- Izrael wmontował wywiad w system kariery zawodowej. Każdy po ukończeniu szkoły średniej idzie do armii i nie jest przypadkiem, gdzie trafia. Najlepsi idą do wywiadu. Gradacja jest taka – służyłeś w piechocie, robisz karierę w sklepie. Służyłeś w wywiadzie – idziesz do biznesu i polityki - mówi w wywiadzie dla DGP Władysław Bułhak pracownik Biura Badań Historycznych IPN, historyk, specjalista w zakresie historii polskiego wywiadu.
To nowa zimna wojna?
Nie, dlaczego?
Reklama
Zabicie Aleksandra Litwinienki, próba zgładzenia Siergieja Skripala, wypuszczanie na masową skalę fake newsów, ingerowanie w wyniki wyborów w USA, zatrzymanie w Stanach Marii Butiny. Co robi Rosja?
To normalna walka służb specjalnych, wojna wywiadów. Była przed zimną wojną, była w jej trakcie, jest i teraz. Nic mnie tu nie dziwi.

Reklama
Nawet trucie agentów, którzy zdradzili?
A już zwłaszcza to. W końcu takie rzeczy zawsze się zdarzały, prawda?
Że agenci likwidują się wzajemnie?
Każda duża służba ma grupę zajmującą się czarną robotą, ale wywiad to przede wszystkim co innego – to gra informacjami. One są towarem, one są najważniejsze. Wywiad to sposób pozyskiwania informacji, które ktoś chce ukryć.
A ogląda pan filmy o Bondzie?
Oglądam, ale nie lubię ostatnich odcinków, są zbyt na serio.
A co w tym serialu jest prawdziwe?
Generalnie takie historie się dzieją, choć…
Choć prawdziwi agenci nie są tak przystojni?
Ale te walory też mają znaczenie, w końcu czasami trzeba z kimś nawiązać bardzo osobisty kontakt. Więc bywają przystojni agenci.
Co mówi znawca męskiej urody, dr Władysław Bułhak?
(śmiech) Chciałem powiedzieć, że są też urodziwe agentki, choć akurat w wywiadzie PRL kobiet nie było zbyt wiele.
Skoro mówimy o filmach szpiegowskich, to moim ulubionym jest serial „Zawód: Amerykanin” („The Americans”).
Opowiadający o nielegałach, czyli Rosjanach udających Amerykanów.
Takie historie się zdarzały?
A wie pan, że PRL też miał nielegałów? Sowieci nauczyli naszych towarzyszy, jak się ich prowadzi, ale skończyło się to szybko i po polsku, czyli kompletną wtopą. Przykład: w latach 50. wybrano agenta i przerzucano do Kanady. Angielski znał ze szkoły wywiadu, nie mógł udawać rodowitego Kanadyjczyka, przerzucano go więc przez jakieś trzy kraje, by mu wyrobić legendę. W końcu trafił na miejsce. Znalazł pracę, a centrala, w trosce o to, by go nie zdekonspirować, rzadko się z nim kontaktowała. Pieniędzy mu nie dosyłano, musiał walczyć o utrzymanie swoje i rodziny złożonej z towarzyszki…
Małżeństwo było fikcją?
Nie wchodząc ludziom do łóżka, możemy założyć, że ci ludzie się do siebie jakoś przywiązywali. A kończąc historię naszego agenta, to imał się bardzo wielu niskopłatnych prac. No i jaki był z niego pożytek? Absolutnie żaden.
Rosjanie mieli lepsze wyniki?
To kwestia skali – jeśli my wysłaliśmy 10 nielegałów, to Sowieci 100, ale średni poziom agentów był zbliżony. Oczywiście były wyjątki i czasem trafiali się tacy, którzy budowali potem legendę.
Mówi pan o tym z przekąsem.
Rosjanie przywiązują do nielegałów wielką wagę, jednak Amerykanie uważają, że to zawracanie głowy i wyrzucanie pieniędzy w błoto. Zupełnie przypadkiem do archiwum IPN trafił dokument, który tam trafić nie powinien – książeczka, którą CIA podarowała UOP-owi opowiadająca m.in. o walce z nielegałami.
Co z niej wynika?
Jest pełna wątpliwości Amerykanów co do sensowności takich akcji. Wysyłasz jakichś gości na amerykańskie zadupie, gdzie prowadzą normalne, przeciętne życie, tylko co z tego? Jaki jest sens potężnej operacji, by umieścić gdzieś na prowincji takich agentów?
