Z górą 30 lat po transformacji polskiego ustroju powinniśmy się zacząć uczyć demokracji od początku. Ale brak nauczycieli.
Dziennik Gazeta Prawna
Wyobraźmy sobie taką scenę. Jest jesień 2020 r., prezydent Rafał Trzaskowski w gronie współpracowników zastanawia się nad podpisaniem ustawy – ósmej transzy pomocy dla ofiar pandemii.
Reklama
– Przecież muszę to zrobić – mówi do Romana Giertycha, który w ramach „bezpartyjnej prezydentury” obiecanej Szymonowi Hołowni, jest prezydenckim ministrem, pierwszym prawnikiem kancelarii.
– Wcale nie. Sondaże są dla nas korzystne. Zrobimy z Senatem referendum na temat twojego projektu pomocy. Ludzie są zmobilizowani. Szymon wyprowadzi ich na ulicę.

Reklama
– Mnie się zdaje, że takiej awantury Polacy nie chcą – wzdycha Trzaskowski.
– A nie pamiętasz, co ci zrobili? Jak cię szarpali w TVP Kurskiego. Nadchodzi czas zemsty – woła w uniesieniu mecenas Giertych.
A teraz wyobraźmy sobie inną scenę. Jest jesień 2020 r., prezydent Andrzej Duda przyjmuje w pałacu namiestnikowskim Ryszarda Terleckiego, wicemarszałka Sejmu i szefa klubu parlamentarnego. Ten przyszedł namawiać go na podpisanie ustawy, która zmusi zagraniczne koncerny do wyprzedaży połowy udziałów w mediach. Terlecki jest regularnie wysyłany do prezydenta, bo prezes PiS Jarosław Kaczyński wie, że głowa państwa szczególnie go nie lubi, jeszcze z czasów trudnej współpracy w Krakowie.
– Ale przecież będą protesty. Oni to zaskarżą do sądów, do trybunałów – wzdycha Andrzej Duda.
– Teraz jest taka sytuacja na świecie, że nikt na to nie zwróci uwagi, tak uważa Jarek – zapewnia Terlecki.
– Ale jako prawnik… Tam są takie przepisy...
– A nie pamiętasz, co ci zrobili, jak cię szarpał ten szmatławy „Fakt”. Wygraliśmy wszystko. Nie możemy się teraz cofnąć – upiera się wicemarszałek.

Nie wierzcie w to

To sytuacje wymyślone, odnoszą się jednak do prawdziwych założeń. Z jednej strony pojawiły się sugestie, że druga kadencja Andrzeja Dudy będzie inna niż pierwsza. Że nieskazany na zabiegi o ponowną nominację wykaże się większą niezależnością i pokaże prawdziwe oblicze. Ponownie krążą nawet pogłoski o prezydenckim ugrupowaniu (jak zwykle z Jarosławem Gowinem), które miałoby zaoferować pewne złagodzenie pisowskiej polityki.
Z drugiej – Rafał Trzaskowski zapewnia, że będzie współpracować z pisowskim rządem. Że nie nadużyje możliwości blokowania forsowanych przez większość ustaw. Że uniknie sporów o politykę zagraniczną, że nie będzie się pchał do reprezentowania Polski za granicą. Trzaskowski solennie zapewnia też, że nie wykorzysta urzędu, aby przeć do wcześniejszych wyborów parlamentarnych (z takiej możliwości sztabowcy Dudy zrobili jeden z lejtmotywów kampanii).
Nie wierzmy w to. Nawet jeśli dziś Trzaskowski przyjmuje takie założenia, to będzie pod wielkim ciśnieniem swojej partii i społecznego zaplecza. U zwycięzców, którzy do samego końca nie bardzo w ten sukces wierzyli, nastąpi, bo musi nastąpić, zawrót głowy od sukcesu.
To samo dotyczy Zjednoczonej Prawicy, jeśli zwycięży o włos w tej rozgrywce. W efekcie pozycja prezydenta Dudy w drugiej kadencji będzie podobna jak w pierwszej. To wynika z logiki obozu rządzącego, będącego warowną ruchomą twierdzą zbudowaną po to, aby deptać wrogów. Kiedy obóz ten weźmie wszystko, będzie dążył do odwetu, a nie do korekty kursu.

