20 lat temu Chiny przejęły zwierzchnictwo nad Hongkongiem. O tym, czego jego mieszkańcy się wówczas obawiali i czym się niepokoją dzisiaj, opowiada prof. Ma Ngok.
Ma Ngok, politolog z Chinese University of Hong Kong, specjalista od relacji między Hongkongiem a Chinami kontynentalnymi / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Czego w 1997 r. oczekiwali mieszkańcy Hongkongu w związku z przejściem pod zwierzchnictwo Chin?

Reklama
Część była nastawiona optymistycznie, część pesymistycznie, ale większość po prostu nie wiedziała, co nastąpi. Tym, czego nie przewidziano, jest bardzo szybki wzrost chińskiej gospodarki. W latach 80., gdy pierwszy raz zaczęto mówić o zwrocie Hongkongu, uważano, że przez to, iż jest on znacznie bogatszy niż Chiny kontynentalne, ma dla nich istotną wartość gospodarczą. Ale po 1997 r., a zwłaszcza po azjatyckim kryzysie, Hongkong zaczął się stawać coraz bardziej zależny od Chin i to on ich teraz bardziej potrzebuje.
Które z wyrażanych wtedy obaw się potwierdziły?
Wiele osób się obawiało, że Chiny będą ingerować w wewnętrzne sprawy Hongkongu, co skończy się utratą wolności. Przez pierwsze pięć lat wszystko było w porządku, ale od czasu protestów przeciw art. 23 ustawy zasadniczej (zabraniał działalności wywrotowej przeciw rządowi – red.) w 2003 r., naruszanie zasady „jeden kraj, dwa systemy” stało się coraz bardziej oczywiste.
Chiny nie do końca dotrzymują obietnicy, że przez 50 lat zachowają odrębność Hongkongu, ale też nie łamią jej w ewidentny sposób.
Niektóre działania Pekinu są zdecydowanym łamaniem ustawy zasadniczej, a Chiny mają coraz większą kontrolę nad Hongkongiem. Wraz ze wzrostem pewności siebie na arenie międzynarodowej coraz mniej się przejmują zachodnią krytyką. Uważają, że jako światowe mocarstwo nie muszą się nikogo obawiać.
Czyli jeśli Chiny z jakiegoś powodu uznałyby, że kończą z odrębnością Hongkongu, nikt im nic nie zrobi?
Na pewno nie wpłynie na nie Wielka Brytania, bo jest zajęta swoimi sprawami. Międzynarodowa opinia publiczna do pewnego stopnia ma znaczenie, bo Chiny w swoim interesie chcą utrzymać wizerunek Hongkongu jako wolnego miasta i jednego z głównych światowych centrów finansowych. W stosunku do Hongkongu kierują się pragmatyzmem.
Jedną z przyczyn tego, że Chiny nie chcą w ewidentny sposób łamać zasady „jeden kraj, dwa systemy”, jest też Tajwan, wobec którego mogłyby zastosować w przyszłości ten sam model.
Już tak nie jest. Gdy w latach 80. i 90. opracowywano model „jeden kraj, dwa systemy”, było to pomyślane także pod kątem zachęty dla Tajwanu. Ale wraz ze wzrostem nastrojów niepodległościowych na Tajwanie i w związku z tym, że stał się on w pełni ukształtowaną demokracją, nastroje się zmieniły. Tajwan nie postrzega sytuacji Hongkongu jako zachęty, lecz jako przykład negatywny. Gdyby miał kiedyś rozważać zjednoczenie, to nie za pomocą modelu „jeden kraj, dwa systemy”.
Jak duży jest problem presji na dziennikarzy czy działaczy politycznych?
Jest wiele przykładów autocenzury albo wywierania wpływu na media przez ich chińskich właścicieli. W ostatnich latach większość głównych mediów stała się bardziej stonowana w stosunku do Pekinu, a niekorzystne dla rządu informacje przestają być podawane. W rankingach wolności prasy Reporterów bez Granic Hongkong spadł z 14.–15. miejsca na 70. Ludzie czują, że niektóre sprawy są tematem tabu, a dziennikarze nie mogą ich poruszać, bo właścicielami mediów są biznesmeni, którzy nie chcą zadzierać z Chinami.