No chyba, że mieszkają w Waszyngtonie i mają dostęp do tajnych materiałów.
Najważniejsze materiały zdobywa się innymi sposobami.
To po co Rosjanie w to weszli?
To jeszcze z czasów międzywojennych, czyli złotego okresu sowieckiego wywiadu.
Dlaczego był złoty?
Choćby ze względu na słynną Piątkę z Cambridge, siatkę szpiegowską z Kimem Philby na czele. To byli ludzie, którzy zaszli wysoko w brytyjskim świecie służb i dostarczali Sowietom świetne informacje.
Właściwie dlaczego?
Wierzyli w komunizm. Wszyscy zaczęli komunizować jeszcze na Uniwersytecie w Cambridge, należeli do stowarzyszenia socjalistów, mocno infiltrowanego przez NKWD. Podobne stowarzyszenia działały na Oksfordzie i innych uczelniach.
Ale nie każdy komunizujący student zostaje szpiegiem.
Nie każdy, ale to były inne czasy. Wiadomości o zbrodniczym stalinizmie nie docierały do Anglii, za to Philby i jego koledzy byli przekonani, że Europie zagraża faszyzm i jedynym sposobem na powstrzymanie go jest komunizm. Ci młodzi ludzie z bogatych rodzin wierzyli, że świat trzeba zbawić na modłę sowiecką. I do tego środowiska dotarli bardzo inteligentni, na odpowiednim poziomie, oficerowie NKWD, sami również głęboko wierzący komuniści, często z żydowskich rodzin.
Sowieci inwestowali w absolwentów najlepszych uczelni?
Później, gdy już ich zwerbowali, namawiali ich na robienie kariery przede wszystkim w brytyjskich służbach. Piątka z Cambridge pracowała w wywiadzie, kontrwywiadzie, w dyplomacji, współpracując jednocześnie z Moskwą.
Philby i spółka pochodzili z tradycyjnych angielskich rodzin, naprawdę nie zdawali sobie sprawy z tego, w co się pakują?
Oni nie zostali prymitywnie przekupieni. Wabienie Philby’ego to było bardzo wyrafinowane, intelektualne uwodzenie młodego człowieka. Zwerbowano go w latach 30. w Cambridge, potem wyjechał jako korespondent wojenny do Hiszpanii. Tam ogłosił, że porzucił młodzieńcze lewicowe mrzonki. Zaczął pisać do konserwatywnego „Timesa”, a po powrocie do Londynu zatrudnił się w MI6, czyli w wywiadzie.
Tak po prostu?
To był zamknięty świat, ale Philby miał bardzo ustosunkowanego ojca, skończył Cambridge, więc któż jak nie on…
I cały czas pracował dla Kremla?
Od początku. Przetrwał czystki z końca lat 30., kiedy oficerowie prowadzący byli ściągani do Moskwy i zabijani. I to nie tylko ci z Londynu. Choć szef placówki NKWD w Madrycie Aleksander Orłow – straszliwy zbrodniarz – kiedy dostał polecenie powrotu do Moskwy, to spakował forsę, wziął jeden z paszportów i uciekł do Stanów.
Przeszedł na stronę CIA?
Nie. Napisał list do Stalina, że niczego nie zdradzi, a wiedział choćby o Piątce z Cambridge. I rzeczywiście zachował milczenie, żyjąc sobie spokojnie pod fałszywym nazwiskiem.
A Philby?
Poczynił Zachodowi trudne do wyobrażenia szkody, bo oficjalnie reprezentując służby brytyjskie u Amerykanów, miał dostęp do sekretów CIA. Wszystkie spiski, próby obalenia komunizmu gdzieś na świecie – wszystko przechodziło przez biurko Philby’ego i trafiało na Kreml. W ten sposób Moskwa wiedziała o najważniejszych operacjach służb specjalnych Zachodu.
Jego koledzy zostali wycofani w latach 50.
Ale Philby pozostał. Był przesłuchiwany i nawet zwolniono go ze służby, ale wstawił się za nim osobiście minister spraw zagranicznych Harold Macmillan…
Późniejszy premier.
Philby wyjechał do Libanu, ale po kilku latach znów go zdekonspirowano. Wtedy uciekł do Moskwy, gdzie żył jako generał KGB, choć na Łubiankę go nie dopuszczano, nie ufając mu do końca. Notabene ostatnią, czwartą, żoną Philby’ego była Polka.
Philby był klasycznym agentem, który wykrada informacje. Do nikogo nie strzelał, nie mordował…
Nie, choć ma na sumieniu mnóstwo osób, bo ich zdradził, a później Sowieci ich wieszali.
