Były minister w rządzie Donalda Tuska może stać się jednym z najwyżej postawionych ukraińskich urzędników, którego dopadły tamtejsze służby antykorupcyjne.
O zatrzymaniu Sławomira N., byłego p.o. dyrektora Państwowej Agencji Dróg Samochodowych Ukrainy (Ukrawtodor), a wcześniej ministra w rządzie Donalda Tuska, chętniej opowiadali wczoraj przedstawiciele ukraińskich, a nie polskich służb. Poza N. zatrzymano w Polsce dwie inne osoby, trzeciej postawiono zarzuty na Ukrainie, przeprowadzono też co najmniej 50 przeszukań w obydwu krajach. Proceder miał trwać przez cały okres kierowania Ukrawtodorem przez zatrzymanego polityka.
– Nie komentujemy sprawy – mówi DGP Stanisław Żaryn, rzecznik koordynatora ds. służb specjalnych Mariusza Kamińskiego. Inni rozmówcy z kręgu ministra zgodzili się na rozmowę pod warunkiem anonimowości. – To był mechanizm w postaci przyjmowania aportów do firm związanych z N., z których później są wyciągane pieniądze. Nie dotyczy to tylko Ukrainy. Są też wątki polskie – słyszymy. Więcej szczegółów zdradzili dyrektor Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) Artem Sytnyk i p.o. szefa Wyspecjalizowanej Prokuratury Antykorupcyjnej Maksym Hryszczuk.
Reklama
– Jedna ze spraw dotyczy budowy dróg na terenie Ukrainy. Kiedy ukraińskie firmy z jakichś przyczyn nie mogły w uzgodnionym terminie wywiązać się z zobowiązań, p.o. szefa Ukrawtodoru proponował im, że w zamian za odpowiednie wynagrodzenie rozwiąże ich problemy i pomoże uniknąć kar umownych – mówił Hryszczuk podczas wczorajszej konferencji w Kijowie. Nasi polscy rozmówcy mówili nam też o świadczeniu usług doradczych na rzecz koncernów budowlanych przez powiązane z N. podmioty zarejestrowane na Cyprze, które miały pobierać 10 proc. wartości kontraktu.
Jak przekonują źródła DGP po polskiej stronie, proceder miał dotyczyć m.in. rozbudowy autostrady z Kijowa do Odessy, współfinansowanej przez Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju, oraz drogi Kijów–Charków. – Sposób był ciekawy. Na terenie Polski tworzono spółkę, nielegalne korzyści majątkowe były przekazywane przez trzecie osoby prawne lub bezpośrednio gotówką i stanowiły kapitał statutowy tej spółki. W ten sposób nie tylko pozyskiwano nielegalne korzyści majątkowe, ale i je legalizowano – dodawał Hryszczuk. Według NABU spółki miały też być wykupywane przez kontrahentów Ukrawtodoru za kwoty kilkusetkrotnie przewyższające ich wartość.

Reklama
W innej sprawie N. miał proponować jednej z zagranicznych firm budowlanych spółkę, której miał pomagać w biznesie na Ukrainie, a po dymisji ze stanowiska p.o. szefa Ukrawtodoru zamierzał wejść do jej zarządu lub rady nadzorczej. W październiku 2019 r., tuż po dymisji Sławomira N., rozmawialiśmy z nim o jego ukraińskich doświadczeniach. Na pytanie o dalsze plany odpowiedział, że wróci do biznesu. – Na pewno będę wykorzystywał swój potencjał i kontakty na Ukrainie i w Europie. Będę próbował to łączyć – mówił DGP.
– Suma przetargów, które są analizowane w śledztwie, to 270 mln euro – tłumaczył Sytnyk, dziękując za współpracę Centralnemu Biuru Antykorupcyjnemu i Europejskiej Jednostce Współpracy Sądowej. Hryszczuk ani Sytnyk nie pokazali jednak żadnych dowodów ani dokumentów, które by potwierdzały ich wersję. – Wszystko zaczęło się na terenie Ukrainy, ale mechanizm został opracowany poza jej granicami. Wielka zasługa polskich kolegów, że udokumentowali to, co się odbywało na terenie Polski. W ramach grupy śledczej regularnie wymienialiśmy się informacjami – opowiadał Sytnyk.
Sławomir N. kierował Ukrawtodorem w latach 2016–2019. Pod koniec kadencji Narodowa Agencja Zapobiegania Korupcji (NAZK) wysłała do sądu wniosek o ukaranie go za nieprawidłowości w deklaracji majątkowej. N. miał zaniżyć wartość posiadanego samochodu. Tę sprawę wygrał przed sądem, bo dowiódł, że wpisał kwotę netto, a NAZK spodziewała się kwoty brutto. Dziennikarze serwisu „Naszi Hroszi” zarzucali mu też, że zatrudnił jako swojego zastępcę człowieka, który miał być zamieszany w ustawianie przetargów w Tarnopolu. N. mówił, że „NH” pomyliły firmy i ich zarzuty są nieprawdziwe.
– Głowy za nikogo nie dam, ale wydaje mi się, że doszło do nieporozumienia lub celowej manipulacji. Postąpiłem zgodnie ze standardami. Sprawę gruntownie skontrolowałem – tłumaczył DGP. Zarzuty o korupcję w Ukrawtodorze pojawiły się też w trakcie kampanii w 2019 r., a ludzie Wołodymyra Zełenskiego grozili menedżerom więzieniem. – Rozmawiałem z Zełenskim. Na Ukrainie szaleje populizm i politycy mają tam lekkość stawiania zarzutów. Mnie zapewniali, że nie mają żadnych uwag pod moim adresem – mówił N.
Tyle że NABU nie jest kontrolowane przez ludzi Zełenskiego, a Sytnyk pozostaje w ostrym konflikcie z prezydenckim dyrektorem Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). Biuro powstało w 2014 r., a gorącym orędownikiem jego stworzenia byli Amerykanie, Unia Europejska i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Służba do tej pory nie miała na koncie spektakularnych sukcesów, a sprawa N. będzie najpewniej jej najgłośniejszym śledztwem. Brak sukcesów można tłumaczyć próbą izolowania NABU przez pozostałe służby specjalne i ograniczonymi kompetencjami. Początkowo detektywi NABU nie mogli nawet zakładać podsłuchów.
W 2017 r. SBU doprowadziła do dekonspiracji kilku oficerów NABU działających pod przykryciem i prowadzących operację przeciw oskarżanemu o łapownictwo wiceszefowi urzędu ds. migracji. Przeszukano konspiracyjne lokalne NABU, ujawniając ich lokalizacje, i dokonano wejść do mieszkań prywatnych 12 pracowników instytucji. Wówczas Biuro w e-mailach rozesłanych do polityków, dziennikarzy i dyplomatów przekonywało, że SBU chce sparaliżować działania antykorupcyjne. Instytucjonalny konflikt jeszcze się wzmógł, odkąd w 2019 r. SBU przejęli ludzie Zełenskiego.