Formuła spitzenkandidat może zostać zachowana, ale niekoniecznie wybór padnie na Manfreda Webera – mówi w rozmowie z DGP Paweł Zerka, ekspert ds. UE.
Reklama
Tuż przed poniedziałkowym szczytem UE liderzy frakcji w Parlamencie Europejskim zaapelowali o poszanowanie formuły spitzenkandidat. Dlaczego to dla nich tak ważne?
Z punktu widzenia Parlamentu Europejskiego ta formuła wzmacnia demokratyczną legitymację władz europejskich. PE jest jedyną instytucją unijną, której członkowie są wybierani w bezpośrednich wyborach. Pomysł polega więc na tym, żeby również władza wykonawcza UE, Komisja Europejska, miała źródło w tym demokratycznym wyborze. Równocześnie Parlament wzmacnia swoją pozycję w negocjacjach, które inaczej zostałyby po cichu załatwione w gronie liderów państw członkowskich. Widzimy więc miks szczytnego celu i walki pomiędzy instytucjami europejskimi.
Parlament Europejski ma szansę wzmocnić swoją pozycję?
Już traktat lizboński ją wzmocnił. Parlament na pewno chce odgrywać kluczową rolę w wielu kwestiach, choćby w czekających nas negocjacjach budżetowych. Istnieje również ryzyko głębokich podziałów politycznych na forum Rady w najbliższych latach. W takiej sytuacji Parlament będzie miał do odegrania kluczową rolę jako stróż praworządności i miejsce, gdzie da się wypracować wspólne stanowiska. Przy sprawnie działającym Parlamencie, wywodzącym się z wyborów o rekordowej frekwencji, szefom rządów trudno będzie zignorować przyjmowane tam rezolucje.
Głowy państw podczas poniedziałkowego szczytu demonstracyjnie pomniejszały szanse Manfreda Webera. Czy to prztyczek wymierzony Parlamentowi przez liderów państw członkowskich?
Nie jestem pewien, czy Rada koniecznie musi wymierzać prztyczki. Szefowie państw zdają sobie sprawę, że posiadają większą władzę niż Parlament. Zamiast o prztyczku, mówiłbym raczej o próbie zdobycia przez poszczególnych liderów pole position na starcie negocjacji.
Jak mogą potoczyć się dalsze rozmowy?
Formuła spitzenkandidata może wciąż zostać zachowana, ale niekoniecznie wybór padnie na Manfreda Webera. Stałoby się źle, gdyby został on zbyt szybko odrzucony. To byłby jednak afront wobec Angeli Merkel, który trudno byłoby jej uzasadnić w kraju. Mówi się, że Weber sam w pewnym momencie wycofa się z wyścigu. Chodzą pogłoski, że bardziej zależałoby mu na tym, żeby zostać przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, a nie szefem Komisji.
Macron podkreślał podczas szczytu, że Komisja potrzebuje doświadczonego i charyzmatycznego lidera. Na kogo w tym momencie stawia Paryż?
Wszystkie argumenty, które słyszymy od poniedziałku, są tylko dorabianiem pewnej historii do trwających negocjacji. Tradycyjnie szef Komisji Europejskiej powinien pełnić poprzednio funkcję premiera lub ministra. Wywodzić się z grona polityków, którzy spotykają się podczas szczytów UE. Ale też nie zawsze tak było. Jacques Delors, Francuz stojący w przeszłości na czele Komisji, nie miał tego rodzaju doświadczenia. Mimo to był świetnym szefem. Manfred Weber nie ma charyzmy, ale trudno zarzucić mu brak doświadczenia. W końcu szefuje największej frakcji w Parlamencie Europejskim. Gdyby miał zostać odrzucony z tego powodu, że nie ma doświadczenia, to istnieje ryzyko, że Parlament Europejski zrozumie to jako zniewagę i zacznie blokować inne kandydatury nadsyłane przez Radę. Z kolei Francuzom chodzi o to, żeby szefem Komisji Europejskiej został Michel Barnier. On jest od dawna promowany jako koncyliacyjny kandydat, który może połączyć różne frakcje, zapewnić ciągłość i dopilnować brexitu.