Co tam cichociemni, teraz najważniejsi są Żołnierze Wyklęci, których w większości moim zdaniem partyzantka zdemoralizowała. Każda władza musi mieć swoich świętych
Gdzie pan wylądował?
Pod Warszawą, niedaleko Góry Kalwarii, tam leży wieś Baniocha. Tam też była baza. Tam na nas czekali.
W nocy?
Reklama
A jakże? Lecieliśmy z Włoch. Nad Budapesztem jakiś ogień artylerii. To była noc z 16 na 17 kwietnia 1944 roku. Czterech nas było. Skakaliśmy z 200 metrów. Szybko, tak żeby nikt nie zauważył. Pasy z dolarami w złocie wokół ciała. Skok, spadochron się otwiera i po chwili lądowanie.
Magdalena i Maksymilian Rigamonti / Dziennik Gazeta Prawna

Reklama
Ile tych dolarów?
Nie wiem. Nie interesowało mnie to, ale na pewno dużo. Złoto dlatego, żeby koncentracja wartości była jak największa. Od razu te pasy oddałem. Zostałem zrzucony po to, żeby Armii Krajowej dostarczyć pieniądze.
Jakieś inne zadania miał pan postawione?
Nie, na początku nie, tylko te pieniądze dostarczyć. Po wylądowaniu podlegało się dowództwu Armii Krajowej i ono decydowało o losach delikwenta, o przydziale, zadaniach.
Dostał pan zadania specjalne, godne komandosa?
Wie pani, nie sądzę, żeby decydenci tu w Polsce brali pod uwagę to, że jesteśmy jakoś specjalnie przeszkoleni. Zresztą, muszę pani powiedzieć, że poziom tych naszych przedwojennych oficerów był bardzo niskich lotów.
Właśnie pan niszczy mit przedwojennych oficerów.
Boże kochany, wiele jest jeszcze takich mitów, które są teraz regenerowane. Jest tak, że post factum nadaje się pewnym czynom i zachowaniom jakieś cechy hurrapatriotyzmu i bohaterstwa. Ja tego nie mam. I nigdy nie miałem czegoś w rodzaju „Kordeccy na wały” albo że będę zasłaniał własnym ciałem wylot kuli armatniej. Traktowałem to wszystko jako rzecz normalną.
Normalną, bo się to dla Polski robiło?
No, a jak. W takich kategoriach myślałem, byłem żołnierzem przecież. Wiedziałem, że trwa wojna, że takich ludzi jak ja na wszystkich frontach są tysiące. Nie uważałem, że robię coś nadzwyczajnego. I teraz też nie będę niczego gloryfikował ani bohateryzował. Zawsze mówię to, co myślę i uważam za słuszne.
Ludzie potrzebują bohaterów, potrzebują mieć takiego cichociemnego jak pan.
IPN i władza tworzą poczet polskich świętych, więc nie ma się czym martwić. Buduje nowe mity, tworzy historie. Ja im nie jestem do tego potrzebny.
Cichociemni to mit?
Nie, cichociemni to fakt. Wyszkoliliśmy się, skoczyliśmy, tyle. Co tam cichociemni, teraz najważniejsi są Żołnierze Wyklęci, których w większości moim zdaniem partyzantka zdemoralizowała. Każda władza musi mieć swoich świętych, ta wybrała Żołnierzy Wyklętych. Ale co tutaj żyć przeszłością, liczy się tylko przyszłość, po co rozpamiętywać, co było, a co nie. Powiem pani, że ja żyję tylko przyszłością.
Ma pan 95 lat.
95 i pół. W styczniu 96. Nieważne, czy ta przyszłość ma trwać rok, czy pięć lat, tylko to mnie interesuje. I nie chcę robić z siebie jakiegoś nadzwyczajnego człowieka. Wyskoczyłem, wsiadłem do kolejki wąskotorowej i pojechałem do Warszawy. Miałem na sobie cywilne ubranie, takie żeby się nie wyróżniać, bo przecież rano trzeba się było stawić w Śródmieściu, w mieszkaniu „Ciotki”.
