Jak każda kolejna ekipa, PiS mówi o ambitnych projektach na tak wysokim poziomie, że najpewniej pozostaną tylko odważnymi - choćby i słusznymi - wizjami.
Reklama
Magazyn DGP. Okładka. 4 października 2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Silne relacje z mało wiarygodnym prezydentem USA, rezygnacja ze wspólnotowej retoryki w polityce europejskiej, brak stosunków z Rosją w połączeniu z rosnącym w szybkim tempie uzależnieniem od węgla z tego kraju, ograniczanie się do zarządzania kryzysem w relacjach z Ukrainą, utrata zainteresowania Mołdawią, która jest kluczem do bezpieczeństwa na południowo-wschodniej flance NATO, brak treści w relacjach z Białorusią i fetyszyzacja mitycznego Międzymorza, które na razie pozostaje tworem potencjalnym – bilans w polityce zagranicznej uprawianej przez PiS to seria paradoksów, improwizacji, niezrealizowanych zapowiedzi, przestrzelonych analiz i wysp błyskotliwości. Minione cztery lata w polskiej dyplomacji to specyficzny postmodernizm – epoka rozmontowywania pojęć, które do niedawna traktowano jak prawdy objawione („Europa musi mówić jednym głosem”, „Niemcy to nasz najważniejszy sojusznik”, „Polska ma misję na Wschodzie”, „Kapitał nie ma narodowości”). I produkt czasów, w które partia Jarosława Kaczyńskiego doskonale się wpisała.

Reklama

Dylemat skoczka

O ile dla Berlina i Paryża wybór Donalda Trumpa w 2016 r. na prezydenta USA był kłopotem, o tyle dla polskiej prawicy okazał się wielką szansą. Polityk operujący manichejską wizją świata, w której kogoś się lubi lub nie (o Polsce mówi, że lubi), coś jest dobre albo złe, wspaniałe lub straszne – doszedł do władzy dzięki podobnym mechanizmom, które w 2015 r. zapewniły sukces wyborczy PiS. Mimo wyraźnej sympatii do Władimira Putina Trump konsekwentnie podejmuje decyzje o wzmacnianiu sił amerykańskich w Polsce. Władze w Warszawie robią wszystko – i za wszelką cenę – by ten trend podtrzymać, a opozycja nie bardzo może je na tym polu krytykować. Prezydent USA – niezależnie od niskiej wiarygodności – pozostaje najważniejszą postacią w rozmowach o wschodniej flance NATO. Jest jednak dokładnie tak, jak powiedział w niedawnym wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” Radosław Sikorski: „Stany Zjednoczone są dla Polski sojusznikiem strategicznym, ale to relacja jednostronna”. Były szef MSZ trafnie porównał Polskę do skoczka na szachownicy. I jest to określenie absolutnie trafne, choć Warszawa sama sobie tej roli nie wybrała i nie ma znaczenia, jakie barwy partyjne reprezentują polskie władze. Skoczek ma pewne unikalne możliwości: może atakować hetmana, pozostając poza jego zasięgiem, mimo że jego własny zasięg jest ograniczony. Równocześnie łatwo może zostać związany przez inne bierki, co często ogranicza mu pole manewru. Dokładnie tak samo jest z Polską na arenie międzynarodowej.
Sikorski – jako miarodajny przedstawiciel opozycji i najdłużej urzędujący po 1989 r. szef naszego MSZ – w ocenie polityki PiS wobec USA uwzględnia te uwarunkowania. Docenia zwiększającą się liczbę żołnierzy amerykańskich w Polsce. Z drugiej strony stawia tezę, że PiS to – podobnie jak SLD z czasów Kwaśniewskiego i Millera – „ekipa frajerów”, która za darmo i przedwcześnie próbuje „zadowolić USA” (minister wie, o czym mówi, bo dokładnie taką samą funkcję pełnił w okresie rządów PO-PSL w odniesieniu do Niemiec).
O ile prawdziwa jest teza Sikorskiego o nieumiejętności wykorzystywania polskich „plusów dodatnich” w relacjach z Ameryką (w końcu skoczek ma pewne możliwości), o tyle nie sposób zarzucić PiS naiwności w postrzeganiu samego Trumpa, co często czyni opozycja. Zarówno w otoczeniu prezydenta, jak i w MSZ trudno znaleźć „frajera” (trzymajmy się retoryki Sikorskiego), który nie rozumiałby wynikających z obniżonej wiarygodności prezydenta USA zagrożeń dla polskiego bezpieczeństwa. Dobra atmosfera prezentowana na spotkaniach głów państw nie przekłada się na naiwną wiarę, że Trump jest w stanie zagwarantować pozostanie amerykańskich żołnierzy w Polsce na zawsze. Ewentualny reset czy też odprężenie w relacjach Waszyngton – Moskwa (np. powrót Rosji do G7, o czym wspominał Trump) jest postrzegany jak możliwy powód do ogłoszenia konieczności zredukowania sił USA zaangażowanych na wschodniej flance NATO. Pod tym względem w kręgach dyplomatycznych PiS panuje realizm, a systematyczne dokarmianie ego Trumpa (według Sikorskiego „przedwczesne zadowalanie”) jest raczej traktowane jak kupowanie sobie czasu. Jest świadomość, że dobra koniunktura nie będzie trwać wiecznie.

