Donald Trump na szczycie G20 w japońskiej Osace uzgodnił z przywódcą Chin Xi Jinpingiem, że na razie nie będzie nowych ceł.
Liderzy państw G20 po trwającym dwa dni maratonie negocjacyjnym zgodzili się co do treści postanowienia końcowego. Dokument publikowany po zakończeniu każdego z corocznych szczytów ma kluczowe znaczenie. Potwierdza, że państwa wytwarzające ponad 80 proc. globalnego PKB mają wspólną, przynajmniej na papierze, wizję rozwoju świata.
Grono prawników i negocjatorów, którzy na G20 towarzyszyli głowom państw, stoczyło największy bój o kwestię zapobiegania skutkom zmian klimatycznych. W końcowej treści postanowienia państwa potwierdzają, że „Porozumienie paryskie jest nieodwracalne” i że są „zdeterminowane do jego wdrożenia”. Wyniki konferencji ONZ w Paryżu z 2015 r., na którą powołali się liderzy, zakładają, że do końca XXI w. temperatura nie może wzrosnąć o więcej niż 1,5 st. C, co według naukowców jest możliwe tylko, jeśli światowa gospodarka najpóźniej do 2050 r. dojdzie do zerowego salda emisji dwutlenku węgla.
Reklama
To, że administracja prezydenta USA Donalda Trumpa wycofała się z Porozumienia paryskiego już w 2017 r., zmusiło negocjujących w Osace do powtórzenia fortelu, który udał się już na ubiegłorocznym szczycie G20 w Buenos Aires. W treści dodano specjalny paragraf, w którym przedstawiono odrębną pozycję USA w kwestii celów klimatycznych. Zatem przyjęty dokument zawiera de facto rozbieżne stanowiska Stanów Zjednoczonych i pozostałych państw w kwestiach zmian klimatu.
Kompromis był niezbędny, bo jeszcze przed rozpoczęciem rozmów przedstawiciele państw unijnych, które zasiadają w G20, zagroziły, że podpiszą tylko porozumienie postulujące ambitne cele klimatyczne. – To był ważny sygnał dla wahających się państw, jak Arabia Saudyjska, Australia czy Brazylia – komentował na antenie Deutschlandfunk polityk niemieckiej CDU Norbert Röttgen. To z tymi państwami, jak komentowała już po osiągnięciu kompromisu kanclerz Angela Merkel, rozmowy trwały „do ostatniej minuty”.

Reklama
Apple zamierza przenieść do Chin swoje fabryki komputerów
Pomimo rozbieżnych stanowisk podczas samych obrad europejscy liderzy starali się zjednać sobie Trumpa. Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker w trakcie sesji otwierającej mówił o wzroście eksportu amerykańskiego gazu LNG do państw UE o 330 proc. Ustępujący szef KE miał z pewnością z tyłu głowy świeże groźby Trumpa, że jego administracja może rozpocząć wojnę handlową także z Europą.
Podczas szczytu większą uwagę niż oficjalne sesje i wystąpienia budziły jednak gesty i mowa ciała światowych przywódców. Z grobowej, zdegustowanej miny brytyjskiej premier Theresy May można było wyczytać jej opinię na temat rosyjskiego prezydenta Władimira Putina, z którym odbyła półtoragodzinną rozmowę w cztery oczy. Gospodarz Kremla zadbał, żeby mówiło się o nim jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem obrad. W wywiadzie udzielonym „Financial Times” stwierdził, że „liberalizm jest przestarzały”, a także skrytykował decyzję Merkel o otwarciu granic dla uchodźców. Putin nie żałował natomiast ciepłych słów wobec Trumpa, co mogło mieć wpływ na przyjazną atmosferę, która panowała w trakcie konferencji prasowej po rozmowach obu przywódców.
Putin zwrócił na siebie uwagę raz jeszcze, gdy podczas oficjalnej kolacji jako jedyny pił z własnego kubka termicznego, jakby obawiał się otrucia lub przynajmniej chciał stworzyć takie wrażenie. Zainteresowani mniej oficjalną stroną G20 wychwycili również, że w klubie najbogatszych na czołową pozycję powrócił saudyjski książę Muhammad ibn Salman. Na zdjęciu grupowym został ustawiony bowiem w środku pierwszego rzędu pomiędzy organizującym szczyt premierem Japonii Shinzō Abem a Trumpem. Jeszcze rok temu na szczycie w Buenos Aires Muhammad pełnił rolę pariasa po tym, jak na jaw wyszło zabójstwo saudyjskiego dziennikarza Dżamala Chaszukdżiego, na którego wyrok zapadł w najwyższych kręgach politycznych w Rijadzie.