Przecież pan nie znał Warszawy.
Nigdy w Warszawie nie byłem, ale to nie znaczy, że nie znałem. Nauczyłem się na pamięć całej topografii, znałem ulice, wiedziałem, co się gdzie mieści.
A Wielkiej Brytanii się pan nauczył?
No tak. Wtedy, podczas szkoleń. Bez pudła trafiłem do tej „Ciotki”, na adres kontaktowy, w bok od Marszałkowskiej. Podałem hasło i wszedłem do mieszkania. Niech mnie pani nie pyta o to hasło, bo nie pamiętam. „Ciotka” dwa czy trzy dni oprowadzała mnie po Warszawie po to, żebym się oswoił i z miastem, i z obecnością niemieckich żołnierzy na ulicach. Miasto jak miasto, nic mnie specjalnie nie poruszyło.
Rodzicom pan dał znak, że jest w Polsce?
Nie, no skąd, po co. Gdybym nawet mógł, tobym tego nie uczynił. Oni długo nie wiedzieli, że byłem cichociemnym. Rodzina była wtedy w Rabce. Od „Ciotki” przeniosłem się na Mokotowską, do bardzo miłej rodziny. Ojciec był emerytowanym kapitanem marynarki, miał młodszą żonę i małą, chyba 4-letnią córeczkę Vivianę. No, widzi pani, takie rzeczy pamiętam. Trzeba przyznać Brytyjczykom, ich służbom specjalnym, że przygotowali nas i wszystkie sprawy techniczne na najwyższym poziomie.
Jak pan trafił do cichociemnych?
Służyłem w Szkocji, w dywizji pancernej, a dostałem się tam przez Węgry i Francję, gdzie służyłem. Kiedy Francja upadła, statkiem przedostałem się do Wielkiej Brytanii. Nudziłem się tam, bo to monotonna, taka garnizonowa służba. Naprawdę nuda, a mnie rozpierała i młodość, i fakt, że trwała wojna. Ja się po prostu rwałem do walki. Ale nie było z kim walczyć. Jeździłem nad morze do Kornwalii. Pięknie tam było, uwielbiałem pływać. W tej Szkocji był spokój, ale i wyczekiwanie. My wszyscy chcieliśmy coś robić, walczyć. Nieważne gdzie, byleby walczyć. Poproszono mnie do kancelarii i tam był płk Protasiewicz, który zapytał, czy miałbym ochotę polecieć do Polski.
Pytał pan: po co? Jakie zadania przed panem?
Nie, nie pytałem. No przecież nie po to, żeby odwiedzić rodzinę. O nic nie pytałem.
Ktoś jeszcze z pana kolegów dostał tę propozycję?
Jeden kolega tylko – Gustaw Heczko. O nim wiedziałem. Przyjaźniliśmy się, byliśmy zżyci, razem jeździliśmy na urlopy do tej wspaniałej Kornwalii. Potem już nigdy tam nie byłem, choć wiele lat po wojnie ze dwa razy byłem w Wielkiej Brytanii na zaproszenie cichociemnych, którzy tam żyli.
Wszystkich cichociemnych było ponad 600, z czego 316 skoczyło do Polski.
Ale w czasie i przestrzeni trzech czy czterech lat. Nie byliśmy wszyscy razem. Nie interesowałem się, komu jeszcze złożono taką propozycję. Zresztą my wtedy o sobie nie mówiliśmy, że jesteśmy cichociemni. Czytałem gdzieś genezę powstania tej nazwy, ale to już dużo później, że nazwa wzięła się od znikania z jednostek żołnierzy albo że od angielskiego silent and unseen, albo że po ciemku i po cichu pojawialiśmy się w Polsce. Byliśmy po prostu żołnierzami.
Ale specjalnymi żołnierzami, komandosami.