Wschodoznawcy

Po objęciu władzy PiS wysoko zawiesił poprzeczkę w polityce wschodniej. Mówiono o konieczności włączenia Polski w proces uregulowania konfliktu na Donbasie. Powstawały odważne wizje zaangażowania w tę sprawę również Stanów Zjednoczonych. W wersji maksimum mówiono o możliwości wypracowania porozumienia z Rosją dotyczącego zwrotu wraku prezydenckiego Tu-154 M. Po czterech latach nic się w tej sprawie nie zdarzyło, a osłabienie pozycji Polski w Unii Europejskiej na tle sporu o łamanie zasad praworządności zmniejszyło – i tak ograniczone – możliwości polskie na Wschodzie. Zarówno w Kijowie, jak i w Mińsku czy Kiszyniowie, czyli w pasie państw stanowiących polską głębię strategiczną, siła naszych argumentów od zawsze była wiązana z pozycją w UE. Im Warszawa silniejsza we Wspólnocie, a sama Unia mniej zajęta sobą i swoimi kryzysami, tym bardziej byliśmy postrzegani jako ci, którzy „mogą coś załatwić”. Bo w relacjach z partnerami na Wschodzie prędzej czy później zawsze pojawia się – odwołajmy się do Gałczyńskiego – „twarde pytanie: ile?”.
Przez lata funkcjonowało nieuzasadnione poczucie, że Polska jest w jakiś szczególny sposób predestynowana do realizacji zadań wobec byłego ZSRR. Jako państwo, które ten region czuje i rozumie. Problem w tym, że nigdy nas tak nie postrzegał sam szeroko pojęty Wschód. A przekonał się o tym najdobitniej Radosław Sikorski, który na początku listopada 2010 r. obietnicą uruchomienia linii kredytowych próbował w Mińsku przekonywać Alaksandra Łukaszenkę do przeprowadzenia w miarę uczciwych wyborów. Między innymi dlatego, że nie był w stanie wskazać, skąd proponowane pieniądze miałyby pochodzić, jego misja zakończyła się spektakularną porażką i zamrożeniem na kilka lat relacji Białorusi z Polską i z UE.
Pod tym względem PiS w żaden sposób nie odbiega od normy. Jak każda kolejna ekipa mówi o ambitnych projektach, choćby w dziedzinie energetyki i handlu amerykańskim LNG z Ukrainą, na tak wysokim poziomie ogólności, że najpewniej pozostaną tylko odważnymi – i słusznymi – wizjami. Różnica w stosunku do poprzedników polega jedynie na tym, że w odniesieniu do Ukrainy prawica nigdy nie zaakceptowała galicyzacji polityki historycznej i pozostawienia jej w rękach pochodzącego ze Lwowa kontrowersyjnego historyka, szefa Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyra Wjatrowycza. Czy jednak – poza korzyściami politycznymi w samej Polsce i dopieszczeniem środowisk kresowych – coś dzięki temu ugrano? Wątpliwe. Wjatrowycz stracił przed kilkoma dniami stanowisko, ale nie pod presją Warszawy, tylko dlatego, że w niedawnych wyborach parlamentarnych startował z list ugrupowania, któremu patronował skonfliktowany z obecną ekipą rządzącą Petro Poroszenko. Z kolei ewentualne odblokowanie ekshumacji w Kostiuchnówce będzie powrotem do punktu wyjścia w polsko-ukraińskim sporze historycznym, a nie realnym ustępstwem nowego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.
W wymiarze politycznym marginalizację Polski na obszarze byłego ZSRR najwyraźniej widać jednak na przykładzie Mołdawii. To trzeciorzędny kraj, w którym zachodzą obecnie pierwszorzędne procesy, jeśli chodzi o relacje na linii Waszyngton – Bruksela – Moskwa. Po odsunięciu od władzy oligarchy Vladimira Plahotniuka USA, UE i Rosja zdecydowały się na eksperyment: premier Maia Sandu pozostaje prozachodnia, a prezydent Igor Dodon prorosyjski. To „wyrównanie szans” jest poligonem, na którym Zachód bada możliwość ewentualnej współpracy z Rosją na terenie trudnego państwa z zamrożonym konfliktem w separatystycznym Naddniestrzu. Polska nie odgrywa w tych procesach żadnej roli. O ile jeszcze w czasach rządów PO-PSL i Sikorskiego w MSZ w ambasadzie RP prowadzono rozmowy na temat kształtu koalicji rządzących w Kiszyniowie, o tyle teraz biernie przyglądamy się kierunkowi, w jakim podążają wydarzenia.

