że nam się uda, że tam dotrzemy. Składam wam obietnicę: my, jako naród, dotrzemy tam”.
A potem opowiada o kobiecie imieniem Ann Nixon Cooper. Cooper ma w dniu wyborów 106 lat. Urodzona pokolenie po niewolnictwie; jako czarna kobieta nie miała prawa głosu. „Gdy głosy kobiet uciszano, zbywano ich nadzieje, ona żyła, by zobaczyć jak wstają, jak zaczynają mówić głośno, jak idą do urn”. Tak, potrafimy – dodaje, „Yes, we can”. Obama opowiada dalej życie Cooper: Ann widziała New Deal, wojnę, człowieka spacerującego po księżycu i upadek Muru Berlińskiego. Była tam, gdy o prawa obywatelskie, także jej prawa, walczył pastor z Atlanty. Dziś zagłosowała na Obamę. – Yes, we can — powtarza elekt niczym kaznodzieja i pyta: jeśli moje córki dożyją tylu lat co Ann, jakie dobro zobaczą, jak daleko uda się nam dojść?
I stało się — zalałam się łzami, i to publicznie. Nie jestem bezkrytyczną groupie Obamy; osiem lat rządów musi się zresztą odbić cieniem na wizerunku każdego prezydenta. Co innego mnie poruszyło: zwyczajnie nie spodziewałam się tak szalonego kontrastu z dominującym dziś językiem politycznej przemowy. Kilka już lat zsuwaliśmy się powoli, mały krok za małym krokiem, z nadziei w lęk, z otwarcia na wszelkiej maści izolacjonizm. Ameryka, Europa. Zmiana z każdym krokiem wydawała się niewielka, nawet kiedy oskarżaliśmy uchodźców o choroby, żegnaliśmy wychodzącą ze wspólnoty Wielką Brytanię, kiedy Trump został kandydatem Republikanów. Aż tu nagle człowiek spojrzał za siebie i zdał sobie sprawę, skąd spadł, jakie mu zabrano słowa. Jaka osobowość polityczna w Europie czy Ameryce mogłaby dziś zebrać w kupę tak podniosłe zdania, zarazem dać ludziom poczucie jedności, historii i wspólnego przeznaczenia, a przy tym nie rozśmieszyć tłumu, nie zdenerwować go, tylko porwać? Pragmatyczna Merkel? Urzędnik unijny, który nie widzi, że sprały się jego jednoczące metafory? Dumny ze stwarzanych przez siebie podziałów Kaczyński? A może Clinton, która opowie, że nie jest Trumpem? Kto znajdzie nam dziś zaklęcia, które zadziałają i ogrzeją?
Przeszła koło mnie starsza pani o kulach i uśmiechnęła się: czy ciepło przy tym kaloryferze? Zwykle jestem gburem, ale odśmiechnęłam się i powiedziałam: proszę, ja się odsunę, niech pani też się przytuli do ciepła. Usiadła. Porozmawiałyśmy, trochę o życiu, trochę o jej chorobie. Wystarczy czasem dotknąć starych zaklęć, żeby jakoś wyraźniej zobaczyć człowieka. Wciąż czają się w nim resztki magii.
Trump to zupełnie inna historia niż Clinton.
W ogniu wojen kulturowych, na które demokraci zamienili troskę o klasę robotniczą, w obliczu procesów globalizacyjnych i postępującej technologizacji produkcji, wobec zmian demograficznych USA wyłoniła się nowa grupa ofiar: biali, biedni, niewykształceni Amerykanie. Od dawna czuli, że coś jest nie tak – dlaczego nie są dumni ze swojego kraju? Kim są ci ludzie o ciemniejszej skórze, których nagle wszędzie pełno? Dlaczego zamiast awansu społecznego lub choćby dobrej pracy w fabryce czeka na nich tylko praca na dwie zmiany w McDonaldzie i mieszkanie w przyczepie?
Trump jest dziwacznym kandydatem i odpychającym człowiekiem. Nie płaci podatków. Nie chciał wynajmować mieszkań Afroamerykanom. Trzy miesiące po ślubie z Melanią chwalił się, jak pokazują taśmy, że rzuca się całować bez pozwolenia piękne kobiety, bo jeśli jest się sławnym, można wszystko – nawet łapać je za genitalia. W swoim narcyzmie nie potrafi, choćby sztab wyborczy przywiązywał go do parapetu, nie odpowiadać na najgłupsze obrazy, jakie kierują doń inni. Istnieje strona internetowa z całą historią obelg, jakie rzucał pod adresem absolutnie wszystkich, demokratów, republikanów, celebrytów, dziennikarzy, osób prywatnych, rządów innych państw. Lista jest długa; brak na niej jedynie Putina.