Tak, ale nikt z nas o tym nie wspominał, nie wywyższał się. Wiedzieliśmy tylko, że mamy lecieć do Polski. Już mówiłem, że byliśmy tak znudzeni, tak wyposzczeni, że zrobilibyśmy wiele, żeby działać, walczyć, wszystko jedno gdzie. Nie chcę mówić za wszystkich, ale na pewno ja tak miałem. To chyba jest zrozumiałe. Zresztą dzisiaj też bym poleciał, też bym skoczył, mimo że jestem stary dziad.
Wiem, że skoczył pan dwa lata temu ze spadochronem.
Jest takie mniemanie, że na starość człowiek parszywieje, wszystkiego się boi, więc chciałem sprawdzić, czy ja też takim prawom podlegam.
I co?
Nie podlegam. Skoczyłem, bo chciałem się przekonać, jak to jest.
Aleksander Tarnawski się śmieje. Wchodzi jego żona, głaszcze go po ramieniu.
Lubię się sprawdzać. Jak prawie każdy. To zostaje. Pamiętam, jak polecieliśmy trenować skoki gdzieś koło Manchesteru. Nigdy wcześniej samolotem nie latałem. Wsadzili nas. Wystartowaliśmy. W kadłubie była taka studzienka i przez nią się wyskakiwało. Muszę pani powiedzieć, że jak pierwszy raz w dole zobaczyłem ziemię, to pomyślałem: cholera, nie skoczę. Ale skoczyłem. I już, i tyle. I jeszcze sześć razy. Euforyczne przeżycie. Wyskakuje się, szarpnięcie, bo spadochron się otwiera, hałas samolotu znika i się wisi w powietrzu. Wspaniale. A potem trzeba jak najszybciej dotrzeć do ziemi. To znaczy, my mieliśmy taki cel. Skakaliśmy z 200, czasem nawet może 150 metrów, teraz się skacze z czterech tysięcy. To zupełnie co innego.
Dlaczego pana wybrali?
Nie wiem.
Jak to pan nie wie? Teraz, żeby stać się żołnierzem Gromu, jednostki, która wzoruje się na cichociemnych, trzeba przejść bardzo ciężką selekcję fizyczną, skomplikowane testy psychologiczne.
Musiałem więc spełniać wymagania. Po latach się dowiedziałem, że mnie sprawdzano, testowano. Tomasz Maziarz, który robił film o cichociemnych, przywiózł mi dokumenty z brytyjskiego Ministerstwa Wojny, takie moje dossier.
I co tam jest?
Ja nie powiem, mnie nie wypada. Może żona powie.
Pani Tarnawska z dumą opowiada o mężu, o tym, że w dokumentach jest napisane: szybko się uczy, nie ulega wpływom, łatwo mu przychodzi przyswajanie wszystkiego, ma zawsze swoje zdanie. Mówi o kursach, egzaminach, o tym, że ciężko z niego cokolwiek wyciągnąć, ze śmiechem dodaje, że on jest chyba ciągle w konspiracji, i o tym, że kandydatów do cichociemnych było mnóstwo, bo grubo ponad dwa tysiące, a wybrali tylko 316, w tym jej męża, do którego zwraca się z czułością per Alik. Że był bardzo sprawny, wytrzymały, przystojny. I że sprawdzali jego psychikę, jego predyspozycje.
Aleksander Tarnawski: Ale ani ja, ani nikt z moich kolegów nie interesował się zapleczem, tym, co kto o mnie myśli albo sądzi, bo i po co. Zresztą, nie rozpatruję wielu detali, zwłaszcza teraz. Mnie to się wszystko wydawało naturalne.
Pamięta pan emocje z tamtego czasu?
Jeśli mnie pani pyta o jakieś patriotyczne uniesienia, to nie, nie było czegoś takiego. To były inne czasy, wiele spraw było oczywistych. Poza tym to się działo ponad 70 lat temu, a pani chce, żebym ja pamiętał emocje. Za duży dystans. Pojechaliśmy na samą północ Szkocji, takie bezludzie, piękne, aczkolwiek bezleśne góry i potoki, które kaskadami spływały do oceanu.