„Uwaga, Niemcy”

W swoim sejmowym exposé ze stycznia 2016 r. ówczesny minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski nakreślił plan remanentu w relacjach z najważniejszym sąsiadem Polski – Niemcami. Media prawicowe, które nie hamują się przed opisywaniem swoich rubryk publicystycznych indeksami „Uwaga, Niemcy”, uznały, że w relacjach z Berlinem szykuje się rewolucja. Po exposé pojawiły się pierwsze sygnały o tym, że władze w Warszawie zamierzają powrócić do tematu odszkodowań za II wojnę światową.
PiS z jednej strony podgrzewał atmosferę w relacjach z Berlinem, a z drugiej na każdym kroku zapewniał, że w wymiarze gospodarczym i politycznym jesteśmy zainteresowani jak najściślejszą współpracą. Budując tę dwoistą narrację, w zasadzie skopiował wieloletnią taktykę stosowaną przez niemiecką dyplomację wobec Polski. Berlin od lat przekonywał, że chce pozostać ważnym sojusznikiem Warszawy. Z drugiej jednak strony ani na krok nie ustępował w sprawach dla siebie strategicznych (takich jak budowa kolejnych nitek Gazociągu Północnego) i wyłącznie symbolicznych (jak uznanie praw mniejszości polskiej w RFN; warto zaznaczyć, że takim statusem cieszą się Serbołużyczanie).
Otoczenie prezydenta Dudy zakłada, że asertywnością uda się przyzwyczaić Berlin do nowej roli junior partnera (Polski), który po trzech dekadach od upadku komunizmu domaga się bardziej partnerskich relacji. Za wcześnie jest, by oceniać, na ile takie założenia i ta taktyka będą skuteczne. Z jednej strony Niemcy powoli rozmiękczają swoje stanowisko wobec odszkodowań za II wojnę światową, a podnoszącemu ten temat PiS-owi udało się wysoko ulokować polski przekaz dotyczący historii. Każdy powrót do tematu odszkodowań wiąże się z przypomnieniem faktu, że naziści mieli narodowość, co w okresie wzrostu znaczenia polityk historycznych w stosunkach międzynarodowych ma ogromne znaczenie. Z drugiej strony Berlin w wielu obszarach nadal skutecznie pozoruje współpracę z Warszawą. Choćby w kwestii porozumienia dotyczącego poparcia dla niemieckiej kandydatki na szefową Komisji Europejskiej. Ursula von der Leyen swoje stanowisko w dużej mierze zawdzięcza głosom eurodeputowanych wywodzących się z PiS. Polska co prawda dostała w zamian istotną tekę w KE, ale nie tę, której spodziewał się delegowany na polskiego komisarza prezydencki minister Krzysztof Szczerski (ostatecznie zrezygnował). Jakby tego było mało, jego następca Janusz Wojciechowski został zgrillowany na okoliczność nieprawidłowości w wydatkowaniu pieniędzy unijnych, a jego los jako polskiego kandydata pozostaje nieznany.
Równie niejednoznaczna – i szkodliwa dla Polski – pozostaje polityka Berlina wobec Rosji. Z jednej strony polega ona na retorycznej krytyce pod adresem Kremla, a z drugiej na rozszczelnianiu systemu sankcji wobec osób odpowiedzialnych za aneksję Krymu i dążeniu do zakończenia za wszelką cenę konfliktu na Donbasie (nawet kosztem uznania republik separatystycznych, co umożliwiłoby Rosji odbudowanie jej aktywów w postaci umownej Partii Noworosja na Ukrainie).
Uczciwie oceniając styl dyplomacji niemieckiej, który momentami ociera się o zdradę dyplomatyczną, trudno PiS-owi czynić zarzut, że sam wprowadza wieloznaczności do relacji z Berlinem, a fikcję strategicznych relacji próbuje demaskować. Korzyści z relacji, w której partner gra podwójną, jeśli nie potrójną rolę, są mniej więcej takie same, jak zamrożenie stosunków z Niemcami. Czyli żadne.