Kampania wyborcza rozkręca się nadzwyczaj powoli i ospale – niczym lokomotywa z wiersza Tuwima, który zna już na pamięć mój niespełna czteroletni syn Kuba.
Wpierw temat był jeden: katastrofa smoleńska. Teraz tematy są dwa: katastrofa smoleńska oraz powódź. To zrozumiałe, wagi obu tych zdarzeń nie da się porównać z wątłym, gdy idzie o emocje i intelektualny przekaz, sporem między Bronisławem Komorowskim a Jarosławem Kaczyńskim. O rozdawanych przez Grzegorza Napieralskiego o piątej nad ranem pod zakładami pracy kanapkach nie warto wspominać, bowiem samo kandydowanie lidera SLD i jego aktywność zdają się zjawiskiem wyłącznie groteskowym.
Wiecowe rymy
W tej miałkiej i przynajmniej na razie niemrawej kampanii swoje miejsce próbują znaleźć również artyści. O tych w rodzaju Marcina Wolskiego, który poprzez poezję ruszył na wojnę z dawnymi krytykami Lecha Kaczyńskiego, opowiadać można jedynie dowcipy. Zresztą cała działalność Wolskiego w ostatnich latach tylko dowcipem się wydaje. Co innego Jarosław Marek Rymkiewicz, jego już lekceważyć się nie da. Myśl polityczna wybitnego poety znana jest już od dawna, przynajmniej od momentu, gdy zdefiniował zasługi premiera Kaczyńskiego, mówiąc, że ugryzł on w dupę żubra. Żubrem, rzecz jasna, była Polska, która na to zbawienne ugryzienie czekała od lat. Teraz w poemacie wzywającym Jarosława Kaczyńskiego do kandydowania na prezydenta Rymkiewicz nie zaproponował co prawda metafor tak odważnych, ale na jego przenikliwości można budować obraz współczesnej Polski. A nawet dwóch – tej, którą wiozą na lawecie, i tej rozkradanej przez łajdaków, co znów wzięli się do swej odwiecznej tu pracy.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.