Z innych powodów obserwowana była Merkel. W ciągu ostatnich tygodni kamery dwukrotnie zarejestrowały, jak kanclerz z trudem radzi sobie z drgawkami. To wywołało falę spekulacji na temat stanu zdrowia niemieckiej polityk. Jednak w Osace kanclerz krótko zapewniła, że „czuje się dobrze”, i nie dała po sobie poznać symptomów choroby czy zmęczenia. A to drugie musiało notorycznie towarzyszyć przynajmniej europejskim politykom z powodu siedmiogodzinnej różnicy czasu.
Tymczasem inwestorów najbardziej interesowały rezultaty spotkania Trumpa z chińskim przywódcą Xi Jinpingiem. Obie strony ogłosiły zawieszenie broni, przynajmniej na jakiś czas, w toczonej od prawie dwóch lat wojnie handlowej między dwiema największymi gospodarkami świata. Dowiedzieliśmy się, że i tak już zaporowe cła nie wzrosną, a dodatkowo USA odstąpią od konfrontacji z Huaweiem, chińskim gigantem technologicznym, który błyskawicznie podbija międzynarodowe rynki. Szczegółów tego doraźnego porozumienia jednak nie poznaliśmy.
Pertraktacje mają zostać wznowione, ale nie ustalono, w którą stronę mają one zmierzać i czy w najbliższej przyszłości będzie w ogóle mowa o obniżce taryf. Na razie tendencja w światowej produkcji utrzymuje się dalej na korzyść Pekinu. Przykład? Apple zamierza przenieść tam swoje fabryki komputerów osobistych i dotychczasowe potyczki wojny handlowej nie wpłynęły na zmianę planów amerykańskiego koncernu. Ale to, że cła nie znikną, może mieć konsekwencje dla Chin. Międzynarodowe firmy, aby unikać tych obciążeń, będą wycofywać część swojej produkcji z ChRL, szczególnie na jej ostatnim etapie, bo to jej efekt jest oclony. Dlatego wkrótce Państwo Środka może przestać być fabryką numer jeden świata, co odbije się na jego pozycji.
Zresztą bilateralne rozmowy w Osace przypominają te, które przeprowadzili ze sobą Trump i Xi na początku grudnia zeszłego roku na poprzednim szczycie G20 w Buenos Aires. Wtedy też ogłoszono tymczasowy pokój. A jednak niecałe pół roku później amerykański prezydent go wypowiedział i po raz kolejny podniósł cła na chińską produkcję wartą prawie 300 mld dol. Jako powód Biały Dom podał wówczas próby sabotowania przez władze w Pekinie negocjacji, których celem miało być zrestrukturyzowanie chińskiej gospodarki do warunków bardziej rynkowych.
Mało czasu w Osace poświęcono natomiast kwestii Iranu. Donald Trump miał rozmawiać o kryzysie z indyjskim premierem Narendrą Modim. Ale rozmowom z międzynarodowymi partnerami nie sprzyjało zeszłotygodniowe zamieszanie, kiedy prezydent USA w ostatniej chwili odwołał odwetowy atak na Iran, który miał być zemstą za zestrzelenie przez Teheran amerykańskiego drona, i zdecydował się w zamian na nałożenie na władze Iranu kolejnych sankcji. Miało to zmusić ajatollahów do negocjacji, ale wywołało odwrotny skutek, doprowadzając do ostatecznego zerwania kontaktów między dwoma krajami. Rzecznik irańskiego MSZ Abbas al-Musawi powiedział, że manewr Trumpa był przeciwskuteczny i doprowadził do zamknięcia drogi porozumienia między oboma krajami.
Zaskakujący dla światowych liderów i ekspertów był język, jakiego Trump w tej sprawie używa i jakie wyznacza sobie teraz w tej sprawie cele. – Myślę, że oni chcą negocjować. Chcą zawrzeć porozumienie. Dla mnie opcją jest porozumienie nuklearne – powiedział prezydent amerykańskim reporterom przed wylotem do Osaki. Analitycy uznali, że Trump chce osiągnąć cel podobny do obowiązującego od 2015 r. porozumienia o kontroli irańskiego programu atomowego, które było sporym sukcesem dyplomacji Baracka Obamy i któremu dalej kibicuje Unia Europejska. Obecny prezydent USA od początku urzędowania podważał i krytykował ten dokument, aż w maju 2018 r. się z niego jednostronnie wycofał.