Ależ pan romantyczny.
Tam naprawdę było pięknie. No może ten trening fizyczny budził emocje, jak trzeba było skoczyć z pierwszego piętra albo się wspiąć po skale, albo walczyć wręcz. Chociaż nie, to była rutyna, podstawa. Zresztą ten skok z pierwszego piętra nie był obligatoryjny. Skakał, kto chciał.
Pan chciał oczywiście.
Oczywiście. My byliśmy młodzi, wszystko łatwo przychodziło. Nie było nic, co mnie przerażało. W Warszawie też nie.
Z Mokotowskiej przeniósł się pan do Świdra.
Tam zamieszkałem w takim drewnianym domu, w którym właścicielka ukrywała młodą dziewczynę, Żydówkę. Dziewczyna miała na imię Irena, choć nie wiem, czy to było jej prawdziwe imię. Zaproponowałem, żeby wyszła, poszła ze mną na spacer. I powiem pani, że ja chyba z tego jestem najbardziej dumny. To było moje największe osiągnięcie wojenne. Nie bała się. Była szczęśliwa. Wychodziliśmy prawie codziennie. Przeżyła wojnę, to najważniejsze.
1 sierpnia 1944 roku wybuchło Powstanie Warszawskie. Znam pana stosunek do powstania.
Tak, że powstanie to była zbrodnia. To nie ulega wątpliwości. Decydenci nie myśleli racjonalnie, a powinni przeprowadzić zimną kalkulację, zupełnie jak księgowy, który liczy straty i zyski, za i przeciw. Dopiero wtedy można próbować podejmować właściwe decyzje.
Powstańcy znają pana opinię?
Nie poruszam się w kręgach powstańczych, kombatanckich. Ale o tym, co myślę na temat powstania, mówię głośno publicznie. Decyzja o powstaniu była zbrodnicza i nie zmienię tego zdania.
Może łatwo panu mówić, bo nie brał pan w nim udziału.
W maju 1944 roku dostałem przydział do Okręgu Nowogródek Armii Krajowej. Dostałem też fałszywe papiery, bilet na pociąg, którym jechałem razem z wehrmachtowcami. W czerwcu już byłem na Wschodzie. Warszawę zobaczyłem w styczniu 1945 roku, dzień po przejściu przez Wisłę Sowietów. Stałem na brzegu, to było coś okropnego, na wale lewobrzeżnym zobaczyłem nogę zamarzniętego człowieka. Pamiętam te ruiny, te groby na jakichś placykach i ciszę przepotworną pamiętam. I jak to skonfrontować z decyzją o powstaniu...
Ono buduje naszą tożsamość narodową, mówi o naszych cechach narodowych, naszej wielkości, niezłomności.
Ale jaką tożsamość? O wielkości narodu nie świadczą groby, mogiły czy krzyże, tylko to, ile miliardów dolarów jest w skarbcu narodowym. Pieniądze decydują o wielkości narodu. I niech politycy o tym myślą, a nie zajmują się ciągle przeszłością.
Nie pasuje pan z taką postawą, z takim poglądami do naszej polskiej historii.
Już pani powiedziałem, że historia jest teraz tworzona na nowo. I ja nie chcę brać w tym udziału. Pomysł apelu smoleńskiego podczas obchodów rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego to jest coś nieprzyzwoitego, próba nazywania tych, którzy zginęli w katastrofie samolotu, poległymi też. Wie pani, w lutym w Dębowcu była 75. rocznica pierwszego skoku cichociemnych. I nie pojechałem ze względu na to, że miał tam być Antoni Macierewicz.
Dlaczego?
Bo stronię od wszelkich ideologii. One pozbawiają ludzi rozsądnego myślenia. Wojna to jest straszna rzecz pod każdym względem. Po co ją ozłacać, mówić, że jest czymś wspaniałym.
Ale przecież tyle się mówi, że pańskie pokolenie było wychowane w duchu Boga, honoru i ojczyzny.
