Na tydzień przed wyborami polska polityka jest monotonna, a kampania wyborcza jakby się nie rozpoczęła.
Reklama
Dziennik Gazeta Prawna
Gdy jeździ się po Polsce i pyta ludzi o głosowanie do europarlamentu, można odnieść wrażenie, że tych wyborów właściwie nie ma. Wszyscy żyją swoim życiem i często są zbyt zapracowani, aby zwrócić uwagę na to, o czym mówią do nich politycy. Gdzieś w oddali przywódcy partyjni monotonnie powtarzają obietnice podczas konwencji, które dawno zaczęły już nużyć. Uważnie wydarzenia śledzi jedynie tak zwany komentariat, czyli dziennikarze żyjący z komentowania bieżącej polityki oraz garstka bardziej zaangażowanych wyborców.
Zastanówmy się zatem, o co tak naprawdę toczy się walka przed wyborami europejskimi. Zasadniczo są to trzy rzeczy.

Reklama
Pierwszą z nich jest polityczna wiarygodność: czy bardziej przekonująca dla wyborców w dniu głosowania okaże się Zjednoczona Prawica czy Koalicja Europejska.
KE stawia na naprawę standardów praworządności i podkreśla konieczność odsunięcia od władzy PiS jako partii anarchizującej i prywatyzującej państwo. Z kolei partia rządząca postrzegana jest jako ta, która walczy z biedą, a swój przekaz kieruje nie do wielkomiejskich elit, ale do zwykłych ludzi. Ten właśnie aspekt będą teraz podkreślać politycy skupieni wokół Jarosława Kaczyńskiego.
Sondaże poparcia wskazują obecnie, że obie te siły mają wyrównane szanse, z lekką przewagą Zjednoczonej Prawicy. Czy to wystarczy obozowi władzy – tego nie wiadomo. Wizerunek PiS jest relatywnie stabilny dzięki rozdawanym przez rząd świadczeniom finansowym oraz projektowi piątki Kaczyńskiego. Nie wiadomo jednak, jak wpłynie na jego popularność wzmożona fala krytyki pod adresem Kościoła katolickiego, będąca efektem filmu „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich. To może sprawić, że nawet słowa Kaczyńskiego, który podkreślał, że podnoszenie ręki na Kościół to podnoszenie ręki na Polskę, pociągną Zjednoczoną Prawicę w dół. Niebezpieczeństwo wyborcze może spowodować nawet jedna nieuważna wypowiedź, jak choćby ostatnie buńczuczne zapowiedzi ministra Joachima Brudzińskiego na Twitterze po aresztowaniu Elżbiety Podleśnej w sprawie tzw. Matki Boskiej tęczowej.
Nie znaczy to wcale, że pozycja Koalicji Europejskiej jest stabilniejsza. Choć prawdą jest, że Platforma Obywatelska, wokół której sformowano ten projekt polityczny, przeszła od 2015 r. bardzo długą drogę. Po ostatnich wyborach prezydenckich i parlamentarnych było to ugrupowanie rozbite, niepewne swojej tożsamości, przyćmione przez ówczesną działalność Komitetu Obrony Demokracji. Przez wiele miesięcy partia wydawała się reaktywna, a jej politycy, odpowiadając na każdą prowokację ze strony PiS, robili wrażenie, jakby nie mieli czasu zastanowić się nad jakimkolwiek własnym przekazem. Jedynym programem PO tamtego czasu wydawał się radykalny antypisizm. Z czasem jednak Platforma przeszła pewną przemianę. Zamiast budować opozycję totalną, Grzegorz Schetyna skoncentrował się na poszukiwaniu wspólnego mianownika partii przeciwnych rządowi. Komisja Europejska jest formacją polityczną mającą jeden cel, ale bynajmniej nieprzekonującą, że jej członkowie mają takie same poglądy. Wręcz przeciwnie, jest to grupa polityków mających najróżniejsze przekonania, przez co Prawu i Sprawiedliwości trudniej jest reagować na ich wypowiedzi.
Tutaj jednak również nie jest jasne, czy tyle wystarczy, aby wygrać wybory. Schetynie udało się spełnić jedno z politycznych marzeń – sformował polską opozycję tak, aby nie była podzielona, jak ta na Węgrzech.
Jednak bardziej zainteresowani wyborcy wiedzą, że to scalenie opozycji nie jest wcale takie proste. Jeśli ktoś zadał sobie trud, aby rozwiązać w ostatnich dniach test Latarnika Wyborczego, mógł bardzo się zdziwić. Wielu ludzi dzieliło się w mediach społecznościowych tym samym doświadczeniem. Choć mają poglądy umiarkowane i uważają się za potencjalnych wyborców Koalicji Europejskiej, Latarnik wskazał zbieżność ich poglądów np. z Wiosną i Konfederacją jednocześnie (sic!), zaś z Koalicją łączyło ich… 0 proc. Stało się tak dlatego, że KE po prostu nie odpowiedziała na pytania Latarnika. Być może dlatego, że obawiano się, iż zgromadzonym pod tym szyldem ugrupowaniom trudno będzie dać jednakowe odpowiedzi. To jednak może wzbudzić poważne podejrzenia: jeśli Koalicja nie może zgodzić się choć w kilkunastu istotnych sprawach, to być może jej jedynym programem jest wciąż ten sam antypisizm, zręcznie ukryty za atrakcyjną zasłoną zjednoczenia frontu?
