Ukraina nie wygra wojny o Morze Azowskie z prostego powodu. W zasadzie nie ma floty. Po aneksji Krymu została jej jedna fregata, jedna korweta, 39 mniejszych jednostek i 10 samolotów, których kondycja nie jest znana.
Michał Potocki / Dziennik Gazeta Prawna / Wojtek Gorski
Rosjanie z kolei dysponują siłą rażenia równą łącznej sile trzech państw NATO basenu Morza Czarnego – Turcji, Rumunii i Bułgarii.
Jest trochę tak jak w anegdocie, którą przytaczaliśmy przy okazji zagarnięcia Krymu. Jej głównym bohaterem był ukraiński żołnierz pełniący wartę przy bramie jednej z baz, która jakimś cudem jeszcze nie wpadła w ręce zielonych ludzików. Zapytany przez zachodniego reportera o to, jak wygląda sytuacja na miejscu, odpowiedział: „Nie jest dobrze. Rosjanie nie zamierzają się poddać”.
Reklama
Pamiętając o lekcji Krymu, warto bardziej realistycznie niż żołnierz z bramy odpowiedzieć sobie na pytanie, jak daleko Kreml jest w stanie przesunąć czerwone linie w wojnie z Ukrainą i normami cywilizowanego świata. Konkluzje nie są optymistyczne. Okazuje się, że angażując niewielkie siły – przypomnijmy, że przeciw Ukraińcom na Morzu Azowskim wysyłano w sumie niewielkie jednostki Federalnej Służby Bezpieczeństwa – można realnie zapanować nad akwenem o wielkości 37,6 tys. km kw.
Wykonując przez kilka miesięcy – bez większej reakcji Zachodu – niewielkie ruchy, Rosjanom udało się odciąć od morza niemal cały kontrolowany przez Ukraińców południowy Donbas. Jeśli tak, prawdopodobne jest powtórzenie podobnej operacji wokół Odessy i na odcinku wybrzeża Morza Czarnego. W końcu, kto da gwarancje, że w razie pogorszenia się sytuacji wewnętrznej na Ukrainie kolejnym krokiem nie będzie próba oderwania graniczących z Unią Europejską kilku węgierskojęzycznych powiatów Zakarpacia? Już dziś Budapeszt prowadzi tam paszportyzację lokalnych elit. Podobną do tej, którą Rosjanie prowadzili na Krymie przed 2014 r.
W tym wszystkim najbardziej pesymistyczna nie jest wcale słabość Kijowa. Bardziej boli niemoc Zachodu. Okazuje się, że Ukrainę można po kawałku pozbawiać suwerenności, a w ważnych stolicach nie są publikowane nawet oficjalne oświadczenia. Do wczoraj na stronie MSZ Niemiec można było przeczytać o wszystkim, tylko nie o tym, co Rosjanie robią na Morzu Azowskim.