Kampania w bańkach

Zacznijmy od charakterystyki kampanii. Była ona najbardziej zaciekła i zarazem wyniszczająca ze wszystkich dotychczasowych (choć każda następna jest gorsza od poprzednich).
Z jednej strony była jak najbardziej o czymś. Obserwowaliśmy próbę rozliczenia rządów PiS i obronę jego dorobku. Uwidoczniły się w niej przeróżne podziały: klasowe, historyczne, tożsamościowe. Chwilami nabierała charakteru zderzenia dwóch podejść do współczesnej cywilizacji. Przy całej teatralizacji wątków obyczajowych i światopoglądowych przez prawicę oraz przy ewidentnych unikach liberała Trzaskowskiego, sam spór jest autentyczny i będzie się domagał rozstrzygnięcia.
A z drugiej strony bodaj najpoważniejszym konkretem ostatnich dwóch tygodni stało się oskarżenie Dudy o „ułaskawienie pedofila”. Postawiono je bez rozpoznania ludzkiego kontekstu historii, za to z teatralnym rygoryzmem moralnym, na co dzień nietypowym dla środowisk liberalnych. Z kolei prezydent odpowiedział widowiskowym atakiem na „niemieckie media”, wywołując wrażenie, że chce zastraszyć swoich medialnych krytyków.
Tak naprawdę jednak symbolem tej kampanii staną się dwie oddzielne „debaty” – w jednej prezydent odpowiadał samotnie na pytania mieszkańców miejscowości Końskie i internautów, pod auspicjami otwarcie go popierającej telewizji publicznej. W drugiej – Trzaskowski także samotnie poddał się w Lesznie pytaniom dziennikarzy, trzeba przyznać, że nie tylko zaprzyjaźnionych redakcji, a transmitował to wydarzenie TVN. Niezależnie od różnic w obu widowiskach, zaraz po nich zwolennicy jednego kandydata wyśmiewali drugiego, że „rozmawiał sam ze sobą”.
Bańki informacyjne się domknęły. Nie ma woli wymiany myśli. Jest za to dążenie do wykreowania równoległych światów. Do jednej Polski ta druga ma nie mieć dostępu. Nie da się nawet do końca ustalić, kto ponosi większą winę. To TVP od początku blokowała pomysł zorganizowania jednej debaty wspólnie z TVN i Polsatem. Ale też zgłoszone na drugi dzień po zamknięciu pierwszej tury ultymatywne żądanie, aby prezydent Duda stawił się na debacie organizowanej przez TVN, Onet oraz Wirtualną Polskę, w mediach niewrogich Trzaskowskiemu, nie świadczyło o szukaniu kompromisowej formuły.
W ostateczności dla obu kandydatów takie bezpośrednie spotkanie mogło się okazać mało wygodne. Choć warto zaznaczyć, że spektakl organizowany przez TVP oglądała dwa razy liczniejsza publiczność niż to, co pokazał TVN, więc być może doraźnie stratny jest bardziej Trzaskowski. Przede wszystkim jednak stratna jest polska demokracja. Starcie dwóch plemion nastawionych na wzajemne, przynajmniej symboliczne unicestwienie zdaje się podważać jej sens.
Z górą 30 lat po transformacji polskiego ustroju powinniśmy zacząć uczyć się demokracji od początku. Ale brak nauczycieli.

