Sprawa bin Ladena pokazała dobitnie, że dwa światy, amerykański i europejski, rozjeżdżają się cywilizacyjnie. Stany tracą resztki autorytetu państwa pełniącego rolę przywódcy w wolnym świecie.
Podobno niemal wszyscy Amerykanie są absolutnie dumni z akcji swoich komandosów, którzy uśmiercili Osamę bin Ladena. Podobno tylko nieliczni mają wątpliwości co do słuszności i prawomocności rozkazu o zastrzeleniu przywódcy Al-Kaidy. Jeśli rzeczywiście tak jest, a wszystko wskazuje na to, że tak, to chyba właśnie teraz, w naszej przytomności, te dwa światy, amerykański i europejski, rozjeżdżają się cywilizacyjnie, i to definitywnie. W każdym razie Amerykanie musieli się mocno napracować, by utracić w oczach przynajmniej mojego pokolenia resztki autorytetu państwa pretendującego do przywództwa w wolnym świecie. A wydawało się przez całe dziesięciolecia, że szczególna pozycja Stanów jest z polskiej perspektywy niezagrożona.
Wojna w Iraku, rozpoczęta z kłamliwym uzasadnieniem konieczności obrony przed bronią masowego rażenia, znajdującą się rzekomo w rękach dyktatora, była chyba pierwszym symptomem załamania się mitu kowboja, który sięga po broń na zasadach rycerskich i tylko w ostateczności, by bronić przejrzystych, zrozumiałych dla każdego zasad prawa. Jednak wtedy, po schwytaniu Saddama Husajna, przynajmniej zadbano o pewien sztafaż praworządności. Jaki był ten sąd, to inna sprawa – jednak był i wydał jakiś wyrok.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.