W każdym razie Bondem nie był.
Tak na marginesie, to wszystkie te bondowskie historie raczej nie są z MI6, ale z SOE, Special Operations Executive.
Z czego?
Zarząd Operacji Specjalnych, służba utworzona w lipcu 1940 r. przez Winstona Churchilla, która wspierała ruchy antyniemieckie w czasie II wojny. W ten sposób z perspektywy SOE cała partyzantka w Europie, także AK, to byli ich agenci. Formalnie SOE została rozwiązana w 1946 r., ale tak naprawdę została wcielona do MI6.
Skoro Sowietom tak dobrze szło, skoro mieli Philby’ego i innych, to czemu nie wygrali zimnej wojny?
Już za Stalina coraz trudniej było im pozyskiwać młodych i ideowych agentów. Nie durniów, ale ludzi z elity, którzy byliby skłonni poświęcić życie dla służby. Każda kolejna czystka Stalina oddalała od Moskwy rzesze naiwnych zachodnich komunistów. A ujawnienie prawdy o działalności genseka oraz interwencja na Węgrzech w październiku 1956 r. były katastrofami.
Od tego momentu trzeba było agentów kupować?
I Rosjanie szukali tych, którzy jak pracownik CIA Aldrich Ames w połowie lat 80. popadali w alkoholizm i kłopoty finansowe. Choć akurat Ames znalazł ich sam i był bardzo wartościowym źródłem. Ale to był wyjątek.
A reszta?
Ich trzeba było przekupić, później przymuszać do służby, szantażować, oni się migali, częściej zrywali, strzelali sobie w głowę, a nowych nie było.
Jak sobie z tym KGB radziło?
Jak to w Związku Sowieckim – postanowiono zwiększyć produkcję agentów. I zamiast werbować 10, to zatrudniano 100, ale łatwo sobie wyobrazić, że średni poziom tych ludzi znacznie spadł. Nie było już także ideowych oficerów prowadzących, a dureń nie zwerbuje profesora pracującego nad nową bombą, tylko co najwyżej urzędnika średniego szczebla. Wie pan, co to spowodowało?
Co?
Ogromny wzrost zatrudnienia w KGB, przede wszystkim w centrali. Do 1943 r. NKWD nie mało pionu informacyjnego. Kiedy spływały informacje, powiedzmy od kilkunastu wytrawnych agentów, to ich opracowywanie nie zajmowało zbyt tyle czasu. Lecz kiedy Moskwa zaczęła być zasypywana tysiącami nieistotnych wiadomości od mało ważnych agentów, to ktoś musiał ich doniesienia tłumaczyć, ktoś musiał odcedzać rzeczy ważne od nieważnych, pisać raporty.
I co, jeszcze więcej agentów, jeszcze więcej tego samego?
Nie, kupiono w Ameryce komputery i stworzono systemy przetwarzania danych, ale to już nie było to samo. Agenci przestali być tak ważni, a wywiad sowiecki z jednej strony się biurokratyzował, z drugiej upodabniał do wywiadów zachodnich. Coraz większą rolę w wojnie wywiadów zaczęła odgrywać technologia, a tu USA miało przewagę.
A dlaczego Amerykanie nie mieli takich agentów jak Philby?
Z początku przeszkodziła im w tym niesłychana histeria antyszpiegowska w Związku Sowieckim, bo ludzie bali się utrzymywać jakichkolwiek kontaktów z Zachodem. A i później, w czasach postalinowskich, było to bardzo utrudnione.
Dlatego na rzecz USA szpiegowali głównie przewerbowani agenci KGB?
Weźmy przykład Olega Pieńkowskiego, wysoko postawionego funkcjonariusza wywiadu wojskowego GRU, który na początku lat 60 współpracował z Amerykanami i Brytyjczykami, przekazując, zwłaszcza podczas kryzysu kubańskiego, mnóstwo ważnych informacji.
Albo Ryszarda Kuklińskiego.
To był bardzo ważny agent, bo jako jeden z niewielu rozumiał strategię wojskową Układu Warszawskiego, której zresztą był współtwórcą. Dopuszczano go do największych tajemnic, nic dziwnego, że jako agent był dla USA bezcenny.
Oleg Pieńkowski, Ryszard Kukliński, Wasilij Mitrochin, Oleg Gordijewski – agentów amerykańskich było całkiem sporo, a my wciąż uważamy, że to Kreml wygrał wojnę na szpiegów?