Kto zakwestionuje wybory

Pamiętajmy, że ogłoszenie wyników wyborów może nie zakończyć tej bezładnej awantury. Przy niewielkiej różnicy głosów możliwy jest nie mniej zaciekły niż kampania spór o prawomocność głosowania.
Obóz liberalny ma już w zanadrzu prawnicze ekspertyzy, wedle których jeśli cały proces wyborczy, łącznie z protestami przed Sądem Najwyższym, wykroczy poza formalną kadencję Dudy, można go uznać za nieważny i żądać nowej elekcji. Powiedział już o tym były prezes Trybunału Konstytucyjnego Andrzej Rzepliński. Można się spodziewać, że w razie wciąż bardziej prawdopodobnego zwycięstwa obecnego prezydenta argument ten zostanie podniesiony. Dojdą też zapewne rozmaite incydenty, łącznie z niezdolnością do obsłużenia części wyborców za granicą.
Ale w teorii także obóz rządzący mógłby się posłużyć przywoływaną przed chwilą argumentacją – jeśli wygra Trzaskowski, choć to PiS ustawił kalendarz wyborczy. Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego składa się z kandydatów obecnej Krajowej Rady Sądownictwa. Możliwe więc, że Jarosławowi Kaczyńskiemu byłoby łatwiej wymóc odpowiedni werdykt niż opozycji. Oczywiście sankcją i w jednym, i w drugim przypadku byłaby kompletna kompromitacja polskiego państwa – przed własnymi obywatelami i przed zagranicą.
Załóżmy więc, że do tego nie dojdzie. I tak nowa prezydentura Trzaskowskiego lub staro-nowa Dudy będzie się rodzić w akompaniamencie agitacyjnych wrzasków i wzajemnych podejrzeń. Obaj politycy wyjdą z tej kampanii z jednej strony obolali, z drugiej porwani falą triumfu własnego obozu.

Co może Trzaskowski

Po Trzaskowskim liberalna i lewicowa opozycja spodziewa się szybkiego wywrócenia obecnego układu rządowego i parlamentarnego. W kampanii się o tym nie mówi. Wystarczy, że politycy PO wskazywali na to, kiedy namaszczali go do boju.
Czy prezydent ma do tego narzędzia? W teorii mógłby to uczynić nawet formalnie – o ile parlament spóźniłby się z projektem budżetu. Należy jednak zakładać, że rząd będzie terminów pilnował. I że nawet opozycyjny Senat nie okaże się skuteczny ze swoimi obstrukcyjnymi sposobami.
Jest jednak mnóstwo innych metod, aby obrzydzić rządowi życie. Politycy PiS mniej się obawiają prawa zarządzania referendów za zgodą Senatu, zakładają bowiem, że ludowe głosowania szybko zostałyby skompromitowane niewielką frekwencją. Czy jest to pewność stuprocentowa? Prezydent dysponujący prawem wygłaszania orędzi i tysiącami innych sposobów zwracania na siebie uwagi, mógłby wzniecać spory wciągające zwykłych Polaków.
Kluczowe jest oczywiście prawo weta. Możliwe, że Trzaskowski nie odważyłby się blokować – jak w początkowej historyjce – ustaw związanych ze zwalczaniem efektów kryzysu. Choć z pewnością umiałby je dosadnie zrecenzować. Zapowiedź zwołania zaraz po objęciu rady gabinetowej dla ustalenia, jaki jest rzeczywisty stan finansów i gospodarki, to groźne memento. Ale przecież Jarosław Kaczyński nie chce się ograniczać do administrowania. Zależy mu na ustawach zmieniających zasady funkcjonowania państwa i społeczeństwa. „Porządkowanie rynku medialnego” to pierwszy nasuwający się przykład.
Będzie mu też zależeć na takich ustawowych decyzjach, jak dofinansowanie publicznych mediów. Opozycyjny prezydent władz TVP i Polskiego Radia nie wywróci, ale może utrudnić działalność obu instytucji. A głowa państwa uczestniczy też w rozmaitych targach personalnych: w mianowaniu tak kluczowych dla tych władz sędziów czy choćby ambasadorów. Nominacje przestaną być przestrzenią cichych kompromisów. Trzaskowski z pewnością uczyni je polem bitwy.
Ciężko wyrokować, jak daleko posunie się w ingerencjach w politykę zagraniczną czy obronną. Dudzie tradycyjnie zostawiono przestrzeń związaną z NATO. Kandydata PO interesuje bardziej polityka europejska, związana z UE, tu chciałby doprowadzić do największych korekt w stosunkach z Paryżem i Berlinem. I tu może mu zabraknąć skutecznych narzędzi. Ale każdą nawet ceremonialną sytuację związaną ze sprawami międzynarodowymi może wykorzystywać do swoistego monitowania czy upominania rządu.