Ostatecznie polscy wyborcy, w większości za bardzo zajęci codziennymi sprawami, aby uważnie śledzić, co dzieje się na scenie politycznej, zagłosują po prostu na to ugrupowanie, które będzie wydawało im się nieco mniej szkodliwe. Tutaj jednak wchodzimy na drugie pole walki: o stworzenie dynamiki następujących po sobie wyborczych wygranych. Rok 2015 jest kolcem w sercu opozycji – wtedy Prawo i Sprawiedliwość najpierw brawurowo wygrało wybory prezydenckie, a następnie siłą rozpędu, mobilizacji i zyskanego poczucia pewności także wybory parlamentarne. Dla opozycji seria tegorocznych wyborów wydaje się szansą, aby w podobnym stylu przytrzeć teraz nosa partii rządzącej.
Tutaj jednak również nie jest pewny ani wynik, ani to, czy będzie on miał podobne znaczenie dla dynamiki procesu politycznego. Głosowanie na kandydatów do Parlamentu Europejskiego nie przyciąga wyborców umiarkowanego środka. Raczej jest to – i to nie tylko w Polsce – głosowanie bądź dla wykształconych i zaangażowanych politycznie elit miejskich, bądź dla różnej maści radykałów. Stąd relatywnie niska frekwencja we wszystkich krajach członkowskich. Nad Wisłą ustawienie całego głosowania europejskiego w kategoriach referendum za lub przeciw PiS-owi może jakoś pomóc mobilizacji wyborczej, nie jest jednak jasne, czy i do jakiego stopnia się to stanie.
Nie tylko w naszym kraju kampania do Parlamentu Europejskiego toczy się w oparciu o tematy niemal wyłącznie lokalne. Wszystko to sprawia, że trzecia rzecz, o którą toczy się gra wyborcza, zostaje zepchnięta na margines. Mamy bowiem dzisiaj także do czynienia z walką o to, jak będzie w przyszłości wyglądała Europa. Szanse między politykami nieliberalnymi i liberalnymi są wyrównane nie tylko w Polsce.
Niezależnie od wyniku wyborów, kolejna kadencja Parlamentu Europejskiego upłynie pod znakiem poszukiwania nowego modelu Europy. Czy będzie to, nazwijmy to umownie, model Viktora Orbána, w którym podkreśla się suwerenność państw narodowych i ich prawo do nieprzyjmowania polityki narzucanej przez Brukselę? Czy też raczej model Emmanuela Macrona, bardziej nastawiony na federalizację, współpracę i wzajemne zależności państw unijnych?
Jeśli zwolennicy liberalnej demokracji i modelu Macrona pragną zwyciężyć w dłuższej perspektywie, będą musieli pamiętać, że rozprzestrzenianie strachu przed politycznymi oponentami do tego nie wystarczy. Potrzebne jest więcej bardziej zróżnicowanych strategii, a także szersza koncepcja, jak może wyglądać wspólna przyszłość.
Liberalna demokracja jest oparta nie tylko na wierze w fundamentalną wolność jednostki, ale również na optymizmie dotyczącym przyszłości. Jeśli liberałowie europejscy pragną nauczyć się przekonywać do siebie wyborców bez rezygnacji ze swoich wartości, muszą pamiętać, że największe sukcesy Europy – w tym także naszego regionu – wynikały nie ze strachu, ale z nadziei.
„Była to najlepsza i najgorsza z epok (…) czas wiary i czas zwątpienia (…) wiosna pięknych nadziei i zima rozpaczy” – tak rozpoczynał Karol Dickens swoją wielką „Opowieść o dwóch miastach” dziejącą się tuż przed rewolucją francuską. W podobny sposób można byłoby wypowiedzieć się o wyborach, które czekają nas w tym momencie. Od ich wyniku, ale też od tego, co z tym wynikiem zrobią politycy, zależy wiarygodność ścierających się dziś ze sobą w ramach Europy światopoglądów, a także nasza przyszłość. Wygra ten, którego przedstawicielom uda się stworzyć bardziej przekonujące źródła nadziei.
Głosowanie na kandydatów do Parlamentu Europejskiego nie przyciąga wyborców umiarkowanego środka. Raczej jest to – i to nie tylko w Polsce – głosowanie bądź dla wykształconych i zaangażowanych politycznie elit miejskich, bądź dla różnej maści radykałów. Stąd relatywnie niska frekwencja we wszystkich krajach członkowskich
Autorka jest historyczką idei, adiunktem w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Opublikowała m.in. esej „Wina narodów. Przebaczenie jako strategia prowadzenia polityki”, wyróżniony Nagrodą im. Józefa Tischnera. Właśnie ukazała się jej nowa książka „Wynalazek nowoczesnego serca”