Po zakończeniu szczytu w japońskim mieście Trump postanowił zająć się innym pełzającym kryzysem nuklearnym. Udał się do strefy zdemilitaryzowanej między państwami koreańskimi i jako pierwszy w historii urzędujący prezydent Stanów Zjednoczonych wszedł na terytorium Korei Północnej. Stało się to chwilę po powitaniu z Kim Dzong Unem. Następnie ten ostatni przeszedł na południową stronę. – To dziejowy moment. Jestem dumny, że tę granicę przekroczyłem – powiedział dziennikarzom Trump. – Dobrze pana znowu widzieć. Nie spodziewałem się, że spotkamy się w tym miejscu – stwierdził z kolei Kim, gdy przywódcy uścisnęli sobie dłonie. I pochwalił amerykańskiego prezydenta za odwagę i determinację.
Rozmowa w cztery oczy trwała niespełna godzinę. – Nikt nie wie, jak to się zakończy, ale ten dzień był niesamowity, wręcz legendarny. To było świetne spotkanie. Zależy nam na wszechstronnym porozumieniu. Problemy są skomplikowane, ale nie aż tak, jak się niektórym wydawało – oznajmił potem Donald Trump. Prezydent USA zapowiedział utworzenie specjalnych zespołów roboczych, które zajmą się wypracowaniem porozumienia w sprawie denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego.
Kukułcze jajo z Ameryki Południowej
Podpisane właśnie porozumienie ze Wspólnym Rynkiem Południa (Mercosur), grupującym Argentynę, Brazylię, Paragwaj i Urugwaj, otworzy europejski rynek na blok zamieszkiwany przez 260 mln ludzi. To szansa dla europejskiego przemysłu i rynku usług. Bruksela nie ukrywa satysfakcji z podpisania największego porozumienia handlowego w dziejach UE. Ale do jego zawarcia doszło pomimo apeli czterech krajów członkowskich, w tym Polski, o odroczenie rozmów. Oprócz nas duże wątpliwości mają też Belgia, Francja i Irlandia, które nie chcą otwarcia rynku na tańszą brazylijską wołowinę i inne produkty rolnicze.
– W ten sposób na rynek europejski, który ma bardzo wyśrubowane standardy żywności, zostanie dopuszczone tanie mięso niespełniające wymagań, które my musimy spełniać. To podwójne standardy – mówi Jerzy Wierzbicki, prezes Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego. W jego ocenie obecny szef KE Jean-Claude Juncker zdecydował się na podpisanie porozumienia, by odtrąbić sukces, jednocześnie podrzucając kukułcze jajo swojemu następcy.
Ostatecznie KE zgodziła się na kontyngent wołowiny w wysokości 99 tys. ton rocznie. Jak podkreśla Wierzbicki, rolnicy obawiali się, że KE zgodzi się na jeszcze wyższą kwotę, chociaż i na tę wynegocjowaną ich zgody nie było. Rolnicy chcą, by polski rząd przeprowadził ekspertyzę, zanim Sejm zgodzi się na ratyfikację. Tomasz Włostowski, ekspert ds. polityki handlowej EU z kancelarii EUTradeDefence, przewiduje problemy z ratyfikacją również w Parlamencie Europejskim, gdzie silne są partie lewicowe. – W końcu Europa, która dba o ekologię, nagle ma otworzyć się na produkty uprawiane, w przenośni, na zgliszczach Puszczy Amazońskiej – mówi.
Umowa jest przedmiotem zainteresowania Hiszpanów, Niemców, Portugalczyków i Włochów. – Te zyskają na niej albo ze względów kulturowych, albo ze względu na konkurencyjność eksportu – podkreśla Włostowski. W jego ocenie dla Polski umowa wiąże się bardziej z ryzykiem dla rolnictwa niż z korzyściami dla przemysłu. Jako dostawca podzespołów do samochodów i artykułów gospodarstwa domowego możemy skorzystać na części celnej w przemyśle. – Ale na liberalizacji usług już mniej skorzystamy. Ciężko będzie polskim bankom czy firmom telekomunikacyjnym nagle wejść do Argentyny i podbić ją szturmem – dodaje ekspert.