W codziennych kontaktach też są problemy?
Przed kilkoma laty obawy budził zalew Hongkongu przez chińskich turystów, co powodowało wzrost cen. Ale w ostatnich latach jest ich mniej. Jest też kwestia imigrantów i związane z nią obawy, iż wykorzystują oni fundusze publiczne. Przed sześcioma, siedmioma laty była spora niechęć zarówno wobec turystów, jak i imigrantów z kontynentu, ale gdy szczyt przyjazdów minął, sytuacja się uspokoiła.
Co pozostało z rewolucji parasolek (protesty w 2014 r. przeciw zmianom w prawie wyborczym)?
Ruch demokratyczny ma problemy, bo skoro okupowanie ulic przez 79 dni nic nie zmieniło, trudno znów zmobilizować ludzi. Przywódcy tego ruchu nie bardzo wiedzą, co robić. Jednocześnie od tamtego czasu więcej ludzi angażuje się w działalność obywatelską. Więcej też głosuje, także młodych.
Czy mieszkańców Hongkongu niepokoją rosnąca pozycja chińskiego prezydenta Xi Jinpinga i jego polityka zagraniczna w regionie?
Nie sądzę, by dyplomatyczne spory na Morzu Południowochińskim czy z Japonią były dla nich przedmiotem wielkiej troski. Ale widzą, że Xi Jinping kumuluje władzę i represjonuje dysydentów. Jeśli Chiny rosną w siłę i są rządzone coraz bardziej jednoosobowo, trudno sobie wyobrazić, że będą prowadzić bardziej liberalną politykę względem Hongkongu. Z tego powodu wzrasta pesymizm co do przyszłości.
30 lat nie jest już niewyobrażalną perspektywą. Czy mieszkańcy Hongkongu martwią się, co się wydarzy po 2047 r., gdy upłynie 50-letni okres zachowania odrębności?
Nikt nie wie, jak będą wyglądać Chiny za 30 lat. Nie sądzę, by Pekin miał szczegółowy plan na 2047 r. Niepokój jest widoczny, zwłaszcza – co zrozumiałe – w przypadku młodszego pokolenia.
Dla niego obecny status jest jedynym, jaki zna.
Młodsze pokolenie ma wręcz wyidealizowane wyobrażenie o czasach kolonialnych. Zdarzają się przypadki, że mówią o powrocie pod brytyjskie zwierzchnictwo albo przynoszą na wiece brytyjskie flagi kolonialne. Tworzą sobie obraz na podstawie ostatnich 15 lat przed przekazaniem zwierzchnictwa, które faktycznie były najlepszym czasem, jeśli chodzi o swobody demokratyczne czy rozwój gospodarczy. Ale ci, którzy lepiej pamiętają tamte czasy, wiedzą, że nie były one tak dobre, bo do pewnego momentu poziom życia był niski, nierówności społeczne duże, a wielkim problemem była korupcja.
Chińczycy z kontynentu akceptują wszechwładzę partii w zamian za wzrost PKB. W Hongkongu nie ma takiego podejścia?
Bardzo niewielka część mogłaby to przyjąć. Sondaże pokazują mentalne rozchodzenie się Hongkongu i Chin, zwłaszcza wśród młodych. Pierwszym powodem jest tożsamość. Nie uważają się za Chińczyków, ale za Hongkończyków. Druga sprawa to wartości. Dla mieszkańców Hongkongu ważne są wolność, demokracja, wolny rynek. Wiedzą, że ich gospodarka jest zależna od chińskiej, ale to nie powoduje, że mają pozytywne nastawienie do rządu ChRL.
Gdyby mieszkańcy Hongkongu mogli zdecydować w referendum o przyszłości, co by wybrali?
Myślę, że większość opowiedziałaby się za obecnym modelem, ale pod warunkiem, że byłby on przestrzegany zgodnie z literą prawa. Pojawiające się głosy na rzecz niepodległości wynikają z tego, że „jeden kraj, dwa systemy” nie jest tym, czym miał być. Nie sądzę, żeby wielu mieszkańców Hongkongu naprawdę chciało mieć suwerenne państwo ze wszystkimi atrybutami ani żeby uważało to za realne.