"Wreszcie stało się to, co się powinno stać już od dawna, czyli powtórzył się w jakimś sensie wzorzec tunezyjski. (...)
Doszło jednak do czegoś dosyć specyficznego, czyli do zawłaszczenia powstania ludowego przez wojsko, czyli mamy do czynienia tak naprawdę z uczynionym dosyć sprytnie i w białych rękawiczkach wojskowym zamachem stanu. Właściwie tak to można po imieniu nazwać, chociaż pewnie będzie jakiś opór z określaniem tego wydarzenia w ten sposób. Ale do tego właściwie to wszystko doszło.
Prawdopodobnie władzę przejmą generałowie, którzy są mniej więcej rówieśnikami prezydenta Mubaraka, który ustąpił, czy to wiceprezydenta Omara Suleimana, o którym nie wiadomo, czy jest prezydentem czy wiceprezydentem. To są ludzie, którzy kształtowali politykę i wewnętrzną, i zewnętrzną Egiptu przez ostatni czas. Tak czy inaczej wielkich, rewolucyjnych nie ma. Tylko jest zmiana plakietki. (...) Tak naprawdę władza zostaje w tych samych rękach, tylko inaczej nazywa się przywódca. (...)
To, że władzę przejmują generałowie, jest charakterystyczne dla wielu krajów Bliskiego Wschodu i nie tylko - także krajów azjatyckich, afrykańskich, południowoamerykańskich. Wszędzie tam najczęstsza forma zdobywania władzy to właśnie działalność wojskowa. Generałowie w odpowiednim momencie zdejmują mundury, zakładają garnitury, ale w rzeczywistości bardzo długo wcześniej funkcjonują w armii i przekładają zasady działania armii na funkcjonowanie państwa. (...)
Jeśli chodzi o rolę internetu w rewolucji egipskiej, to różne są na ten temat opinie, ja jednak bym się upierał, że nie była pierwszoplanowa. Weźmy pod uwagę, jaki jest dostęp do internetu w Egipcie. Nie przesadzajmy. To nie jest tak, że to odegrało pierwszoplanową rolę. Na pewno istotną, ale niekoniecznie pierwszoplanową.
Rzeczywiście jest to swego rodzaju nowa jakość. Myślę, że nie tylko w kontekście bliskowschodnim, tylko w ogóle kontekście światowym. Pamiętajmy, że tego typu lub podobnych systemów jest na świecie bardzo wiele i może to być początek nowych sposób opalania reżimów".