Obok wielkich zwycięzców zwykle stoją wielcy przegrani. O Słudze Narodu i Wołodymyrze Zełenskim napisano już wiele. Ta niemająca precedensów historia biznesmena z branży rozrywkowej i aktora znanego z kabaretów i komedii romantycznych, który najpierw bierze 73 proc. w wyborach prezydenckich, a potem samodzielną większość w parlamencie, długo będzie rozpalać emocje analityków i celebrytów, którzy chcieliby powtórzyć jego drogę.
Reklama
Czas przyjrzeć się wielkiemu przegranemu. Jego droga w dół była naznaczona wszystkimi chorobami ukraińskiej polityki, które teraz wiszą też nad Sługą Narodu. Petro Poroszenko w 2014 r. zdobył 54,7 proc. w I turze wyborów prezydenckich. Po pięciu miesiącach Blok Petra Poroszenki (BPP) nawiązał do tego sukcesu, zdobywając 21,8 proc. głosów i 132 na 423 mandaty w Radzie. Ten rok to 16,0 proc. Poroszenki w I turze prezydenckich oraz zaledwie 8,1 proc. i 25 na 424 mandaty jego Solidarności Europejskiej (JeS) w parlamentarnych (dane z 99,6 proc. lokali).
Dwa lata temu marketingowcy BPP toczyli wielkie bitwy na papierze, by zapewnić zwierzchnikowi reelekcję. Ponieważ sondaże dawały przewagę Julii Tymoszenko, postanowiono podpompować prorosyjskiego polityka Jurija Bojkę. W ten sposób Poroszenko chciał powtórzyć manewr Łeonida Kuczmy z 1999 r. – doholować do II tury kandydata niewybieralnego dla większości Ukraińców (wówczas lidera komunistów), po czym z bezpieczną przewagą pokonać go w II turze.
Flirt z Bojką i najbogatszym Ukraińcem Rinatem Achmetowem (wówczas jeszcze sprzymierzonymi) miał konkretny wymiar. Ludzie Poroszenki wyciszyli działalność prorosyjskiej partii Nasz Kraj (NK), którą wcześniej stworzono w administracji prezydenta, by odbierała głosy ugrupowaniu Bojki. Prezydentowi, chętnie grającemu na nucie bezkompromisowej obrony przed rosyjską agresją, nie przeszkadzało, że na czele NK stali tacy ludzie, jak Anton Kisse, który w 2014 r. co najmniej symetrystycznie traktował separatystyczne ciągoty w obwodzie odeskim.
Z moich rozmów z otoczeniem Poroszenki wynikało, że między nim a Bojką zawarto niepisany pakt o ograniczonej nieagresji. Obaj politycy musieli się oczywiście atakować dla własnej wiarygodności, ale nie wytaczali dział, które mogłyby trafić do przekonania potencjalnych wyborców przeciwnika. Telewizje wierne Poroszence (5 Kanał, Priamyj) oraz prorosyjskiej części sceny (112, Inter, NewsOne, Ukrajina) tworzyły wrażenie, że nadchodząca kampania będzie starciem dwóch gigantów – Bojki i Poroszenki. Przekaz dla wyborców Tymoszenko był jasny: nie chcecie rewanżu prorosyjskich, zaciśnijcie zęby i zagłosujcie na Poroszenkę.
Zamysł by się powiódł, gdyby nie pojawiła się trzecia siła. Okazało się, że ustawianie sobie Bojki w charakterze sparingpartnera w kontrze do Tymoszenko co prawda podkopywało pozycję byłej premier, a Poroszence dawało wzrost poparcia, lecz był on niewystarczający. Popyt na zmianę pokoleniową i jakościową w polityce był wysoki od dawna, lecz dopiero Zełenski (i stojące za nim media Ihora Kołomojskiego) znalazł sposób, by ten popyt zaspokoić. Poroszenko miał zbyt wysoki elektorat negatywny i zbyt późno zorientował się, co się dzieje, by nawiązać walkę z realnym przeciwnikiem.