Ale to do niego należy język tej kampanii i to on dał owej wykluczonej klasie opowieść, która tłumaczy ich los. Nie macie pracy, bo Bill Clinton otworzył rynki i wysłał waszą pracę do Chin. Wasze płace są niskie, bo nielegalni imigranci pracują za grosze. Nie czujecie się bezpiecznie, bo Obama sprowadza do USA dżihadystów. Czujecie się niemi, bo demokraci, szerząc kulturę politycznej poprawności, zabronili wam używać prawdziwych słów. Nie czujecie się u siebie, bo elity nie chcą budować narodu; wolą otwierać granice szybciej, niż zdoła działać integracja. Nasza ojczyzna cierpi, bo inne kraje bezwstydnie korzystają z naszej ochrony, nie dając nam nic w zamian. Jesteśmy osaczeni. Byliśmy wielcy, jesteśmy nikim. Chodźcie za mną, a razem uczynimy Amerykę znów wielką.
Nieuczciwym byłoby mówić, bezmyślnie kopiując mocno przerażone amerykańskie media liberalne, że wszystkie pomysły Trumpa są majaczeniem idioty. Może istnieć związek między silniejszym izolacjonizmem gospodarczym a mniejszym bezrobociem – jest to przynajmniej sprawa rozsądnie dyskusyjna. Zapowiadane przez niego deportacje nielegalnych imigrantów ocierają się o gwałt na prawach człowieka, ale samo stwierdzenie, że imigracja może obniżać płace, nie jest przecież nieprawdziwe. NAFTA czy TPP mogą być w ogólnie pojętym cywilizacyjnym interesie Zachodu, ale na pewno nie w interesie drobnych amerykańskich płotek. Zamiana retoryki interwencji zbrojnych z moralnej na egoistyczną jest przecież dopuszczalnym politycznie wyborem; patronat USA nad bezpieczeństwem Zachodu i okolic nie jest wszak prawem naturalnym.
Ale jakkolwiek by wyżymać jego program w nadziei na krople sensu, Trump jest złym kandydatem. Problemem numer jeden nie jest jego niekompetencja – czy ktoś jeszcze pamięta, jak Obama w prawyborach zawahał się w debacie, ewidentnie nie mając pojęcia, kto jest prezydentem Rosji? Najgorszy jest jego niestabilny temperament, na co zwraca uwagę choćby Tony Schwartz, współautor, a tak naprawdę autor jego bestsellerowej „autobiografii” Art of the Deal, który powiedział magazynowi „The New Yorker”: „Szczerze wierzę, że jeśli Trump wygra i dostanie kody nuklearne, to z wielkim prawdopodobieństwem może się to skończyć zagładą cywilizacji”. Gdyby Schwartz wiedział, czym skończy się jego „smarowanie świni szminką” (upiększanie wizerunku biznesmena), nalegałby, aby książkę nazwać, zgodnie z faktami, „Socjopata”. Ale mimo to i mimo kolejnych gaf i rewelacji przeciwników o jego związkach z Rosją, Trump potrafi się podnieść z każdej kabały, ludzie wciąż chcą na niego głosować.
Czy to tylko owi wykluczeni biali Amerykanie? W wywiadzie dla „Krytyki Politycznej” profesor Jan-Werner Mueller przestrzegał niedawno przed jednowymiarowym postrzeganiem elektoratu populistów: „Owszem, niektórzy ich wyborcy to po prostu rasiści, dla innych to głos protestu. (...) to zawsze jest zróżnicowana koalicja”. Wielu jego wyborców to zwykła konserwatywna klasa średnia, która Trumpa nie lubi, ale obawia się zbyt liberalnego Sądu Najwyższego. Są wyborcy antysystemowi, analogiczni do fanów Andrzeja Leppera czy Pawła Kukiza, którzy chcą zagrać na nosie zbyt bezpiecznie czującym się elitom. Są nawet nieliczni profesorowie uniwersytetów, zmęczeni jednowymiarowością ideologiczną liberalnej Akademii; niektórych z nich, ku zgrozie środowiska, „wyautował” niedawno ważny blog filozofii amerykańskiej Daily Nous. Ci nie szukają w biznesmenie inspiracji – ale Trump ją w sobie ma i owi wykluczeni biali właśnie ją w nim znajdują.