Mógłbym półżartem powiedzieć, że Rosjanie bardzo lubią swoimi sukcesami wywiadowczymi się chwalić, a Amerykanie wolą o nich milczeć. Poza tym Piątka z Cambridge to była brytyjska elita, więc chwalenie się ich pozyskaniem było jak uderzenie w twarz upadającego imperium. Nic dziwnego, że Brytyjczycy na głowie stawali, żeby się odkuć.
Odkuli się?
W wymiarze czysto informacyjnym tak. Wielkim ciosem dla Rosjan było wywiezienie archiwum Mitrochina. Pogardzany i zesłany do archiwów funkcjonariusz KGB miał dostęp do wszystkich tajemnic i czuł się potwornie niedoceniany. Wszyscy archiwiści na świecie czują się niedoceniani, a archiwista KGB, który zna wszystkie sekrety świata i nie może z tym nic zrobić, to już szczyt frustracji. I Wasilij Mitrochin po prostu zgłosił się do ambasady USA w Rydze, ci nie byli zainteresowani, więc poszedł do Brytyjczyków – tak brzmi oficjalna wersja.
Ale to dopiero w 1992 r.?
To oficjalna wersja, ale nie wiemy, czy Mitrochin nie przekazywał dokumentów wcześniej. Nawet jeśli zaczął to robić już po zimnej wojnie, zemsta jest słodka. Dostarczył ogromną liczbę dowodów zdrady mnóstwa ludzi. Tysiące nazwisk.
Wyszła nawet książka…
Staranne wyselekcjonowana. Najlepsi agenci albo zostali przekręceni, albo trafili przed sąd za zdradę.
Zostawmy te największe służby. Małe są skazane na porażkę?
Są wielkie kraje, jak USA, które mają wielkie pieniądze i wielkie możliwości, nic dziwnego, że inwestują z sukcesami w służby. Ale są państwa małe, które miały bardzo dobre wywiady – w bloku sowieckim to było NRD, którego wywiad był lepszy od sowieckiego, nie mówiąc już o PRL-owskim.
Bo konkurowali z RFN?
Bo mogli bez bariery kulturowej poruszać się po Niemczech Zachodnich albo jako Niemcy z RFN funkcjonować w świecie. I to był rzeczywiście wywiad globalny, działający wszędzie. Co ciekawe, jego akta zasadniczo zaginęły…
Ach, cóż za przypadek.
Z wyjątkiem tych opatrzonych kryptonimem Rosenholz. Wynika z nich, że Stasi (tajna policja NRD – red.) miała agentów ulokowanych w elitach bardzo wielu państw, wśród których było kilkudziesięciu deputowanych do Bundestagu. Ale w wielu państwach tę sprawę zamieciono pod dywan, bo dla elit zachodnich sprawa była równie groźna jak archiwum Mitrochina.
Ale NRD to historia.
Dziś wielkie wrażenie na wszystkich robi Izrael.
Mossad, wiadomo…
Izrael wydaje na służby bardzo dużo pieniędzy, ale oni wmontowali też wywiad w system kariery zawodowej. Każdy po ukończeniu szkoły średniej idzie tam do armii i nie jest przypadkiem, gdzie trafia. Najlepsi idą do wywiadu. Gradacja jest taka – służyłeś w piechocie, to robisz karierę w sklepie. Służyłeś w wywiadzie – idziesz do wielkiego biznesu, często do polityki.
Magazyn DGP 24 sierpnia / Dziennik Gazeta Prawna
Ale ci ludzie już nie są w wywiadzie, już służbę wojskową skończyli?
I zerwali więzy? Ależ skąd. Jak słyszę, że ktoś odszedł z wywiadu, to mnie ogarnia śmiech.
Jednak Mossad swojej siły nie buduje na poborowych.
Nie, lecz to pokazuje, jak wielką wagę Izrael przykłada do służb specjalnych.
Służby rządzą światem?
Ciekawą historię opowiedział mi człowiek związany ze służbami brytyjskimi. Na początku lat 90. gościli oni oficjalną delegację służb rosyjskich, w której znalazł się formalnie wicemer Petersburga Władimir Putin. Anglicy zapamiętali to tak, że każdy z członków delegacji wypowiadał się tylko o swoim wąskim wycinku, jeden Putin wiedział wszystko o wszystkim, człowiek komputer. Uznali go za cholernie niebezpiecznego faceta. Cóż, dobry wywiad to jest też i przede wszystkim system wczesnego ostrzegania.