Po przegranej prezydenturze ludzie Poroszenki łudzili się, że pokonanie w I turze Tymoszenko automatycznie da mu funkcję lidera opozycji. Tym silniejszej, że Zełenski – oczekiwano – szybko się zużyje i nawet jeśli dociągnie do końca kadencji, po niej władza wróci do starej gwardii. Po słabej kampanii marketingowcy Poroszenki wyciągnęli wnioski. Przeprowadzono rebranding partii, pozbywając się z nazwy nazwiska lidera i nawiązując do wielkiego marzenia Ukraińców. Od tej pory o ich serca miał walczyć nie Blok Poroszenki, lecz Solidarność Europejska o skrócie JeS, w języku ukraińskim tożsamym ze skrótem Unii Europejskiej.
Na listy przed wyborami parlamentarnymi Poroszenko wprowadził wiele nowych twarzy, przedstawiając Ukraiń com całkiem ciekawą alternatywę. Najbardziej skompromitowane postaci usunięto w cień, każąc im się bić w okręgach jednomandatowych. W ten sposób przepadł kolega Poroszenki z wojska Ihor Kononenko, który dzielił i rządził w ukraińskim biznesie metodami mającymi niewiele wspólnego z obiecywaną przejrzystością i europejskością. Okazało się, że tacy ludzie jak Kononenko mimo to pociągnęli JeS w dół – problemem była ich obecność przez pięć lat, a ich schowanie za pięć dwunasta tej obecności nie przekreśliło.
W efekcie Poroszenko stał się ofiarą własnych wielopiętrowych kombinacji. Liderem opozycji nie został, bo przegrał także z Ojczyzną Tymoszenko, która zdobyła o 11 tys. głosów i jednego posła więcej. A siłą numer jeden w opozycji zostało O Życie i Jurij Bojko, za którego plecami stoi osobisty przyjaciel Władimira Putina i znajomy Poroszenki jeszcze z lat 90. Wiktor Medwedczuk. Bojce pomógł sam niedawny prezydent, pompując go przez długie miesiące jako wymarzonego sparingpartnera w rozgrywce o reelekcję.
Próby rozgrywania polityki z reprezentantami rosyjskich interesów nie pomogły Poroszence w walce o własną wiarygodność. Wiele haseł, z którymi były prezydent dochodził do władzy, przypominało aktualne hasła Zełenskiego: nowe twarze w polityce, walka z korupcją, szybkie zakończenie wojny, reformy.
Poroszenko okazał się najlepszym ukraińskim prezydentem w historii – on i bliski mu rząd wdrożyli umowę o stowarzyszeniu i wolnym handlu z UE, uratowali finanse publiczne przed krachem, odbudowali armię, zreformowali energetykę, zbudowali zręby struktur antykorupcyjnych. Ale choć był najlepszy, był zarazem zbyt słaby, jak na wyzwania, które przed nim stały. Struktury antykorupcyjne powstały, bo żądał tego Zachód, ale na starcie wybito im zęby i częściej goniły one prowincjonalnych sędziów za kilkutysięczne łapówki niż wielkich aferzystów (z Bojką na czele). Armię odbudowano, ale koledzy kolegów Poroszenki pożerali część środków na wojsko dzięki ustawianym przetargom. Energetykę unormowano, lecz zarazem zapewniono Achmetowowi milionowe zyski na podejrzanych mechanizmach ustalania cen węgla, a pieczę nad państwowymi kopalniami dostali ludzie prezydenta, którzy formalnie nie pełnili w nich żadnych funkcji (czyli byli tzw. smotriaszczimi). Nie ruszono sądów, by zachować kontrolę nad wyrokami, a jak tylko ją utracono, sędziowie zaczęli wydawać decyzje w interesie nowych władców.
Poroszenko od początku był traktowany jako prezydent okresu przejściowego. Jeden z moich rozmówców jeszcze w 2014 r. mówił, że jest w nim 30 proc. cech Wiktora Janukowycza. Miał rację, choć przed pięcioma laty nikt nie przypuszczał, że będzie to okres przejściowy w drodze do rządów trybuna ludowego, który na kolejnych filmikach na YouTubie ruga urzędników w sposób godny Alaksandra Łukaszenki. Zełenski też obiecuje dezoligarchizację, walkę z korupcją i nowe, nieskompromitowane twarze. Ale dopiero będzie musiał udowodnić odporność na choroby, którym poprzednik nie sprostał. I im większy będzie w nim procent z Janukowycza, tym mniejszy będzie procent poparcia Sługi Narodu w kolejnych wyborach.
Choć Poroszenko był najlepszy, był zarazem zbyt słaby jak na wyzwania, które przed nim stały