Oczywiście, że tak było. Patriotyzm był oczywistością, nie trzeba było nawet o tym mówić. Nikt się nie zastanawiał, czy walczyć. Tak byłem wychowany i już. Kiedy się dowiedziałem, że we Francji tworzą się polskie oddziały, to postanowiłem tam dotrzeć. Bez wahania żadnego. Bez wielkich emocji. Wiedziałem, że to obowiązek. Nie zawsze to szło w parze z bogobojnością, bo dla mnie religia to też ideologia. Jednak straciłem przez tę wojnę sześć lat i nie zamierzałem więcej. Zresztą to było i tak za dużo. Przed wojną skończyłem gimnazjum neoklasyczne z greką, łaciną, francuskim i niemieckim (angielskiego tak naprawdę nauczyłem się w Wielkiej Brytanii. Wtedy wyszła książka Hemingwaya „Komu bije dzwon”, na początku czytałem ze słownikiem, a potem już płynnie, bez pomocy) i pierwszy rok chemii na Politechnice Lwowskiej. Po wojnie cały wydział chemiczny wraz z kadrą przeniósł się do Gliwic i postanowiłem, że muszę skończyć studia. Pracowałem w kilku instytutach, aż w końcu osiadłem w Instytucie Farb i Lakierów, w którym pracowałem aż do zasłużonej emerytury, na którą przeszedłem w wieku 75 lat. I przez cały czas powojenny nie pamiętałem, że byłem skoczkiem, że cichociemnym, żyłem sobie normalnie. Mam zasadę, że tyle ludzie o mnie wiedzą, ile sam o sobie powiem. Wiedziałem, że w stalinowskiej Polsce za bycie cichociemnym jest kara śmierci. Rodzicom powiedziałem po latach. Pierwsza żona wiedziała, ale nigdy się z tym nie zdradziła. Drugiej nie powiedziałem od razu. Córka przez wiele lat nie wiedziała.
Elżbieta Tarnawska: W stanie wojennym działałam trochę w Solidarności. Córka, która wtedy chodziła do pierwszych lat podstawówki, pewnego dnia pyta: a tata to jest z rządu czy z Solidarności? Nie mogła go rozgryźć. Całe życie był cichociemny. Wielu ludzi do niedawna nie wiedziało.
Aleksander Tarnawski: No, proszę pani, albo jest konspiracja, albo nie.
Elżbieta Tarnawska: Ja się dowiedziałam dopiero wtedy, kiedy chyba w latach 70. przyszły bony z PKO. To był zaległy żołd z Wielkiej Brytanii, z okresu wojny. Nie można było dostać funtów, tylko te bony, które były kilka razy mniej warte. Kiedy szedł na emeryturę, to przyszły papiery z brytyjskiego Ministerstwa Wojny informujące o tym, ile lat służył w wojsku. Te lata można było doliczyć do emerytury.
Aleksander Tarnawski: Potem, już w 90. latach, miałem kilka zaproszeń od Gromu, ale nie reagowałem. Trzeba było jechać do Warszawy, mi się nie chciało. No, ale kiedy pozostali cichociemni wymierali, było ich coraz mniej, to uznałem, że muszę pojechać. I powiem pani, że ilekroć tam jestem, w tej jednostce, to czuję się jak w rodzinie, jak ze swoimi kolegami.
Jeden pan został, ostatni cichociemny.
No, widzi pani, specjalnie czekałem.
Aleksander Tarnawski śmieje się głośno, serdecznie, zaraża tym śmiechem.
Mam 95,5 roku. I jeszcze trochę zamierzam pożyć.
W Świdrze zamieszkałem w drewnianym domu, w którym właścicielka ukrywała młodą dziewczynę, Żydówkę. Dziewczyna miała na imię Irena, choć nie wiem, czy to było jej prawdziwe imię. Zaproponowałem, żeby wyszła, poszła ze mną na spacer. I powiem pani, że ja chyba z tego jestem najbardziej dumny