W kraju, którego największym wspólnym mianownikiem jest zróżnicowanie, w którym każde wielkie miasto jest koślawą mapą całego świata, bo jedna ulica to Chiny, druga Włochy, jeszcze inna pełna Polaków; w kraju, w którym poranna przejażdżka metrem jest zarazem ćwiczeniem poglądowym z meandrów ludzkiej genetyki i przeglądem antropologicznym, w którym jakoś znajduje się miejsce i dla Kansas, i dla Doliny Krzemowej; gdzie Kriszna, Allah i Jehowa mieszkają przecznicę od siebie nawzajem i w bliskim sąsiedztwie Xenu, istnieje tylko jedno prawdziwie wspólne ćwiczenie: są nim procesy demokracji. Gdzie inni mają wspólnego boga, historię, traumę lub wygląd, tam Amerykanie mają wspólną wolność, której najbardziej namacalnym wcieleniem jest oddanie głosu na prezydenta.
Wybory służą temu, by wybrać zwierzchnika sił zbrojnych. Ale jest to przede wszystkim ważny świecki rytuał. Ma on swój rytm i swoje prawa, a także sztafaż, który w kraju wielu głosujących wciąż tak samo stanów i tylko dwóch partii jest radykalnie niewspółmierny do rzeczywistej siły demokratycznej reprezentacji. Prawybory trwają miesiącami. Odbywa się masa debat, które czasem działają jak performance, czasem jak teleturniej, a czasem jak pop-quiz, ale nigdy nie są faktyczną rozmową o detalach polityki. Opisując kolejnych kandydatów, wylewa się tony atramentu. W sprawę włączają się uniwersytet, wszelkie Kościoły i Hollywood. Tak naprawdę wybór prezydenta to tylko ukoronowanie właściwego celu owego rytuału: obserwacja kandydatów, krytyczny przegląd narracji i obrazów, jakie oferują, ma prowadzić do lepszego samozrozumienia się Ameryki, wykrystalizowaniu się na nowo jej aktualnej tożsamości.
Michelle Obama powiedziała niedawno, że Clinton jest lepiej przygotowana do pracy w Białym Domu niż Barack, niż Bill, niż ktokolwiek. „Jest całkowicie gotowa być dowódcą sił zbrojnych już od pierwszego dnia prezydentury”. To prawda, Clinton jest świetnym wyborem, w obecnej sytuacji rozsądniejszym nawet dla bardziej cywilizowanych konserwatystów. Ale Hillary, przez swój brak charyzmy, przez ciężkawość i drobiazgowość wizji, przez odmowę oddania się tłumom nie może prawdziwie dopełnić tego amerykańskiego rytuału. W swojej słynnej pracy o genezie nacjonalizmów Benedict Anderson nazwał naród „wspólnotą wyobrażoną” – „(...) wyobrażoną, bo nawet członkowie najmniejszego narodu nigdy nie będą znać większości innych jego członków (...) ale w umyśle każdego z nich żyje obraz ich jedności”. Ameryka, kraj drastycznych różnic, do zachowania tego obrazu potrzebuje nieco silniejszej wyobraźni. By karmić ten obraz, potrzebuje wciąż nowych metafor, nowego języka, nowej narracji, nowej retoryki. Ich dostarczycielem i personifikacją powinien być właśnie prezydent. Potrafił to zrobić Obama, sklejając dobrą przeszłość i nadzieję na przyszłość w porywający konstrukt quasi-eschatologiczny. A teraz udało się to Trumpowi, który zaoferował Ameryce mocną i dobitną opowieść o oblężeniu – gospodarczym, emigracyjnym, kulturowym i na kilka lat zmienił naszą drugą ojczyznę w najeżone, dumne, mściwe zwierzę.
Takie organizujące świat, nowe obrazy powinien dać Stanom, na mocy natury rytuału, ich prezydent. Mogą być piękne, mogą być brzydkie; mogą bardziej służyć jednym lub drugim – ale muszą chwytać za gardło i dawać pożywkę wspólnotowej wyobraźni. To dlatego tak boli demokratów fakt, że Hillary nie daje im skrzydeł.
Dlatego Obama wygrałby wybory, nawet jeśliby je przegrał.
I dlatego Trump już je wygrał – niezależnie od tego, co stanie się w najbliższy wtorek.
Trump jest dziwacznym kandydatem i odpychającym człowiekiem. Nie płaci podatków. Nie chciał wynajmować mieszkań Afroamerykanom. Istnieje strona internetowa z całą historią obelg, jakie rzucał pod adresem absolutnie wszystkich. Ale to do niego należy język tej kampanii.

Kup w kiosku lub w wersji cyfrowej