Prezydent bardziej asertywny

Wbrew pozorom zakres władzy głowy państwa zależy trochę od stopnia jej asertywności. Lech Kaczyński podczas kohabitacji z rządem Donalda Tuska próbował się wypowiadać nawet w sprawie nominacji ministerialnych, w których naprawdę pełnił jedynie funkcję notariusza. Kto zagwarantuje, że teraz inny obóz polityczny nie spróbuje pójść tą samą drogą? W kampanii Trzaskowski potrafił nawet zganić ekipę Tuska, że blokowała prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu dostęp do fotela na szczycie w Brukseli.
Tym łatwiejsze będą podobne rewizje procedur i zwyczajów, a Pałac Prezydencki zostanie w takiej sytuacji obwołany twierdzą demokracji przeciw „autorytarnym zakusom prawicy”. Walka z tymi zakusami może usprawiedliwiać ruchy niekonwencjonalne, nawet na granicy prezydenckich kompetencji. I przy użyciu ogromnej dawki poprawnościowej, operującej demokratycznym frazesem retoryki.
Czy po roku przepychanek, wzajemnych negatywnych recenzji i rozmaitych tricków Kaczyński sam nie uzna, że przedterminowe wybory parlamentarne są lepsze od permanentnego paraliżu? Skoro na końcu zwykłej kadencji Sejmu Trzaskowski może wygrać ten wyścig o dusze Polaków jeszcze wyraźniej niż teraz? Nie wykluczałbym tego, choć oczywiście pat może się też utrwalić.
Jeśli coś będzie hamowało Trzaskowskiego przed pójściem na całość, to tylko jedno. Polacy mogą poczuć zmęczenie permanentną wojną, jeżeli będzie się ona toczyła na gruzach gospodarki osłabianej przez pandemię. Torując drogę przedterminowym wyborom do Sejmu, Trzaskowski może się na końcu okazać grabarzem szans swojej partii czy szerzej – opozycji – na zwycięstwo. A jeśli prawica znów weźmie parlament, pat utrwali się na długo.

