Sztandarowy projekt Pekinu oznacza większą konkurencję, lecz także większy rynek do podziału. Pachnący port już się do tego szykuje
Reklama
Choć Hongkong przestał być główną bramą do handlu z Chinami, uważa, że nadal ma w ręku atuty, których nie mają porty na kontynencie, a forsowaną przez Pekin inicjatywę Nowego Jedwabnego Szlaku postrzega bardziej jako szansę niż zagrożenie.
Jedną z podstaw gospodarczego sukcesu Hongkongu od zawsze był handel, w tym zwłaszcza pośrednictwo. Wystarczy powiedzieć, że handel i logistyka odpowiadają za 22 proc. PKB tego terytorium, a wartość obrotów handlowych przekroczyła w 2016 r. bilion dolarów amerykańskich, co dawało mu ósme miejsce na świecie. Dla porównania obroty handlowe kontynentalnych Chin to 3,7 bln dol., z tym, że mają one 1,4 mld mieszkańców, a Hongkong – 7,4 mln.
Ale pozycja Hongkongu się zmienia – i to niekoniecznie na lepsze. Gdy w 1997 r. brytyjska wówczas kolonia wracała pod zwierzchnictwo Pekinu, była zdecydowanie największym i jedynym tak naprawdę nowoczesnym portem Chin i kluczem do gospodarczego rozwoju tego kraju. To przez Hongkong płynął zagraniczny kapitał do Kraju Środka i z tego powodu to Pekin bardziej potrzebował Hongkongu niż odwrotnie.
Gospodarczy skok, którego Chiny dokonały przez ostatnie dwie dekady, sprawił, że pośrednictwo nie jest niezbędne. Zagraniczny biznes handluje bezpośrednio z kontynentem, udział Hongkongu w przepływie kapitału do i z Chin zmniejszył się z dwóch trzecich do połowy, a port, który jeszcze w 2004 r. był największy na świecie pod względem liczby przeładowanych kontenerów, spadł na piąte miejsce – za Szanghajem, Shenzhen i Ningbo. Na dodatek prezydent Xi Jinping od kilku lat intensywnie promuje Inicjatywę Pasa i Szlaku – rozbudowy sieci połączeń lądowych i morskich pomiędzy Chinami a Azją Środkową, Bliskim Wschodem, Afryką i Europą. Jednym z jej efektów będzie rozwój chińskich portów na wybrzeżu, co zmniejszy pozycję Hongkongu.
Jego władze wcale jednak nie uważają Pasa i Szlaku za zagrożenie. Przekonują, że ze względu na doświadczenie, stabilny i odmienny od chińskiego system prawny, niskie podatki, swobodę przepływu kapitału czy łatwość prowadzenia biznesu mogą zaoferować obsługę lepszą niż konkurencja. Czasem ten entuzjazm wobec inicjatywy Pekinu jest wręcz przesadny, np. na początku zeszłego roku ówczesny szef rządu CY Leung w dwugodzinnym przemówieniu na temat planów administracji zwrotu „Pas i Szlak” użył 48 razy, co było później wyśmiewane przez prasę.
– Podstawowym celem Pasa i Szlaku jest rozwijanie wymiany handlowej między Chinami a światem, a im ona będzie większa, tym dla Hongkongu jest to korzystniejsze. Tak, proporcjonalnie będziemy mieć mniejszy kawałek tortu, ale jeśli większy będzie cały tort, to w efekcie także nasz kawałek – mówi nam Louisa Yan z departamentu transportu i budownictwa w rządzie Hongkongu.
W podobnym tonie wypowiadają się przedstawiciele sektora prywatnego, których nie można posądzać o urzędowy optymizm. – Jeśli będą rosły obroty handlowe, będzie większe zapotrzebowanie na usługi transportowe i logistyczne. Hongkong ma przewagę z powodu swojego położenia, historii, kultury, systemu instytucjonalno-prawnego, języka. Rozumiejąc chińską mentalność, a także anglosaski system prawny, common law, ma przewagę po obu stronach – przekonuje Sandy Chan, prezes Hongkońskiego Stowarzyszenia Armatorów (w Hongkongu zarejestrowanych jest 9,6 proc. światowej floty handlowej).
Ale władze Hongkongu nie czekają tylko, że wspomniany kawałek tortu sam urośnie. Pogłębiony został port przeładunkowy, żeby mogły do niego wpływać największe kontenerowce. Na lotnisku, które jest największe na świecie pod względem przewozów towarowych, budowany jest trzeci pas startowy. Za kilka miesięcy oddany do użytku zostanie most drogowy łączący Hongkong z innym Specjalnym Regionem Administracyjnym – Makau, który skróci trasę przejazdu z 4 godz. do 45 min.
Zagrożeniem potencjalnie większym niż Pas i Szlak może być natomiast polityka, bo Pekin nie do końca dotrzymuje obietnic i małymi kroczkami ingeruje w sprawy Hongkongu. Poza tym Morze Południowochińskie jest jednym z najbardziej zapalnych regionów świata i bardzo asertywna polityka Pekinu jest postrzegana jako możliwe źródło przyszłego konfliktu.
– Nie należy przesadzać, Pekinowi też zależy, by Hongkong dobrze się rozwijał. Nie spotkałem się z przypadkiem, by jakaś inwestycja nie została zrealizowana bądź została zmniejszona z powodu obaw o sytuację polityczną – uspokaja Jimmy Chiang, zastępca dyrektora Invest HK, rządowej agencji zabiegającej o inwestycje zagraniczne.