Po dwumiesięcznej wojnie o Górski Karabach władze w Baku i Moskwie mogą mówić o znacznym sukcesie, a te w Ankarze – o sukcesie ograniczonym. Rządowi w Erywaniu grozi tymczasem upadek. Pod znakiem zapytania stanęło też samo istnienie odrębnych struktur w samozwańczej Republice Górskiego Karabachu (Arcach).
Reklama
Przed wojną Arcach składał się z terenów, które w czasach ZSRR należały do Górsko-Karabachskiego Obwodu Autonomicznego (GKOA) oraz strefy buforowej między nim a Armenią, na którą składały się ziemie azerskie zajęte przez Ormian w latach 90. Zgodnie z obowiązującym od czwartku porozumieniem Azerowie zachowają dotychczasowe zdobycze terytorialne, przede wszystkim południe Arcachu, włącznie z miastem Şuşa/Szuszi, zdobytym na początku tygodnia. To kulturalna i historyczna stolica Karabachu, więc jej zajęcie miało dla Azerów znaczenie symboliczne. Niemniej ważne jest jej znaczenie strategiczne. Z położonego na wzgórzu miasta można szachować stolicę Arcachu Stepanakert. Dodatkowo leży ono na drodze M12, jednej z dwóch łączących Arcach z Armenią.
Ormianie muszą też oddać Azerom resztę strefy buforowej. Do 15 listopada mają przekazać rejon Karbacar/Karwaczar, do 20 listopada – rejon Ağdam/Akna (tę nazwę rozsławił klub Qarabağ), a do 1 grudnia – rejon Laçın/Berdzor poza korytarzem wzdłuż trasy M12 o szerokości 5 km, który połączy Górski Karabach z Armenią. Innymi słowy pod umowną kontrolą separatystów pozostanie najpewniej północna część dawnego GKOA i korytarz laçıński, jakaś jedna trzecia dotychczasowego terytorium.
Najpewniej – bo treść układu jest niejasna, a w dodatku nie zgadza się z mapami przedstawionymi przez Rosjan. Według Azerów rejon Karbacar/Karwaczar nachodzi na dawne granice GKOA i gdyby oddać go w całości, Arcach zostałby podzielony na dwie enklawy, czego porozumienie nie zakłada. Z kolei rosyjskie mapy pokazują Ağdam/Aknę po ormiańskiej stronie linii rozgraniczenia. Możliwe, że zamęt jest tworzony celowo, by skazać wojujące strony na uznanie Moskwy za arbitra przy sporach o interpretację układu.
Status ogryzka, który pozostanie po dotychczasowym Arcachu, nie został określony. Na te tereny wkroczy 1960 rosyjskich żołnierzy, którzy mają pilnować rozejmu. Ponieważ te ziemie de iure należą do Azerbejdżanu, będzie on trzecim krajem Kaukazu Płd., w którym stacjonują Rosjanie. Arcach z satelity Erywania przekształci się w satelitę Moskwy. Kreml zapewnił sobie rolę siły, bez której udziału żadna zmiana w Górskim Karabachu nie będzie już możliwa, a zarazem dostał przycisk do eskalowania napięcia w razie potrzeby. W Abchazji, Naddniestrzu i Osetii Płd. identyczny przycisk działał w przeszłości niezawodnie.
Równie oczywisty jest sukces İlhama Aliyeva. Prezydent Azerbejdżanu Skonsolidował naród, w którym od kilku lat kiełkowały nastroje protestacyjne, odzyskał dużą część utraconych terenów, zmył traumę klęski lat 90., wreszcie otworzył drogę do własnego kultu jednostki na skalę przewyższającą kult jego ojca Heydara. Choć uznał arbitraż Rosji, unieważnił zasadę, że wśród państw byłego ZSRR tylko ona może siłą dokonywać zmian granic. Na tym tle sukces Turcji jest tylko względny. Swoim zaangażowaniem zwiększyła wpływy w Baku. Apetyty były jednak większe, tymczasem Ankara nie została nawet dopuszczona do stołu rokowań i to nie jej żołnierze będą pilnować pokoju.
Przegrała Armenia, a skala klęski dopiero zaczyna docierać do jej obywateli. Jeszcze kilka tygodni temu Nikol Paszinjan rozważał formalną aneksję Arcachu, a jego dowódcy odgrażali się, że dojdą do Baku. Teraz premier, który w 2018 r. na fali porewolucyjnej euforii dostał 70 proc. głosów w wyborach, musi pilnować, by opozycja nie zorganizowała zamachu stanu. Moskwa nie będzie płakać, jeśli Paszinjan zostanie obalony, bo nigdy nie była zwolenniczką władzy pochodzącej z ulicznych rewolucji. Nie dość, że Ormianie stracili część Arcachu, to jeszcze musieli się zgodzić na ograniczenie własnej suwerenności. Układ przewiduje utworzenie korytarza transportowego łączącego Azerbejdżan z jego eksklawą w Nachiczewanie przez teren Armenii. Pilnować go będą rosyjscy pogranicznicy. Tyle przyszło Erywaniowi z aliansu z Rosją. Kreml nie pomógł zbrojnie, bo walki nie toczyły się na terenie Armenii, objętym układem sojuszniczym.