Inna kadencja Dudy

Z kolei prezydent Duda… Cóż, tygodnikowi „Do Rzeczy” powiedział, że jego drugie pięć lat będzie inne, ale zrobił to wyraźnie po to, by sprawić przyjemność zadającemu pytanie dziennikarzowi. Gdy przyszło do wskazania różnic, sprowadził je do innych tematów politycznych, przede wszystkim walki z kryzysem. Nie chodzi więc o inny model prezydentury, o uważniejsze patrzenie na ręce własnemu obozowi. Duda przemawia nadal jako współtwórca, swoisty opiekun polityki rządowej. Na czas kampanii obwołano go nawet jej liderem. Nie był nim i nie będzie. Co nie jest zresztą oskarżeniem. Można sprowadzić urząd prezydenta do roli kogoś, kto lojalnie wspiera swoje ugrupowanie. Ale przecież w 2017 r. nazwałem Andrzeja Dudę na łamach DGP „wielkim korektorem rewolucji”. Był nim tylko na chwilę i raczej już się nim nie stanie.
Podczas występu w Końskich Duda sam przypomniał przypadki swojej niezgody ze Zjednoczoną Prawicą. Prawda, jego weto wobec ustawy o regionalnych izbach obrachunkowych powstrzymało inwazję władzy centralnej na uprawnienia samorządów. A weto wobec ustawy o Sądzie Najwyższym uchroniło przed czystką przynajmniej część sędziów SN, nie mówiąc o pracownikach tej instytucji.
Ale potem uczestniczył w przebudowie sądownictwa w duchu założeń PiS nie tylko bez wahań, lecz także z rysem gorliwości wzmacnianej niechęcią do sędziowskiej korporacji. Żyrował ustawy ograniczające swobodę zgromadzeń czy wzmacniające uprawnienia służb specjalnych, a osłabiające kontrolę nad nimi. Nie przeciwstawiał własnej wizji państwa tej rządowej. Najbardziej uległy okazał się wtedy, kiedy to bardziej PiS zależało na nim niż jemu na wsparciu PiS, bo było ono w zasadzie zagwarantowane. Mógł kontestować nominacje Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza, a tego nie zrobił, choć był z nich niezadowolony. Słabość jego wpływu na obóz ujawniła się zwłaszcza wtedy, kiedy wyłudzono jego podpis pod dwumiliardowym wsparciem dla TVP za cenę dymisji Jacka Kurskiego, a potem przywrócono tego nadgorliwego polityka do zarządu telewizji jeszcze przed wyborami.
Ta ostatnia historia mogłaby być dowodem na to, że Duda ma słabsze nerwy niż Kaczyński, który na chwilę przed wyborami miał grozić, że wymieni go na innego kandydata (Mateusza Morawieckiego). Może tak, ale zaryzykuję twierdzenie, że większą rolę odgrywała potrzeba ideowej bliskości z obozem rządowym. Kiedy w 2017 r. Pałac Prezydencki został na chwilę odizolowany od partyjnej centrali na Nowogrodzkiej, a w internecie zaroiło się od ataków na Dudę z ortodoksyjnie pisowskich pozycji, on, stały bywalec sieci, poczuł się jak pozbawiony domu. Z ulgą powitał powrót do niego.

Duda najbardziej pisowski

Ta kampania na dobre zjednoczyła go z pisowskim ludem i pisowskim aparatem, w którym ma skądinąd mało personalnych sojuszników. Zaryzykuję twierdzenie, że jej wielkie emocje pozostaną w prezydencie Dudzie na długo. I powtórzę, ma prawo do takiej więzi z własnym zapleczem. Ale jeśli PiS ujawni w drugiej kadencji jeszcze cięższą rękę w rozwiązywaniu prawnych dylematów i społecznych konfliktów, ten prezydent nie okaże się zaporą, a jeśli, to w minimalnym stopniu.
Do tego dochodzi więcej niż skromny stan agendy obecnego Pałacu Prezydenckiego. Jego samodzielne inicjatywy, ustawodawcze czy społeczne, można policzyć na palcach jednej ręki – z zablokowanym przez PiS referendum konstytucyjnym na czele. Prezydent dobrze pełnił funkcję kustosza patriotyzmu. Ale nie mnożył tematów, nie otwierał debat. Nawet istotnych z punktu widzenia świata samej prawicy. Dlaczego dopiero przy okazji kampanii zaproponowano uregulowanie dostępu rozmaitych „edukatorów” do szkół – bez zgody rodziców? Jeśli to ważne, powinno się pojawić dawno.
Nie wierzcie w większą samodzielność Andrzeja Dudy. Ale nie wierzcie też w zdolność budowania kompromisów czy sklejania wspólnoty przez Rafała Trzaskowskiego. Ich prezydentury będą produktem oszalałej polaryzacji. Ani niezależność, ani kompromis nie są wartościami premiowanymi w obecnej polskiej polityce.